(troszke mi sie ten post przelezal... ale nie stracil nic na aktualnosci :))
Po dobrych trzech tygodniach platnego obijania sie w biurze zostalem w koncu przydzielony do projektu. Projektu, dodajmy, dosc nietypowego jak na moja firme, bo nie majacego wiele wspolnego ze statutowym audytem.
Zacznijmy od tego, ze Kamerun jest krajem posiadajacym zloza ropy naftowej i gazu ziemnego, ulokowane glownie na szelfie na granicy z Nigeria. Oczywiscie, jako kraj rozwijajacy sie, nie ma ani funduszy, ani odpowiednich specjalistow, by na wlasna reke prowadzic drogie badania geologiczne, nie mowiac juz o rozpoczeciu wydobycia. W zwiazku z tym do udzialu w korzystaniu ze zloz zaproszone zostaly miedzynarodowe koncerny naftowe. Zalozony zostal rowniez narodowy koncern SNH dzierzacy monopol na przydzielanie licencji i zezwolen na prace eksploracyjne i wydobywcze. Lokalne oddzialy globalnych potentatow zakladaja z SNH spolki joint-venture, okreslajac w umowach zalozycielskich jaki procent wydobytej ropy zostanie przyznany SNH, a jaki zasili magazyny zachodnich kapitalistow oraz jakie koszty beda ponoszone wspolnie i w jakich proporcjach. SNH na dobra sprawe nie bierze bezposredniego udzialu w absolutnie zadnych dzialaniach operacyjnych, ot, dostaje raz na jakis czas odpowiednia ilosc ropy oraz faktury kwartalne z podsumowanymi wydatkami do pokrycia. Wychodzi na tym wcale niezle, bo otrzymuje ok. 60% wydobytej ropy i ponosi ok. 40% kosztow.
Egzekucja takiej umowy wymaga od SNH przeprowadzania czestych kontroli, bo nietrudno sobie wyobrazic, ze udzial ropy zostajacej w Kamerunie moglby zaczac niebezpiecznie sie obnizac albo ze wsrod wydatkow do refundacji znalazlyby sie koszty wydobycia z Brazylii czy Norwegii.
Naszym zadaniem na projekcie bylo przeprowadzenie wlasnie cost control w lokalnym oddziale jednego z globalnych koncernow, aby upewnic sie, ze koszty w ktorych partycypuje SNH nie sa napompowane. Tyle formalnie, w praktyce oznaczalo to tyle, ze cos znalezc trzeba, zeby odpracowac nasze wynagrodzenie [ktore swoja droga jakies wysokie nie bylo] z odpowiednio duza nawiazka.
Glowna trudnoscia od poczatku byl konflikt interesow miedzy nami, a firma w ktorej robilismy kontrole. My oczywiscie chcielismy jak najszybciej dostac wszystkie potrzebne dokumenty, przejrzec je i przerachowac, zweryfikowac i pogrupowac, a nastepnie znalezc dziure w [nie takim znowu] calym. Nasza petrofirma, zdajac sobie sprawe, ze mamy tylko 5 tygodni [na tyle bowiem opiewal nasz kontrakt], starala sie opozniac dostarczanie dokumentow, dawala nam albo dane sumaryczne, z ktorych niewiele mozna bylo wyczytac o rzeczywistej naturze kosztow, albo przeciwnie, zalewala nas drobiazgami, zmuszajac do Excelowej kreciej roboty przy podsumowaniach i porownaniach... Absolutnym hitem bylo dla mnie, gdy okazalo sie, ze firma nie ma listy posiadanych aktywow. Nie ma i juz. Jak naliczaja amortyzacje? Maja sumaryczne dane kwartalne na temat zakupow poszczegolnych rodzajow dobr [np. "wyposazenie techniczne zwiazane z wydobyciem"] i takimi grupami wlasnie naliczaja co 3 miesiace odpowiednie odpisy. No dobrze, ale co jesli chcemy sprawdzic, czy te wydatki rzeczywiscie poniesione zostaly na dobra odpowiadajace nazwom grup? No tak, przeciez zawsze mozemy przejrzec i podsumowac faktury...
