niedziela, 22 lipca 2007

Jak NIE pojechalem do Kamerunu...

Powiem od razu, ze ten post bedzie malo interesujacy dla wiekszosci z Was, bo opisze w nim tylko pseudoprzygode, jaka mialem w zwiazku z formalnosciami na lotnisku w Warszawie.

Ale, ale - od poczatku. 16 kwietnia wyslalem maila do TN managera (osoby zajmujacej sie praktykodawca ze strony AIESEC) w sprawie stazu w firmie CAC, ktory znalazlem w naszym systemie komuterowym. 20 kwietnia bylismy juz w zasadzie dogadani, firma tez juz stwierdzila, ze im odpowiadam, wiec od strony AIESECowej wszystko bylu juz niemal gotowe.

25 kwietnia - wyslalem Stephanie (TN managerowi) maila z pytaniem, czy powinienem zaczac proces aplikowania po wize. Tego samego dnia dostalem odpowiedz:

"for the visa..

Don;t worry.. you will have it at the airport (for 1 month) then CAC will arrange for your residence permit."

Mimo to sprawdzilem jeszcze jak wyglada procedura wyrabiania wizy na kilku polsko- i obcojezycznych stronach, wlaczajac w to strone polskiego MSZ. Wszystkie te zrodla potwierdzaly wersje Stephanie, zreszta nie spodziewalem sie niczego innego. Tak wiec nasza komunikacja skoncentrowala sie na rzeczach takich jak wymagane szczepienia, praca, ktora bede wykonywal itp. Zaczalem tez mailowac z Malwina, Polka, ktora byla w Kamerunie prawie pol roku na praktyce wolontariackiej, oraz Andriejem, Ukraincem, ktory byl praktykantem w mojej firmie kilka miesiecy temu. Pozalatwialem rozne drobiazgi, w stylu miedznarodowego prawa jazdy, ot tak, bo przeciez moze sie przydac. Tak naprawde bylem do tego wyjazdu przygotowany lepiej, niz moglbym przypuszczac.

Wilfred (ktory przejal obowiazki Stephanie) byl ze mna w stalym kontakcie, dowiadywal sie, kiedy przylatuje i wytlumaczyl mi, ze potrzebuje tych danych, by zostawic podanie o wyrobienie mi wizy na lotnisku. Kamerun to jeden z najlepiej rozwinietych komitetow narodowych AIESEC w Afryce, organizujacy ponad 50 praktyk dla zagranicznych studentow rocznie, wiec bylem przekonany, dzieki ich doswiadczeniu o nic sie nie musze martwic. Zwlaszcza, ze Wilfred jest w AIESEC tutaj szefem wszystkich szefow (czyli MCP), w AIESEC juz bodaj 4 lata i generalnie robi wrazenie osoby bardzo 'do rzeczy'.

Kiedy przyjechalismy ze Swietka w piatek, 13 lipca (huhuhu) na lotnisko, bylo jeszcze zdrowo przed odprawa - chcielismy przejsc przez formalnosci jak najszybciej, zeby ewentualnie miec czas na drobne przepakowanie (w torbach bylo jakies 3 kilo nadbagazu, ale mialem nadzieje, ze ze wzgledu na dlugosc mojego pobytu w Kamerunie pracownicy lotniska przymkna na to oko). Ustawilem sie w kolejce jako pierwszy i gdy tylko rozpoczely sie odprawy, podszedlem do lady. Sympatyczna pani po sprawdzeniu biletu wklepala cos do komputera i zapytala, czy mam wize do Kamerunu. Odparlem wiec zgodnie z prawda ze nie i opisalem jej cala procedure, czyli ze na lotnisku w Douali juz czeka pismo o moim przylocie, dzieki czemu wyrobie sobie wize na miesiac, a potem - juz na miejscu - beda mogl ja przedluzyc na okres do pol roku. Sympatyczna pani odpowiedziala, ze musi sie z kims skonsultowac i zadzwonila po pracowniczke sekcji wizowej Okecia. Ta - nadmienie, ze juz nieco mniej sympatyczna - pani, gdy tylko mnie zobaczyla, zapytala, czy wiem, ze na wjazd do Kamerunu potrzebna jest wiza.

