niedziela, 11 listopada 2007

Obrazki z Afryki II

W duzych miastach Kamerunu pracy nie ma zbyt wiele, dlatego wielu mieszkancow para sie handlem ulicznym. Chodniki pelne sa sprzedawcow oferujacych karty prepaidowe, zegarki, buty, owoce, paski, pieczone ryby, orzeszki ziemne, chipsy z plantain, krawaty czy szaszlyki. Co znaczniejsi maja jakis maly kramik, w ktorym wystawiaja swoje towary. Ci, ktorzy wybrali gastronomie, siedza przy swoich stoliczkach, na ktorych poustawiane sa flaszki po wodce i whisky wypelnione np caramel, czyli orzeszkami ziemnymi w karmelu obsypanymi cukrem. Pozostali, choc poruszajacy sie wsrod innych pieszych, sa latwo rozpoznawalni po tym, ze cali obwieszeni sa towarami. Lancuchy powiazanych butow, girlandy kart prepaidowych, petle z krawatow... Ci od obuwia to moi ulubiency - mimo, ze ciagle w ruchu, na glowie zawsze maja jednego buta, ktory z daleka sygnalizuje czym zajmuje sie utrzymujaca go postac. Takie chodzace reklamy Adidasa, przepraszam: 'Adidasa'.

Buty na glowie moze i wygladaja dziwnie, ale wcale nie wyczerpuja arsenalu mozliwosci transportowych tej - jak sie okazuje - pelnoprawnej ludzkiej konczyny. Plastikowy worek wypelniony drobnymi towarami o wysokosci rownej wzrostowi niosacego go czlowieka. Wiadro z ktorego az wylewa sie woda. Metalowa taca o polmetrowej srednicy, a na niej tuzin jajek, bagietki, sloik z majonezem, makaron... Wystarczy podejsc, a kilka sprawnych ruchow tragarza sprawi, ze bedziesz mogl napelnic zoladek typowym lokalnym zapychaczem. W wiekszosci wypadkow miedzy glowe a transportowane dobro wklada sie taka niby gabke z materialu, ktora pomaga utrzymac wszystko w pionie. Ludki sprzedajace buty sa jednak twardzielami i nie uciekaja sie do takich ulatwien.

Wracajac do aspektow ekonomicznych handlu ulicznego - konkurencja jest duza, a klientow niewielu. Dziewczyny siedzace po 2-3 miedzy zaparkowanymi samochodami, wolajace znudzonym glosem za przechodniami 'Orange? MTN?' sprzedaja moze 5 kart dziennie, i to przewaznie o niskich nominalach. Ilu przypadkowych pieszych kupi krawat? Handlarze zarabiaja grosze, sprzedajac marne towary biednym ludziom. Tylko ze tutaj zarabiac grosze, to troche co innego niz u nas. Z rozmow ze straznikami, kasjerami, kelnerami wynika, ze srednia placa dla pracownika niewykwalifikowanego to ok 30 - 40 tysiecy frankow miesiecznie. Od 60 do 80 dolarow. Moze wiec jednak kramarze wcale na swoim zajeciu nie wychodza zle...

Z racji tego, ze w dzielnicy gdzie znajduje sie nasz biurowiec ma swoja siedzibe wiele urzedow i instytucji, totez latwo mozna sie natknac na patrole wojska. Prawde mowiac, kojarza sie bardziej z bojowkarzami niz z regularnymi oddzialami - podwiniete rekawy, rozpiete pod szyja koszule, znudzona postawa. A do tego niejednolite uzbrojenie, bo Kamerun, jak wiekszosc krajow Afryki, nie opowiadal sie w czasie zimnej wojny po zadnej ze stron, co pozwolilo na duza dowolnosc w doborze dostawcow broni - choc wiekszosc sluzb posluguje sie francuskim sprzetem, swojskie Kalasznikowy tez nie sa rzadkoscia. Widok jadacego na motorowej taksowce soldata z wycelowanym w niebo karabinem nie jest tu wcale taki rzadki.

Etykiety:

wtorek, 6 listopada 2007

AIESEC w Kamerunie

[Jako ze post traktuje o AIESEC i zainteresuje pewnie glownie osoby z organizacja obeznane, wiec nie bede unikal uzywania wewnetrznych terminow. Krotki slowniczek dla niewtajemniczonych dolaczam na koncu tekstu]

Mialem ostatnio okazje chairowac konferencje dla Rad Wykonawczych AIESEC w Kamerunie, wiec jest dobra okazja, aby napisac pare slow o tym, jak funkcjonuje najwieksza organizacja studencka swiata w tym kraju.

Przede wszystkim powinniscie wiedziec, ze AIESEC w Kamerunie jest absolutnie bezkonkurencyjny na kontynencie, o czym swiadczy chocby fakt, ze zgarnal w tym roku drugi raz z rzedu UBS Excellence Award dla najlepszego kraju AIESECowego w Growth Networku. W chwili obecnej @Cam sklada sie z 3 komitetow lokalnych: w Douali, Yaounde i Buea oraz MC ulokowanego w Douali. Zaden z komitetow lokalnych nie zostal jednak uznany przez uniwersytet w swoim miescie. Efekt? MC jest jedynym komitetem, ktore ma biuro. Wlasciwie biuro to troche za duzo powiedziane - po prostu jeden z pokojow w wynajmowanym przez MC mieszkaniu jest pokojem roboczym. Stoja tam 4 dosc wiekowe komputery, z ktorych dwa [te nowsze] zostaly - po wycofaniu z uzytku - przekazane AIESEC przez moja firme w czasach, gdy wciaz funkcjonowala pod nazwa Ernst & Young.