Tym niemniej to byla trudnosc, z ktorej zdawalismy sobie sprawe od poczatku, bo nasza firma przeprowadzila juz podobna kontrole w zeszlym roku. Gorzej, ze po drodze wylonily sie dodatkowe problemy. Krotkie wprowadzenie: struktura zespolu projektowego wyglada w CAC tak, ze jest partner odpowiedzialny za projekt, ktory jednak ma w nim znikomy udzial, jego zadaniem jest jedynie upewnianie sie, ze wszystko gra. Partnerow w CAC jest tylko 2, wiec i nie dziwi, ze nie poswiecaja zbyt wiele czasu poszczegolnym zleceniom. Nastepnie mamy menedzera, ktory zarzadza projektem. To on najczesciej rozmawia z klientem, nadaje generalny kierunek pracom oraz doradza gdy pojawiaja sie problemy. Wiekszosc pracy operacyjnej wykonywana jest przez seniora, ktory koordynuje prace juniorow, i samych juniorow.
W przypadku naszego projektu bylo troche inaczej. Po pierwsze, juniorami w naszym projekcie byl Eugene, praktykant zrekrutowany w lutym, i ja, zupelny swiezak. Po drugie, nie mielismy formalnego seniora. W tej roli wystepowal Felix, junior pracujacy w firmie juz od dwoch lat, z doswiadczeniem w branzy paliwowej [z wyksztalcenia inzynier, pracowal na platformach m.in. w Norwegii i Stanach], ktory byl juz na podobnych projektach. Felix wkrotce awansuje i bedzie seniorem, co nie zmienia faktu, ze po raz pierwszy mial koordynowac prace innych osob. Gorzej (i to jest po trzecie), ze mniej wiecej po tygodniu dowiedzielismy sie, ze nasz menedzer odchodzi za kilka dni z firmy. A to oznaczalo, ze nasz [jeszcze nie do konca] senior bedzie musial wystepowac takze w roli menedzera. I to menedzera-seniora zarzadzajacego [jeszcze nie do konca] juniorami.
Efekty tego byly dwa. Raz, ilosc pracy na glowe znaczaco wzrosla. I to nie tylko dlatego, ze bylo nas mniej, ale tez dlatego, ze Felix, chcac sie wykazac na swoim pierwszym zleceniu w tak odpowiedzialnej roli, postanowil, ze zrobimy troche rzeczy spoza uzgodnionego na poczatku z klientem zakresu pracy. Dwa, Felix moze i byl na podobnym projekcie rok wczesniej jako junior, ale czasem czuc bylo, ze nie do konca ogarnia, co i jak powinno zostac zrobione. Bywalo wiec, ze robilismy rzeczy nie do konca sensowne, troche na zasadzie 'to Wy to zrobcie, a ja w tym czasie pomysle, czym naprawde powinnismy sie zajac'.
Podsumowujac te przydlugie rozwazania: pracowalismy od poniedzialku do piatku od 8 do 22 - 23, plus w weekendy (tak, w niedziele tez) po 4 do 8 godzin dziennie.
Jesli chodzi o konkretne zadania, to dosc szybko okazalo sie, ze jestem lokalnym demonem Excela. Stanowilo to dla mnie zaskoczenie o tyle, ze glowna roznica miedzy wiedza moja a kolegow bylo to, ze wiedzialem do czego sluzy funkcja Help i nie omieszkalem z niej korzystac. W sumie nawet fajnie sie zlozylo, bo dostawalem rozne zadania zwiazane z prosta analiza danych, wyszukiwaniem informacji itp, dzieki temu podszkolilem sie troche z uzywania tabel przestawnych i roznych nie do konca typowych funkcji Excela. Nie byly to na pewno zadne intelektualne Himalaje, ale calkiem przyjemna robota, ktora pozwolila mi sporo dowiedziec sie o tym, jak funkcjonuja finanse w firmie opierajacej swoje planowanie na centrach kosztow. Poza tym poznalem przemysl paliwowy po stronie upstream, czyli od wydobycia do eksportu. Szczegolnie interesujace byly rozmowy z Felixem, ktory bardzo dobrze zna angielski (zrobil dyplomy z civil engineering i industrial engineering w Stanach, potem, tak jak wspomnialem, pracowal dla Schlumberger w roznych zakatkach swiata), a przy tym opowiada duzo i barwnie. Abstrahujac od wgladu w techniczne, polityczne i komercyjne aspekty wydobycia, zyskalem tez wiedze o jego nastawieniu do sypiania z kobietami w roznych czesciach swiata ('Jesli tego nie zrobisz, potem bedziesz zalowal') oraz poznalem liste krajow oflagowanych 'tasted'. Robi wrazenie.