"To Kamerun nie jest czlonkiem Unii Europejskiej?" - pozostawalo mi odpowiedziec, robiac mine bezbrzeznego zdziwienia, aby dopasowac sie do wyobrazenia kobiety o moim IQ. Nie zrobilem tego jednak i spokojnie (jeszcze) wytlumaczylem pani, jak wyglada sytuacja, czyli ze jade do pracy, ze wszystko zaaranzowala organizacja, ktora takich praktyk organizuje kilkadziesiat rocznie, a takze przedstawilem jej ponownie caly schemat postepowania wizowego, wraz z podaniem cen wiz. Kobitka na to, ze nie wpuszcza mnie na poklad samolotu, o ile nie mam promesy wizowej. Nie powiem, cala ta sytuacja zaczela mnie solidnie stresowac.

Nieco-mniej-sympatyczna-pani odeszla gdzies, a ja w tym czasie zadzwonilem do Wilfreda z pytaniem, co to wszystko znaczy. On, zaspany, bo Kamerunie bylo jeszcze dobrze przed 7, nie bardzo wiedzial o co mi chodzi. Poradzil mi, zebym wytlumaczyl ludziom na lotnisku jak wyglada procedura. No, ale to juz przeciez zrobilem. W takim razie powinienem powiedziec im, ze AIESEC w Kamerunie robi wiele praktyk co roku i jeszcze sie nie zdarzyly takie problemy z wylotem. Hm... To tez juz przeciez zrobilem. Wilfred obiecal, ze postara sie odebrac ten list, ktory zostawil na lotnisku w mojej sprawie i przefaksowac go na lotnisko. Nie wygladalo to najlepiej, w Kamerunie bylo przed 7, a lotnisko w Douali to nawet nie Okecie, zeby pracowac w takich godzinach.

Szczerze mowiac nie chcialo mi sie wierzyc, zeby Polacy, przy swoim generalnie elastycznym podejsciu do procedur, widzac, ze jestem kompetentny jesli chodzi o proces wizowy w Kamerunie (w szczegolnosci wiem, ze do Kamerunu wiza jest jednak potrzebna) mogli mnie nie puscic.

Nieco-mniej-sympatyczna-pani przyszla po jakims czasie z wygladajaca-bardzo-powaznie-pania, ktorej z kolei powiedzialem, ze jesli jest taka potrzeba, to moge przedstawic list zapraszajacy od firmy oraz wszystkie pozostale dokumenty potrzebne do wyrobienia wizy na miejscu. Pani obiecala, ze sprawdzi jeszcze raz, czy moge leciec i oddalila sie. Dzwonilem i SMSowalem do Wilfreda, wciaz chyba jednak bardziej poirytowany tym trwajacym juz dobra godzine horrorem niz zdenerwowany mozliwoscia skreslenia mnie z listy pasazerow.

W-b-p-p wrocila i powiedziala, ze jednak bez promesy mnie nie pusci. Zaoferowala w zamian, zebym poszedl do Swissa i przebukowal lot. Poprosilem, zeby poszla ze mna. Po drodze zapytalem, dlaczego w zasadzie nie chca mnie puscic, przeciez to ja ponosze ryzyko nie zostania przyjetym do kraju. Odpowiedziala, ze jesli nie bede mial wymaganych dokumentow, to urzednicy w Douali moga zazadac od Swiss odszkodowania. Zapytalem wiec, czy jesli wytlumacze pracownikom przewoznika jaka jest sytuacja, to czy oni moga sie zgodzic na moja odprawe. W-b-p-p zachnela sie, ale odpowiedziala, ze owszem, choc watpi, czy beda chcieli zrobic cos innego, niz ona radzi. Jej rola to po prostu bycie doradca w takich sytuacjach.

Weszlismy do biura Swiss i w-b-p-p przywitala sie slowami "Dzien dobry paniom. Pan tutaj nie ma promesy, wiec go nie puscimy."

Doradca...

Wiec jednak nigdzie nie polecialem.

1,5 godziny nerwow i poczucie jakiejs takiej bezsily sprawilo, ze przez reszte dnia bylem nieobecny. Kto zawinil? Czy ja cos przegapilem? Czy to wina AIESEC na miejscu? Pracownikow lotniska? Generalnie staram sie internalizowac poczucie odpowiedzialnosci za to, co dzieje sie w moim zyciu. Wiec jednak ja nie dopilnowalem... Ale dlaczego nigdzie nie natrafilem na informacje na temat wymaganej promesy do Kamerunu?