Kamerun zorganizowal w tym roku ok. 60 praktyk, z czego zdecydowana wiekszosc (okolo 50) stanowia praktyki przychodzace. Praktyki organizowane sa glownie w ramach Empowering Africa Program. EAP jest inicjatywa realizowana przez wszystkie panstwa Growth Networku, ktorej zadaniem jest - jak sama nazwa wskazuje - wspomaganie rozwoju lokalnych firm i organizacji oraz samych Afrykanczykow. Zalozeniem EAP jest realizacja praktyk zwiazanych z przedsiebiorczoscia, turystyka i edukacja nt. HIV/AIDS miedzy panstwami-czlonkami GN. Praktyki te sa bezplatne [nawet jesli staz odbywa sie w firmie], zapewnione jest jedynie zakwaterowanie i wyzywienie u lokalnej rodziny.

EAP jest inicjatywa malo trafiona. Efekty liczbowe [ponad 40 praktyk w samym Kamerunie] moga byc imponujace, ale nie przekladaja sie na realizacje zalozen programu. Osoby planujace i implementujace EAP chyba nie wziely pod uwage tego, ze malo kogo w Afryce stac na wyjazd na praktyke wolontariacka za granice. Efekt jest taki, ze zdecydowana wiekszosc stazystow przyjezdzajacych na program stanowia wcale majetni Europejczycy i Amerykanie. Same praktyki tez trudno nazwac rozwojowymi - w zdecydowanej wiekszosci przypadkow praktykanci narzekaja na totalny brak zadan. Organizacje wspolpracujace z AIESEC w ramach EAP nie ponosza zadnych kosztow zwiazanych z przyjmowanymi stazystami, nie czuja sie wiec specjalnie zobowiazane do wykorzystania ich potencjalu. W skrocie: z programu wspierajacego rozwoj Afrykanczykow oraz lokalnych instytucji zrobilo sie wakacyjne biuro turystyczne dla bogatych studentow z Polnocy, ktorym National Geographic juz nie wystarcza.

Zastanawia Was jak to mozliwe, ze rozpoczeto implementacje programu tak odstajacego od lokalnych realiow? Coz, jest to efekt jednej z bolaczek AIESEC w Afryce - brakuje miejscowych ludzi gotowych podjac odpowiedzialnosc i objac stanowiska kierownicze w organizacji. Dlatego dyrektorami Africa GN najczesciej zostaja osoby z innych kontynentow, majace raczej metne pojecie o wyzwaniach stojacych przed panstwami Afryki. Na nizszym szczeblu problemem bywa nawet skompletowanie MC [w tym roku w Kamerunie tylko 4 osoby] czy Rad Wykonawczych.

To, co wyroznia AIESEC w Kamerunie na tle innych panstw czlonkowskich w Afryce, to dobrze rozwiniete kontakty z firmami. Dzieki temu co roku organizowane sa tutaj wysokiej jakosci praktyki MT, jak chocby te w mojej firmie, czy ostatnio w PwC. EPs przyjezdzajacy na praktyki w MTN, poludniowoafrykanskim koncernie telekomunikacyjnym, czesto przedluzaja sobie umowy lub przenosza sie do oddzialow firmy w swoich krajach ojczystych. Wciaz chyba dostepne sa praktyki w Yaounde, w ramach ktorych wyklada sie na prywatnej uczelni ekonomie, finanse lub rachunkowosc, za przyzwoite pieniadze oraz z oplaconym zakwaterowaniem i biletem w dwie strony. Szczerze mowiac, rzadko mozna znalezc tak dobre praktyki w AIESEC w Polsce. Zreszta praktyki to nie wszystko. Wspolpraca z Kenya Airways umozliwia czlonkom tutejszego AIESEC uczestnictwo w konferencjach miedzynarodowych i globalnych, kooperacja z bankiem Standard Chartered zaowocowala wysokim grantem na EAP. Biorac pod uwage jak biedny jest to kraj, efekty robia wrazenie.

O samej konferencji i jak to wszystko wszystko wyglada od kuchni moze w ktoryms z kolejnych postow.

Slowniczek:
@Cam - AIESEC Cameroon
chair - osoba prowadzaca konferencje, taki moderator czy (a fe) konferansjer.
Growth Network [GN]- kraje czlonkowskie AIESEC podzielone sa na 6 regionow, zarzadzanych na poziomie globalnym przez dyrektorow regionalnych i rady regionalne. Te regiony to Africa, AP - Asia Pacific, CEE - Central and Eastern Europe, MENA - Middle East and North Africa, SS - Spanish Speaking, WENA - Western Europe and North America. O ile sie nie myle osobny region dla Kaukazu i Azji Centralnej nie zostal jeszcze oficjalnie zatwierdzony.
International Congress - najwieksza doroczna konferencja organizowana przez AIESEC, grupujaca reprezentantow wszystkich krajow, gdzie AIESEC jest obecny.
MT, DT, ET, TT - pod tymi skrotami kryja sie oznaczenia 4 rodzajow praktyk organizowanych przez AIESEC, w kolejnosci: menedzerskich, spolecznych, edukacyjnych i technicznych.

Etykiety:

sobota, 27 października 2007

Pierwszy projekt

(troszke mi sie ten post przelezal... ale nie stracil nic na aktualnosci :))

Po dobrych trzech tygodniach platnego obijania sie w biurze zostalem w koncu przydzielony do projektu. Projektu, dodajmy, dosc nietypowego jak na moja firme, bo nie majacego wiele wspolnego ze statutowym audytem.

Zacznijmy od tego, ze Kamerun jest krajem posiadajacym zloza ropy naftowej i gazu ziemnego, ulokowane glownie na szelfie na granicy z Nigeria. Oczywiscie, jako kraj rozwijajacy sie, nie ma ani funduszy, ani odpowiednich specjalistow, by na wlasna reke prowadzic drogie badania geologiczne, nie mowiac juz o rozpoczeciu wydobycia. W zwiazku z tym do udzialu w korzystaniu ze zloz zaproszone zostaly miedzynarodowe koncerny naftowe. Zalozony zostal rowniez narodowy koncern SNH dzierzacy monopol na przydzielanie licencji i zezwolen na prace eksploracyjne i wydobywcze. Lokalne oddzialy globalnych potentatow zakladaja z SNH spolki joint-venture, okreslajac w umowach zalozycielskich jaki procent wydobytej ropy zostanie przyznany SNH, a jaki zasili magazyny zachodnich kapitalistow oraz jakie koszty beda ponoszone wspolnie i w jakich proporcjach. SNH na dobra sprawe nie bierze bezposredniego udzialu w absolutnie zadnych dzialaniach operacyjnych, ot, dostaje raz na jakis czas odpowiednia ilosc ropy oraz faktury kwartalne z podsumowanymi wydatkami do pokrycia. Wychodzi na tym wcale niezle, bo otrzymuje ok. 60% wydobytej ropy i ponosi ok. 40% kosztow.