Taka sielanka wsrod arkuszy i formul skonczyla sie jednak po trzech tygodniach, gdy przyszedl czas vouchowania. Pod tym byc moze ciekawie dla Was brzmiacym terminem kryja sie... fakturki! Tak jest, nietypowosc tego projektu polegala takze na tym, ze bite dwa tygodnie musielismy przegladac faktury wystawione na kwoty powyzej naszego poziomu istotnosci, spisywac dane takie jak data wystawienia, kwota, dostawca... hrrrmpff... szszsz... hrrrmpfff... szszsz. Celem tego jakze pasjonujacego etapu naszej pracy bylo znalezienie kosztow, ktore nie powinny zostac uznane za zwiazane z dzialalnoscia spolki joint-venture. Felix od razu zapowiedzial nam, ze w wiekszosci przypadkow taka praca nie konczy sie znalezieniem niczego istotnego, ale ma nadzieje, ze nam akurat sie uda.
Poniewaz etap ten jest bardzo czasochlonny, a Felix mial sporo roboty na wyzszym szczeblu, wiec na ten czas zeslany do nas zostal Romuald, kolejny tegoroczny narybek firmy. I tak oto nasza trojka wyrobnikow przychodzila co rano do pracy o 8 i do 22 zanurzala sie w swiecie wynajmowanych samolotow i statkow, odwiertow, instalacji, konsultantow przylatujacych ze Stanow itp. Gdy o tym czytacie, to pewnie w glowie sam kreuje sie obraz mordegi galernikow popedzanych przez tego, ktory juz przez to przeszedl i za zadne skarby nie chce wrocic pod poklad... Ale powiem Wam, ze bylo calkiem fajnie. Jest to wrazenie totalnie irracjonalne, ale po prostu sporo frajdy sprawialo mi takie niemal bezmyslne zajecie, ktore jednak wymaga na tyle duzo koncentracji, by czlowiek nie myslal o tej calej masie mniej i bardziej istotnych rzeczy, ktore nie pozwalaja umyslowi odpoczac gdy naprawde sie nic nie robi. Taka mniej efektowna odmiana medytacji...
A najlepsze bylo to, ze to bezmyslne vouchowanie, wbrew temu co zapowiadal Felix, okazalo sie calkiem efektywne. Nasza petrofirma probowala obciazyc SNH m.in. kosztami swojego audytu wewnetrznego, audytu zwiazanego z Sarbanes-Oxley, a nawet... zwrotem podatku dochodowego zaplaconego przez jednego z inzynierow w jego ojczystym kraju. Uzbieralo sie tego lacznie chyba z milion dolcow. Przedstawiciele SNH byli ponoc bardzo zadowoleni... mimo, ze dla nich milion z te czy we wte to drobiazg, bo firma przynosi dochod na czysto o zupelnie innej ilosci zer.
Na koniec, troche w charakterze zapowiedzi jednego z kolejnych postow: troche sie zdziwilem, gdy robiac podsumowania naszej pracy (pamietajcie - demon Excela) odkrylem, ze sam przerobilem ponad 60% faktur, znalazlem 90% blednie naliczonych kosztow i zrobilem zdecydowana wiekszosc tego, co sie znalazlo w finalnym raporcie. Uwaga, nie chwale sie. Dlaczego tak sie stalo, dowiecie sie... jak mi sie znow zbierze na pisanie o pracy.
Etykiety: praca