Wszystkie kraje w jakich dotychczas bylem albo nie wymagaly wizy od Polakow (UE, Kirgistan, Balkany), albo mozna ja bylo wyrobic w kraju, w ktorym akurat bylem (Uzbekistan, Rosja). Generalnie niezle sie czuje z formalnosciami, kiedys np na granicy z Bialorusia bylem lepiej poinformowany od celnikow jesli chodzi o procedury wizowe w ZBiRze (choc Niezgi pewnie nie wspomina tego tak rozowo ;)). A tutaj cos takiego...

Bilet przebukowalem na kolejny piatek. Jeszcze tego samego dnia zadzwonilem do sekcji wizowej na Okeciu, by dowiedziec sie, jak taki dokument powinien wygladac. Potem napisalem do Wilfreda w tej sprawie. Wilfred na poczatku tygodnia zlozyl aplikacje na lotnisku w Douali, otrzymal podpis i przeslal mi zeskanowany dokument w srode wieczorem.

W czwartek rano podsylam go do sekcji wizowej na Okeciu z prosba o potwierdzenie jego waznosci. Odpowiedz - nie, dokument sie nie nadaje. Dzwonie do nich, odbiera jakis facet (na maila odpisywala mi kobieta, Anna Palka). Pytam co jest nie tak, tlumacze jeszcze raz, ze nikt na dobra sprawe w tym Kamerunie nie wie o co chodzi, ze to jest przeciez dokument podpisany przez urzednika lotniskowego. W koncu ustalamy, ze jesli w tym samym dokumencie zamiast "ask for your assistance" bedzie "ask you to confirm" w sprawie wyrobienia wizy, to bedzie ok. Hm, jesli urzad wydajacy wize (policja lotniskowa) podpisal, ze pomoze przy wyrobieniu wizy, to chyba... No niewazne, pisze i dzwonie do Wilfreda w tej sprawie, on mowi, ze postara sie to ad hoc zalatwic. Ja w tym czasie dzwonie do jakiegos biura podrozy zapytac, jak oni wyrabiaja promesy. Coz, oni wyrabiaja wizy przez partnerska firme w Kamerunie. Ambasada Kamerunu w Rosji nie odbiera, biuro w Bonn jest wiecznie zajete, biuro ds. wspierania turystyki w Kamerunie we Francji nie wie nic o promesie, ambasada w Paryzu nie odbiera, ambasada w Wielkiej Brytanii tez nic nie rozumie - albo wyrabiam wize w jakiejs ambasadzie, albo lece i probuje na lotnisku. Jaka promesa?

Skolowany, dostaje wreszcie po poludniu dokument od Wilfreda. Juz bardziej explicite sie tego napisac nie da: biuro stwierdza, ze jesli bede mial wazny paszport, potwierdzenie szczepienia przeciw zoltej febrze, ubezpieczenie i 93 USD, to wyrobia mi wize.

Do Warszawy mam jechac nocnym. Generalnie szacuje, ze pociag moze sie spoznic do 2 godzin, potem nie zdaze oplacic doplaty do biletu i sie odprawic. Tymczasem pociag startuje ze Szczecina Glownego z 40 minutowym opoznieniem, tylko po to, by zatrzymac sie za 5 minut na kolejne 20 minut, podjechac jeszcze ze 3 kilometry i zatrzymac nastepne na 20 minut. Jakis pociag przed nami sie wykoleil. Konduktor nie chce mi powiedziec o ktorej realnie mozemy byc w Warszawie. To jakis spisek...

Jednak ruszamy, w Szczecinie Dabiu jestesmy z ponad 1,5 godzinnym opoznieniem. Mam juz dosc, ide spac.

Jednak zdazylem. Na lotnisku horroru czesc kolejna. Przy odprawie ponownie pytanie o promese, wiec daje nowy dokument wyslany przez Wilfreda. Pani za bardzo sie on nie podoba, wiec wzywaja... Anne Palke, ktora rozpoznaje w pismie to samo, ktore wczoraj odrzucila. Klaruje jej, ze wcale nie, ze rozmawialem z jej kolega dzien wczesniej i pismo jest zmienione zgodnie z jego zyczeniem. Panna Anna znika z dokumentem i wraca gdzies po 20 minutach. Jej pierwsze slowa "Nie mam dla pana dobrych wiadomosci" faktycznie nie wroza nic dobrego. No i slysze, ze znowu nie polece. Powtarzam wiec, ze rozmawialem z jej kolega, na co pani Ania mi przerywa i mowi, ze ona z nim rozmawiala i na pewno nic takiego nie powiedzial.