Egzekucja takiej umowy wymaga od SNH przeprowadzania czestych kontroli, bo nietrudno sobie wyobrazic, ze udzial ropy zostajacej w Kamerunie moglby zaczac niebezpiecznie sie obnizac albo ze wsrod wydatkow do refundacji znalazlyby sie koszty wydobycia z Brazylii czy Norwegii.

Naszym zadaniem na projekcie bylo przeprowadzenie wlasnie cost control w lokalnym oddziale jednego z globalnych koncernow, aby upewnic sie, ze koszty w ktorych partycypuje SNH nie sa napompowane. Tyle formalnie, w praktyce oznaczalo to tyle, ze cos znalezc trzeba, zeby odpracowac nasze wynagrodzenie [ktore swoja droga jakies wysokie nie bylo] z odpowiednio duza nawiazka.

Glowna trudnoscia od poczatku byl konflikt interesow miedzy nami, a firma w ktorej robilismy kontrole. My oczywiscie chcielismy jak najszybciej dostac wszystkie potrzebne dokumenty, przejrzec je i przerachowac, zweryfikowac i pogrupowac, a nastepnie znalezc dziure w [nie takim znowu] calym. Nasza petrofirma, zdajac sobie sprawe, ze mamy tylko 5 tygodni [na tyle bowiem opiewal nasz kontrakt], starala sie opozniac dostarczanie dokumentow, dawala nam albo dane sumaryczne, z ktorych niewiele mozna bylo wyczytac o rzeczywistej naturze kosztow, albo przeciwnie, zalewala nas drobiazgami, zmuszajac do Excelowej kreciej roboty przy podsumowaniach i porownaniach... Absolutnym hitem bylo dla mnie, gdy okazalo sie, ze firma nie ma listy posiadanych aktywow. Nie ma i juz. Jak naliczaja amortyzacje? Maja sumaryczne dane kwartalne na temat zakupow poszczegolnych rodzajow dobr [np. "wyposazenie techniczne zwiazane z wydobyciem"] i takimi grupami wlasnie naliczaja co 3 miesiace odpowiednie odpisy. No dobrze, ale co jesli chcemy sprawdzic, czy te wydatki rzeczywiscie poniesione zostaly na dobra odpowiadajace nazwom grup? No tak, przeciez zawsze mozemy przejrzec i podsumowac faktury...

Tym niemniej to byla trudnosc, z ktorej zdawalismy sobie sprawe od poczatku, bo nasza firma przeprowadzila juz podobna kontrole w zeszlym roku. Gorzej, ze po drodze wylonily sie dodatkowe problemy. Krotkie wprowadzenie: struktura zespolu projektowego wyglada w CAC tak, ze jest partner odpowiedzialny za projekt, ktory jednak ma w nim znikomy udzial, jego zadaniem jest jedynie upewnianie sie, ze wszystko gra. Partnerow w CAC jest tylko 2, wiec i nie dziwi, ze nie poswiecaja zbyt wiele czasu poszczegolnym zleceniom. Nastepnie mamy menedzera, ktory zarzadza projektem. To on najczesciej rozmawia z klientem, nadaje generalny kierunek pracom oraz doradza gdy pojawiaja sie problemy. Wiekszosc pracy operacyjnej wykonywana jest przez seniora, ktory koordynuje prace juniorow, i samych juniorow.

W przypadku naszego projektu bylo troche inaczej. Po pierwsze, juniorami w naszym projekcie byl Eugene, praktykant zrekrutowany w lutym, i ja, zupelny swiezak. Po drugie, nie mielismy formalnego seniora. W tej roli wystepowal Felix, junior pracujacy w firmie juz od dwoch lat, z doswiadczeniem w branzy paliwowej [z wyksztalcenia inzynier, pracowal na platformach m.in. w Norwegii i Stanach], ktory byl juz na podobnych projektach. Felix wkrotce awansuje i bedzie seniorem, co nie zmienia faktu, ze po raz pierwszy mial koordynowac prace innych osob. Gorzej (i to jest po trzecie), ze mniej wiecej po tygodniu dowiedzielismy sie, ze nasz menedzer odchodzi za kilka dni z firmy. A to oznaczalo, ze nasz [jeszcze nie do konca] senior bedzie musial wystepowac takze w roli menedzera. I to menedzera-seniora zarzadzajacego [jeszcze nie do konca] juniorami.

Efekty tego byly dwa. Raz, ilosc pracy na glowe znaczaco wzrosla. I to nie tylko dlatego, ze bylo nas mniej, ale tez dlatego, ze Felix, chcac sie wykazac na swoim pierwszym zleceniu w tak odpowiedzialnej roli, postanowil, ze zrobimy troche rzeczy spoza uzgodnionego na poczatku z klientem zakresu pracy. Dwa, Felix moze i byl na podobnym projekcie rok wczesniej jako junior, ale czasem czuc bylo, ze nie do konca ogarnia, co i jak powinno zostac zrobione. Bywalo wiec, ze robilismy rzeczy nie do konca sensowne, troche na zasadzie 'to Wy to zrobcie, a ja w tym czasie pomysle, czym naprawde powinnismy sie zajac'.

Podsumowujac te przydlugie rozwazania: pracowalismy od poniedzialku do piatku od 8 do 22 - 23, plus w weekendy (tak, w niedziele tez) po 4 do 8 godzin dziennie.

Jesli chodzi o konkretne zadania, to dosc szybko okazalo sie, ze jestem lokalnym demonem Excela. Stanowilo to dla mnie zaskoczenie o tyle, ze glowna roznica miedzy wiedza moja a kolegow bylo to, ze wiedzialem do czego sluzy funkcja Help i nie omieszkalem z niej korzystac. W sumie nawet fajnie sie zlozylo, bo dostawalem rozne zadania zwiazane z prosta analiza danych, wyszukiwaniem informacji itp, dzieki temu podszkolilem sie troche z uzywania tabel przestawnych i roznych nie do konca typowych funkcji Excela. Nie byly to na pewno zadne intelektualne Himalaje, ale calkiem przyjemna robota, ktora pozwolila mi sporo dowiedziec sie o tym, jak funkcjonuja finanse w firmie opierajacej swoje planowanie na centrach kosztow. Poza tym poznalem przemysl paliwowy po stronie upstream, czyli od wydobycia do eksportu. Szczegolnie interesujace byly rozmowy z Felixem, ktory bardzo dobrze zna angielski (zrobil dyplomy z civil engineering i industrial engineering w Stanach, potem, tak jak wspomnialem, pracowal dla Schlumberger w roznych zakatkach swiata), a przy tym opowiada duzo i barwnie. Abstrahujac od wgladu w techniczne, polityczne i komercyjne aspekty wydobycia, zyskalem tez wiedze o jego nastawieniu do sypiania z kobietami w roznych czesciach swiata ('Jesli tego nie zrobisz, potem bedziesz zalowal') oraz poznalem liste krajow oflagowanych 'tasted'. Robi wrazenie.

Taka sielanka wsrod arkuszy i formul skonczyla sie jednak po trzech tygodniach, gdy przyszedl czas vouchowania. Pod tym byc moze ciekawie dla Was brzmiacym terminem kryja sie... fakturki! Tak jest, nietypowosc tego projektu polegala takze na tym, ze bite dwa tygodnie musielismy przegladac faktury wystawione na kwoty powyzej naszego poziomu istotnosci, spisywac dane takie jak data wystawienia, kwota, dostawca... hrrrmpff... szszsz... hrrrmpfff... szszsz. Celem tego jakze pasjonujacego etapu naszej pracy bylo znalezienie kosztow, ktore nie powinny zostac uznane za zwiazane z dzialalnoscia spolki joint-venture. Felix od razu zapowiedzial nam, ze w wiekszosci przypadkow taka praca nie konczy sie znalezieniem niczego istotnego, ale ma nadzieje, ze nam akurat sie uda.

Poniewaz etap ten jest bardzo czasochlonny, a Felix mial sporo roboty na wyzszym szczeblu, wiec na ten czas zeslany do nas zostal Romuald, kolejny tegoroczny narybek firmy. I tak oto nasza trojka wyrobnikow przychodzila co rano do pracy o 8 i do 22 zanurzala sie w swiecie wynajmowanych samolotow i statkow, odwiertow, instalacji, konsultantow przylatujacych ze Stanow itp. Gdy o tym czytacie, to pewnie w glowie sam kreuje sie obraz mordegi galernikow popedzanych przez tego, ktory juz przez to przeszedl i za zadne skarby nie chce wrocic pod poklad... Ale powiem Wam, ze bylo calkiem fajnie. Jest to wrazenie totalnie irracjonalne, ale po prostu sporo frajdy sprawialo mi takie niemal bezmyslne zajecie, ktore jednak wymaga na tyle duzo koncentracji, by czlowiek nie myslal o tej calej masie mniej i bardziej istotnych rzeczy, ktore nie pozwalaja umyslowi odpoczac gdy naprawde sie nic nie robi. Taka mniej efektowna odmiana medytacji...

A najlepsze bylo to, ze to bezmyslne vouchowanie, wbrew temu co zapowiadal Felix, okazalo sie calkiem efektywne. Nasza petrofirma probowala obciazyc SNH m.in. kosztami swojego audytu wewnetrznego, audytu zwiazanego z Sarbanes-Oxley, a nawet... zwrotem podatku dochodowego zaplaconego przez jednego z inzynierow w jego ojczystym kraju. Uzbieralo sie tego lacznie chyba z milion dolcow. Przedstawiciele SNH byli ponoc bardzo zadowoleni... mimo, ze dla nich milion z te czy we wte to drobiazg, bo firma przynosi dochod na czysto o zupelnie innej ilosci zer.

Na koniec, troche w charakterze zapowiedzi jednego z kolejnych postow: troche sie zdziwilem, gdy robiac podsumowania naszej pracy (pamietajcie - demon Excela) odkrylem, ze sam przerobilem ponad 60% faktur, znalazlem 90% blednie naliczonych kosztow i zrobilem zdecydowana wiekszosc tego, co sie znalazlo w finalnym raporcie. Uwaga, nie chwale sie. Dlaczego tak sie stalo, dowiecie sie... jak mi sie znow zbierze na pisanie o pracy.

Etykiety:

niedziela, 30 września 2007

Dwoje ludzi ktorych znam

Erika ma 21 lat. Prostytuuje sie od 1,5 roku. Do klubu, w ktorym rozmawiamy, przychodzi 3 razy w tygodniu - wystarczajaco czesto, by nie czuc za kazdym razem przymusu, by znalezc klienta. Pewnie dlatego w przeciwienstwie do wiekszosci nagabujacych mnie dziewczyn nie zraza sie, gdy zaraz na poczatku zasatrzegam, ze nie interesuje mnie platny seks. Do Douali przyjechala, gdyz - jak mowi - to miasto mozliwosci. Zaczela studiowac marketing, ale wkrotce koniecznosc oplacenia czesnego i koszty zycia w miescie zmusily ja do podjecia pracy w sklepie. Harowala od rana do 2 w nocy za 40 tysiecy miesiecznie, co ledwie wystarczalo na oplacenie mieszkania i skromne wyzywienie. Wtedy po raz pierwszy wyszla z klubu z nieznajomym... i jakos sie potoczylo. Poczatkowo nie chce powiedziec, ile bierze za noc z klientem, kluczy, mowi, ze bierze tyle, ile klient ma ochote zaplacic. Chyba wciaz ludzi sie, ze i ja skusze sie na jej uslugi, wiec po co z gory mialbym wiedziec zbyt wiele. W koncu zdradza, ze pracuje 3 do 5 nocy w miesiacu, co daje jej lacznie okolo 100 tysiecy frankow. To sporo jak na Douale, ale jej plynny angielski zapewne pozwala jej wybierac lepszych klientow.

Gdy mowie, ze jestem z Polski, wpada w stan radosnego podniecenia i uspokaja sie dopiero po dobrych dwoch minutach. Twierdzi, ze miala kilku klientow-Polakow, marynarzy ze statkow przybijajacych do Douali, bardzo mili i uprzejmi ludzie. Jednemu z nich przypadla do gustu na tyle, ze wynajal jej mieszkanie i oplacal je przez ponad pol roku. Do Kamerunu przyplywal srednio co dwa miesiace i wtedy sie widywali. Niestety, potem kontakt sie urwal, jednak widac, ze Erika wciaz wspomina ten okres z rozrzewnieniem. Przyjmuje jej historie z niedowierzaniem, ale gdy z wyrazna trudnoscia wymienia imiona takie jak Piotr i Tadeusz, przekonuje sie. Nawet to, ze Erika mowi o nich jako o dzentelemenach, pasuje do moich przekonan dotyczacych rodakow.

Pytam, czy zna jakies slowa po polsku.
"Kurwo". "Szmato". Wlasnie w takiej formie. W wolaczu. Czar pryska.

Daniel jest niewysokim, szpakowatym blondynem kolo trzydziestki. Mowi krotkimi, szybko wypowiadanymi zdaniami. O karierze w US Army marzyl od dziecinstwa. Przed nim w wojsku byli jego ojciec i wujek, ale tylko jako poborowi w Wietnamie, wiec nie ma mowy o silnych zolnierskich wplywach w rodzinie. Swoja decyzje motywuje raczej czyms na ksztalt niemal religijnego powolania, choc zastrzega, ze zdaje sobie sprawe jak patetycznie to brzmi. W przyszlym roku minie 10 lat od kiedy sie zaciagnal. Zartuje, ze w US Army takie rocznice obchodzi sie przyjemniej niz gdzie indziej, gdyz automatycznie lacza sie one z lepszym uposazeniem i bonusami emerytalnymi. Byl w Afganistanie w 2002 roku, pozniej dowodzil patrolami w Iraku. Zapytany, czy bycie pod ostrzalem zmienilo jego podejscie do zycia, waha sie przed udzieleniem odpowiedzi. W koncu przyznaje, ze dla wielu jego znajomych wojna byla koszmarem, ze nigdy nie zdecydowaliby sie na powrot. Z lekkim ociaganiem, jakby niepewny mojej reakcji, mowi, ze osobiscie wrocilby do Iraku bez zastanowienia.

To, ze spotkalismy sie w domu wicekonsula USA w Douali, jest zbiegiem okolicznosci. Organizuje tu wraz z Matthew, kanadyjskim CEEDerem, moja impreze urodzinowa, a Daniel przyszedl, bo nie bardzo ma sie gdzie podziac. Powinien byc w drodze do Wybrzeza Kosci Sloniowej z miedzyladowaniem w Nigerii, ale w ostatniej chwili okazalo sie, ze do przesiadki w najludniejszym afrykanskim kraju potrzebna mu jest wiza. Oczywiscie wymaganie to nie dotyczy wszystkich, obywatele wiekszosci panstw swiata moga w czasie lotow z przesiadka w Lagos czy Abudzy spedzic do 24 godzin na lotnisku bez wizy pod warunkiem, ze nie opuszcza terminalu. Wlasciwie, to przywilej ten obejmuje obywateli wszystkich panstw swiata. Wszystkich... oprocz USA.

Daniel opowiada jak wyglada sciezka kariery w wojsku dla osob, tak jak on, zainteresowanych stanowiskami na styku wojska, wywiadu i dyplomacji. O specjalizacji nie decyduje sie od razu, trzeba najpierw przez kilka lat zakosztowac standardowego zolnierskiego zycia. Potem przychodzi czas na decyzje - ktory region swiata? Pierwszym wyborem Daniela byla Afryka, drugim Europa, a konkretnie Polska. Daniel twierdzi, ze powodem wyboru naszego kraju bylo autentyczne zainteresowanie, zreszta pochodzi z Chcago, wiec z naszymi rodakami mial juz nie raz stycznosc. Osobiscie mysle, ze dodatkowym powodem byl fakt, ze osoba na stanowisku attache wojskowego w wiekszosci pozostalych panstw Starego Kontynentu musialaby sie liczyc z raczej chlodnym przyjeciem przez miejscowych.

No dobrze, ale dlaczego Afryka jako pierwszy wybor? Daniel mowi, ze to dlatego, ze nikt inny nie chce tu pracowac, dzieki czemu jego kariera ma szanse szybciej sie rozwinac. Wyjasnia, ze przykladowo w Kamerunie attache wojskowym jest major i jest to jedyny kraj w swiecie, gdzie te pozycje zajmuje osoba o tak niskiej szarzy. Aby objac podobne stanowisko w Polsce, trzeba by byc pulkownikiem, a major to mu moze co najwyzej kawe parzyc.

Po przydzieleniu regionu przychodzi czas na szkolenia i nauke jezykow. O ile w Europie lista jezykow do wyboru jest bardzo obszerna, o tyle w Afryce problemow z decyzja nie bedzie mial nikt. Francuski i tyle. Wymieniamy sie opiniami o jezyku Moliera i Balzaka. Zdaniem Daniela francuski to po prostu angielski na poziomie college'u, tylko wymowa jest troche pokrecona. Mam niejasne wrazenie, ze historycznie rzecz biorac to raczej angielski jest takim pidgin francuskim, ale nie czuje potrzeby podzielenia sie moim zdaniem.

Po szkoleniach czesc najprzyjemniejsza, czyli rok wakacji na wybranym kontynencie oplacanych ze srodkow US Army. Daniel jest wlasnie na tym etapie swojej kariery. Z tego co zrozumialem nie postawiono przed nim zadnych konkretnych celow, ma po prostu odwiedzic kraje regionu i dowiedziec sie jak najwiecej o ich kulturze, ustroju i sytuacji politycznej. Zadaniem Daniela przez kolejnych kilka lat bedzie po prostu duzo wiedziec, aby w razie potrzeby moc szybko wyrazic trafna opinie na temat biezacych wydarzen w regionie. Wiele zalezy od tego, na ile efektywnie wykorzysta ten okres, wiec nie dziwi mnie jego irytacja obecnym problemem.

Co potem? Prawdopodobnie zacznie prace przy sztabie US Army na Afryke, ktory - co ciekawe - od kiedy zostal utworzony rezyduje w Europie. Obecnie trwaja przygotowania do przeniesienia go na Czarny Lad, problemem jest jednak wybor miejsca. Gospodarzem powinien byc kraj o w miare ustabilizowanej sytuacji politycznej, najlepiej anglojezyczny. Rzecz w tym, ze jesli juz jakis kraj spelnia te warunki, to prawdopodobnie jest lokalnym mocarstwem, ktore wcale nie pali sie do goszczenia sztabu obcego panstwa. Tak jest na przyklad w przypadku Nigerii i RPA. Tanzania i Kenia po zamachach bombowych na ambasady USA w drugiej polowie lat 90. nie ciesza sie wystarczajaco duzym zaufaniem Amerykanow. Jakby tego bylo malo, do konca dekady ma zakonczyc sie proces tworzenia panstwa zwiazkowego zlozonego z tych dwoch krajow oraz Rwandy, Ugandy i Burundi, co uczyni taka wschodnioafrykanska federacje kolejnym lokalnym mocarstwem z podobnymi implikacjami jak w przypadku dwoch poprzednich kandydatow. Prawdopodobnie wybor padnie wiec na Etiopie.

Powoli zbierajacy sie goscie zmuszaja mnie do podjecia roli gospodarza, wiec konczymy niestety nasza konwersacje. Daniel wkrotce znika mi z oczu, mysle, ze taka studencka impreza nie do konca jest mu w smak...

Etykiety:

czwartek, 6 września 2007

Hanno Nawigator

Czlowiek moze i wywodzi sie z Afryki, ale pismo dotarlo tutaj zdecydowanie z opoznieniem. Z tego powodu zglebianie historii Kamerunu ograniczyc sie musi niemal wylacznie do poznawania historii interakcji tubylcow z pismiennymi ludami polnocy. Na szczescie jest ona wcale interesujaca.

Tak naprawde nie wiemy, kto pierwszy dotarl w okolice Kamerunu droga morska. Byc moze niektorzy z Was z lekcji historii pamietaja co nieco o Wielkich Odkryciach Geograficznych, ktore staly sie mozliwe dzieki postepom w technice budowy statkow, ludziom tak meznym jak Vasco da Gama i Bartolomeo Diaz, a przede wszystkim chciwosci, ktora pchala marynarzy na poszukiwanie drogi morskiej do Indii. Okazuje sie jednak, ze rownie dalekie wyprawy podejmowano juz dobre 2 tysiace lat wczesniej. Najslynniejszym bodaj przykladem, choc jednoczesnie dosc kontrowersyjnym, jest podroz Hanno Nawigatora.

Hanno (z punickiego Annôn - łagodny, łaskawy) wyruszyl z Kartaginy w polowie V w.p.n.e. na czele floty 60 statkow (sic!) aby zbadac i zasiedlic zachodnie wybrzeze Afryki. Kartagina, w owym czasie niezrownana potega morska kontrolujaca handel morski na Morzu Srodziemnym i na nieodlegych terenach poza Slupami Heraklesa, liczyla na rozszerzenie swoich wplywow na zachodnim wybrzezu Afryki i zabezpieczenie drog wiodacych do rynkow zlota. Dlatego Hanno po przekroczeniu Ciesniny Gibraltarskiej zalozyl lub zasiedlil ponownie 7 kolonii na wybrzezu dzisiejszego Maroka, po czym kontynuowal swoja podroz na poludnie.

Relacja z tego, co tam napotkal, jest nam znana dzieki greckiemu tlumaczeniu tablic pozostawionych przez Hanno w kartaginskiej swiatyni Ba'ala Hammona, identyfikowanego przez Grekow z Chronosem. Pelen tytul tlumaczenia jest dosc dlugi: "Podroz Hanno, dowodcy kartaginskiego, wokol wybrzezy Libii poza Slupami Heraklesa, zlozona w swiatyni Chronosa", dlatego zdecydowanie czesciej uzywa sie skrotowej nazwy Periplus. Tytul jednak wspominam nie bez powodu - zwroccie uwage, ze Grecy, tlumaczac relacje, zamienili czesc nazw z orginalnych na swoje. Coz, nie jest to jedyny problem zwiazany z tlumaczeniem, ktore wiazac sie przeciez musialo, oprocz zamiany nazw, z przeliczaniem - zapewne nie zawsze starannym - jednostek wielkosci, predkosci i czasu.

Co wiecej, takze orginalny tekst Hanno daleki byl od wiernosci faktycznemu przebiegowi wyprawy. Kartagina przeszla do historii jako panstwo niezwykle zazdrosne o swoje wplywy na morzach, totez wszelkie informacje o przebiegu prowadzonych przez nich ekspedycji byly edytowane przed publikacja tak, by nie mogly byc nazbyt uzyteczne dla zeglarzy z innych krajow. Nie inaczej jest w przypadku wyprawy Hanno - czesci z zawartych w jej opisie miejsc nie udaje sie dzis polaczyc z zadnymi znanymi lokacjami. Co wiecej, sam cel wyprawy, czyli zabezpieczenie Kartaginie dostepu do rynkow zlota, nie jest w nim ani razu wspomniany. Dzieki takim staraniom z jednej strony publikowano relacje, ktora nie mogla wspomoc konkurencji zagrazajacej punickim interesom, z drugiej zas slawiono potege floty i ludzi, ktorzy podjeli sie tak niebezpiecznego przedsiewziecia.

Sama wyprawa musiala byc dla uczestnikom przezyciem niezwyklym. Oto na wyspie, ktora byla najdalszym punktem wyprawy Hanno, napotkali oni grupe 'wlochatych ludzi'. Mezczyzn nie udalo sie schwytac, za to pojmano 3 kobiety, te jednak zachowywaly sie tak agresywnie, ze musialy zostac zabite. Nazwa, jaka tym kobietom nadali greccy tlumacze, do dzis jest stosowana w odniesieniu do tych istot. Goryle.

Ilez innych takich przygod musialo stac sie udzialem Kartaginczykow?

Niestety, nie znamy polozenia owej ostatniej napotkanej wyspy. Przyjmuje sie powszechnie, ze Hanno doplynal co najmniej do dzisiejszego Senegalu, ale z powodu cenzury raportu, okreslenie dokad najdalej dotarl jest do dzis kwestia sporna. Jednym z najbardziej charakterystycznych obiektow w raporcie jest opis ogromnego wulkanu, "ognistego rydwanu bogow". Opis ten tradycyjnie identyfikuje sie albo z liczacym niecale 1000 metrow Mt. Kakulima w Gwinei...

...albo z ponad 4-tysiecznym Mount Cameroon. Czyniloby to raport Hanno najstarsza znana relacja z Kamerunu, momentem, od ktorego mozna mowic o czasach historycznych tego regionu. Choc na rzeczywiste poznawanie tego kraju i jego ludow czas przyjdzie i tak dopiero wraz z przybyciem pierwszych Portugalczykow w XV wieku. O tym nastepnym razem.

[Powyzszy tekst jest w zasadzie skrotem z artykulu o Hanno dostepnym na wikipedii. Zainteresowanych zapraszam do zglebienia linkow wiodacych od niego do materialow zrodlowych.]

Etykiety:

wtorek, 28 sierpnia 2007

Obrazki z Afryki

Obiecalem przedstawic Wam Berta. Coz, mieszkamy razem niemal od momentu, kiedy sie tu wprowadzilem, choc biorac pod uwage, ze mnie przez wieksza czesc dnia nie ma, a i on traktuje nasze lokum bardziej jako miejsce, gdzie mozna zjesc, odpoczac i czasem spedzic noc, to jakos dobrze sie jeszcze nie poznalismy. Zreszta Bert w ogole sie nie odzywa, co mi absolutnie nie przeszkadza - wszak mialem mieszkac sam, wiec sama obecnosc wspollokatora czasem mnie nieco irytuje. W sumie to nawet bym sie zdziwil, gdyby Bert sie odezwal, bo kto to widzial gadajacego karalucha?

Karaczanow w moim mieszkaniu pojawia sie kilka, ale wiekszosc to standardowe, czarne owady o dlugosci nie przekraczajacej 3 cm. Bert jest inny. To brazowe, wielkie bydle o 5-centymetrowym korpusie, ktore od tylnych odnozy do konca czulkow mierzy lacznie z 15 centymetrow, potrafi wzbudzic respekt. Postanowilem go nie zabijac, bo i po co? Karaluchy generalnie szkodliwe nie sa, no i w przypadku wojny atomowej to im wrozy sie najpewniejsze przetrwanie. To swoiste zawieszenie broni traktuje wiec jako wyraz mojej dbalosci o istnienie zycia na Ziemi. Poza tym, czasem, gdy siedze na kanapie i patrze, jak Bert myje sobie czulki, mam poczucie jakby to byl moj zwierzak.

Prawda ze slodkie?

Na ulicy czesto zaczepiaja mnie kalecy. Najczesciej sa to ofiary polio, ktore latwo rozpoznac po poskrecanych i skarlowacialych konczynach. Wiele z nich porusza sie na prowizorycznych trojkolowych rowerach z pedalami obslugiwanymi rekami. Czasem zdarzaja sie jednak osoby o innych zwyrodnieniach. W czasie wizyty w Yaounde Melisse [kolezanke z pracy] zaczepil normalnie wygladajacy czlowiek. Ona ledwie spojrzala na niego i momentalnie odwrocila sie wzburzona. Mezczyzna skierowal twarz w moja strone i wtedy zrozumialem o co chodzi. Jego prawa polowa twarzy, dotychczas niewidoczna dla mnie, zwisala luzno. Doprawdy nie wiem jak to opisac, jakby caly jego prawy profil mial na sobie dwa, trzy razy za duzo skory. Albo jakby ktos nalozyl na niego gruba warstwe jakiejs masy, ktora zaczela teraz splywac. Czolo zaslanialo oko, nos zwisal ponizej linii ust, policzek konczyl sie tuz nad obojczykiem. Nie wygladalo to na efekt zadnej choroby, mysle, ze to wrodzona przypadlosc. Nie jestem specjalista, ale mysle, ze w Europie usuniecie tych fald nie byloby ani trudne, ani drogie. Ale w Afryce?

Ciekawa rzecz - albinosow jest tutaj chyba wiecej niz bialych. Czasem trudno w pierwszym momencie odroznic, czy dana osoba to albinos, czy bardzo blady bialy, zwlaszcza w przypadku kobiet. Czasem - choc rzadko - wygladaja jak Europejczycy z zespolem Downa. W wiekszosci wypadkow jednak ich widok nie budzi skojarzen z bialymi, przykuwaja po prostu wzrok nienawykly do ich ogladania.

Tutejsza fauna wciaz mnie zadziwia. Po ulicach biegaja dziesiatki jaszczurek dwoch rodzajow - zielone, dlugosci meskiej dloni oraz nieco wieksze, bardziej pstrokate. W wielu krajach afrykanskich miejscowi sprzedaja je naiwnym turystom jako krokodylatka, ktore po odkarmieniu maja stac sie kilkumetrowymi potworami. Popyt jest ponoc spory.

Gdy wyszedlem przewietrzyc sie troche w czasie nocnej imprezy weselnej w Yaounde, moj wzrok przyciagnal spory jak na europejskie standardy nietoperz. Nie zeby bylo to jakies zaskoczenie, bo nie byl to tez wcale rzadki widok w Kirgistanie. Zaczalem go jednak obserwowac i gdy krazyl wokol latarni zawieszonej na budynku, zauwazylem, ze jest z nim cos nie tak. To cma! Cma o skrzydlach wielkosci ludzkich dloni... Prawdziwego nietoperza zobaczylem nastepnego wieczoru, juz na mojej ulicy. Zreszta jego tez poczatkowo wzialem za ptaka, bo nie spodziewalbym sie ujrzec nietoperza o ponad metrowej rozpietosci skrzydel. Specyficzny, lamany tor lotu i skrzydla zagiete w dwoch miejscach nie pozostawialy jednak watpliwosci.

Co jakis czas budynek, gdzie siedzibe ma moja firma [jeden z najwyzszych w Douali], odwiedzany jest przez kilka jastrzebi. Przelatuja z duza predkoscia wzdluz okien, czasem laduja na metalowych kratach umieszczonych nad kazdym pietrem, ale tylko na krotka chwile, ledwie wystarczajaca, by wyznaczyc sobie nowy cel. Komunikuja sie glosnymi, przeciaglymi skrzekami, ktorych pierwsza czesc jest wznoszaca, potem nastepuje krotka przerwa i czesc druga, opadajaca. Piekne ptaki.

Hotel w Yaounde. Telefon w moim pokoju. Wiekowy to malo powiedziane. Klasyczny, rzeklbym. Nawet nie sprawdzilem czy dziala.

Klub zorganizowany w bylym kinie - hall przerobiony na czesc pubowa, widownia zmieniona w parkiet i bar. Wchodzimy we trzech do pierwszej czesci, wielkiej, dwupoziomowej sali z drewnianymi balustradami, ktora kiedys, dawno, z pewnoscia uchodzila za szczyt elegancji, i zaczynamy grac w bilard na zmiane. Gdy akurat nie gram, ide obejrzec czesc klubowa. Ledwie przekraczam prog, a juz kilkanascie dziewczat oglada sie na mnie, kilka rusza szybkim krokiem w moja strone. Jeszcze nie zdazylem sie obrocic, a jedna juz mnie obejmuje, probujac sklonic mnie ruchami bioder do tanca. Delikatnie ja odpycham i robie krok w kierunku drzwi, ale tam kolejna, wchodzaca dziewczyna rzuca mi sie z ramionami na szyje. Jakos sie wyslizguje i niemal wybiegam do hallu. Koledzy smieja sie z mojego szybkiego powrotu, a gdy pytam o co chodzi, mowia, ze to klub, gdzie przyjezdzaja wszyscy marynarze z cumujacych w Douali statkow. Dopiero teraz rozgladam sie dokladniej - faktycznie, nawet w tej czesci w ktorej sie znajdujemy, niemal wszyscy goscie to albo kuso ubrane kobiety, albo azjaci lub biali. W klubie nie ma prawdopodobnie ani jednej dziewczyny, ktora nie bylaby prostytutka.

Wiele osob, gdy dowiaduje sie, ze jestem z Polski, wspomina mecz miedzy naszymi reprezentacjami pilki noznej z mistrzostw swiata w Hiszpanii w 1982 roku. Kto z Was wie, jaki byl wtedy wynik? Pewnie nikt, podobnie zreszta jak nikt nie pamieta, ze taki mecz w ogole mial miejsce. A tutaj ludzie pamietaja, ze bylo 0:0, dziwia sie, gdy mowie, ze Polska byla wowczas trzecia na mistrzostwach, pytaja co tam u Bonka slychac, czym sie teraz zajmuje. Karol Wojtyla, Lech Walesa i Zbigniew Boniek - oto co Polska mowi statystycznemu Kamerunczykowi. No, moze z tym Walesa to troche przesadzam. Za to podobnie jak w Kirgistanie co jakis czas ktos dworuje sobie z tego, ze naszym panstwem rzadza blizniaki. Dowcipnisie z kraju rzadzonego od 26 lat przez tego samego prezydenta.

W Kamerunie nikt nie zlomuje samochodow, dlatego zarowno w miastach, jak i przy trasach czesto mozna napotkac opuszczone wraki. Stoja na poboczach, w krzakach, miedzy domami, doszczetnie ograbione ze wszelkich czesci, ktore mogly sie jeszcze do czegos przydac. Ziejace otworami po lampach, poobijane nadwozia koroduja i zarastaja, stajac sie czescia krajobrazu. W Dschang, na tylach dworca autobusowego wrakow stoi kilkanascie, o tej porze roku na wpol utopionych w blocie.

Pralka jest rzadkim luksusem w Kamerunie, i to rzadkim do tego stopnia, ze ani moje mieszkanie, ani mieszkania innych konsultantow nie sa w nia wyposazone. Wiekszosc rzeczy pierze sie recznie, a garnitury, koszule czy koldry zanosi sie do jednej z licznych zarowno w Douali, jak i Yaounde pralni. Koszt nie jest maly - w pressing house niedaleko mnie wypranie kazdej koszuli to wydatek 900 CAF.

Tyle moich luznych spostrzezen z codziennego zycia w Douali. Mam nadzieje, ze lektura tego posta pomoze Wam poczuc klimat tego miejsca bardziej, niz opisy moich perypetii.

Etykiety:

piątek, 17 sierpnia 2007

Fotki

Na cameroon.bmajewski.com pojawily sie pierwsze galerie ze zdjeciami. Milego przegladania :)