Nozem ja..?

Nie dosc ze maja mnie za idiote, to jeszcze za klamce lub schizofrenika. Naprawde mam tego dosc, ale starajac sie (ze srednim powodzeniem) zachowac spokoj powtarzam moja mantre, ze nikt w Kamerunie, ani ich przedstawicielstwach z ktorymi rozmawialem, nie wie nic o zadnej promesie, ze chce zeby mnie puscili, ze organizacja, praca itp. W koncu pani Ania dzwoni do swojego szefa i tlumaczy mu moja sprawe mnie wiecej tak: "Bo pan tutaj ma aplikacje w ktorej prosi o wyrobienie wizy, podpisana nieczytelnie przez jakas osobe, ktorej nie znam". Koszmar jakis, doradcy-decydenci i samodzielni modyfikatorzy pism. Ciekawe czy zdusilaby z testu werbalnego 20 centyli.

Szef mowi gora dwa zdania i sie rozlacza, a pani Ania - niepyszna - oddaje mi dokument mowiac, ze szef wyrazil zgode, ale dla niej to wcale nie wyglada na dokument urzedowy. Jej kolezanka mowi, ze mozna jeszcze zadzwonic do kogos innego, moze on sie nie zgodzi. Horror! Boze, zaraz zacznie sie szukanie na lotnisku kogos, kto moglby sie nie zgodzic. Pracownikow jest duzo, kogos na pewno uda sie namowic.

Pani Ania chwile sie wacha, powtarza, ze dla niej nie jest to dokument urzedowy, ale kaze mnie odprawic.

Na zakonczenie powiem, ze wize na lotnisku w Kamerunie wyrobiono mi w 15 minut, bez najmniejszych problemow, wrecz z pocalowaniem w raczke, ze byla wczesniej informacja o moim przylocie. Na zakonczenie urzednik pozyczyl mi znalezienia wielu zon w Kamerunie i sie pozegnalismy.

Epilog jest taki: nigdy wiecej nie lece z Okecia do panstwa, do ktorego nie bede mial wizy. Cala ta zabawa w telefony miedzynarodowe i przebukowywanie biletow kosztowala moja rodzine kolo 1000 zl, a jesli doliczyc utracone wynagrodzenie, to ponad 1500 zl. Wszystko to po to, bym mogl sie stac byc moze jedynym posiadaczem promesy do Kamerunu na swiecie.

I rady dla Was:
1. Nawet jesli wszyscy twierdza, ze formalnosci sa dopelnione, to trzeba sie upewniac w biurze wizowym na Okeciu. Oni wiedza lepiej.
2. Rozmowy z pracownikami nagrywac.
3. Tak chyba najprosciej - z Okecia nie latac.

Ciekawe ile osob dotarlo do konca tego posta. Nie planowalem, ze bedzie az tak dlugi, ale na samo wspomnienie wciaz mnie nosi. Trauma po prostu no...

Ale spoko, kolejne posty beda juz o Kamerunie. Obiecuje.

Etykiety:

Komentarze (4):

24 lipca 2007 09:16 , Blogger Eliza pisze...

Bartku! ja dotrwałam do końca, powiem więcej, przeczytałam tego posta z zapartym tchem!:) czuję, że twój blog będzie jedną a moich ulubionych lektur w nadchodzącym roku:) Pisz jak najwięcej, a niedługo i ja wystartuję (mam nadzieję) ze swoimi opowieściami (hmmm... też z Okęcia:/ ;))

 
2 sierpnia 2007 00:50 , Blogger Ludmiła pisze...

Przepraszam za pisownie

 
11 sierpnia 2007 09:24 , Blogger Mowdi pisze...

Ty to byś chciał, aby wszystko poszło zgodnie z planem, łatwo i bez komplikacji..

po prostu akcja na lotnisku, to była częś planu przygotowania Cie do tego co czekało i nadal czeka w Kamerunie;)
a tak poważnie, to zaskoczona byłam, kiedy bedac w lyon dostaje sms - nie wylecialem..


Dziekuje za bloga, zarowno za opowiesci co sie u Ciebie dzieje, przyblizenie kultury, oraz zwrocenie uwagi na istotne rzeczy, jak i fajnie ze piszesz o zagrozeniach i praktycznych radach:*

 
22 grudnia 2009 14:37 , Anonymous Anonimowy pisze...

Dzieki za ciekawy blog

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna