Nareszcie w Kamerunie
Basen. To pierwsze skojarzenie jakie mialem po ladowaniu. Wedlug informacji podawanych na pokladzie samolotu, temperatura powietrza to ok 25 st. Celsjusza. Faktycznie nie jest goraco, raczej parno. Wrazenie przebywania w szatni na basenie podkreslane jest tez przez drobne kafelki, jakimi wylozone jest lotnisko. Jakos nie moge przyzwyczaic mojego umyslu do mysli, ze po wyjsciu z budynku nie bede mogl odetchnac swiezym powietrzem.
Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie. Pokazuje paszport i karte szczepienia przeciw zoltej febrze i zostaje poinstruowany, by odebrac bagaz, a potem zglosic sie do policji lotniskowej. W holu jest tloczno. Szukam wzrokiem kogos, kto moglby mnie oczekiwac. Nie jest to proste, bo ludzie zlewaja mi sie w jedna czarna mase, dojrzenie trzymanych przez nich kartek jest niemal niemozliwe. Nagle podchodzi do mnie jakis chlopak, wyciaga reke i mowi, ze jest Mark. Witam sie z nim i przedstawiam sie rowniez - nie jestem pewien, czy oczekiwal mnie, czy po prostu dojrzal okazje do zarobienia kilku groszy. Czeka ze mna na bagaz, potem prowadzi do kobiety, ktora sprawdza czy bagaz faktycznie nalezy do mnie. Prowadzi mnie do biura policji lotniskowej. Idzie kilka metrow przede mna, i to z moja walizka, a ja staram sie nadazyc za nim myslac ze zgroza, co by bylo, gdyby nagle zaczal wyrywac do przodu. Kilka maluchow zaczepia mnie z pytaniem, czy moga jakos pomoc.
W biurze policji lotniskowej spotykam Wilfreda, ktory zaczyna rozmawiac z policjantem o mojej wizie. Cala procedura, lacznie z wycieczka do kantora, zeby wymienic pieniadze, trwa moze 15-20 minut. Kiedy juz mamy sie zbierac do biura wchodzi drugi policjant i zaczyna cos mowic wskazujac glowa na mnie. Wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich - oczywiscie - le blanc, "bialy". Wilfred mowi mu, ze nie znam francuskiego. No i sie zaczyna.
Nowy policjant z usmiechem zadaje mi jakies pytania, przy ktorych drugi z nich i Wilfred chichocza pod nosem. A ja znowu wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich "femme". No tak, to samo bylo w Kirgistanie - zarty na temat pieknych lokalnych kobiet uwodzonych przez obcokrajowcow, zyczenia znalezienia zony itp. Zreszta po chwili Wilfred potwierdza moje przypuszczenia. Okazuje sie, ze policjanci zyczyli mi znalezienia wielu zon w Kamerunie (wielozenstwo jest tutaj, przynajmniej wedlug tradycji, dozwolone). Odpowiadam powoli po angielsku, ze moja waliza nie pomiesci zbyt wielu kobiet. W koncu dochodzimy do konsensusu - bede mogl zabrac jedna jako partnerke, a jeszcze dwie do walizy. I tym konczy sie moja wizyta w biurze policji.
Okazuje sie, ze Mark przez ten czas czekal na zewnatrz. Oczekuje ode mnie zaplaty za pomoc. Mam w reku plik banknotow 10,000 frankow srodkowoafrykanskich, reszta po wykupieniu wizy. Nie kumam jeszcze do konca ile sa warte, wiec pytam Wilfreda, ile powinienem mu dac. Wilfred rozmawia przez chwile z Markiem, nie moga dojsc do porozumienia, Mark chce widocznie stanowczo za duzo. Wilfred mowi do mnie 'Let's go' i rusza. Mark obskakuje nas po drodze, gestykulujac zywiolowo i podniesionym glosem domagajac sie zaplaty. W koncu wsiadamy do taksowki, ale Mark trzyma drzwi, kolo niego pojawia sie jeszcze dwoch jego kolego i wszyscy domagaja sie kasy. Kierowca rusza powoli, Mark przytrzymuje drzwi, wiec uderzamy nimi o jakis stojacy samochod. "Kaplica" mysle sobie, a tu nic - zero reakcji ze strony taksowkarza. Zatrzymuje sie tylko i zaczyna brac udzial w dyskusji. Nic nie kumam, ale chyba chodzi o to, ze uwaza, ze powinienem zaplacic. Wilfred sie z nim spiera, w koncu wyciaga 1,500 frankow i daje wyrostkom. Nareszcie ruszamy.
Troche rozmawiamy po drodze, ale glownie wlepiam wzrok w obrazki za szyba. Jeszcze na pokladzie samolotu dopadla mnie taka chwila zwatpienia, czy nie okaze sie, ze Douala to po prostu troche bardziej zacofane miasto typu europejskiego, czy nie okaze sie, ze moja praktyka bedzie doswiadczeniem porownywalnym z odbyciem stazu w, nie wiem, Skierniewicach czy Tomaszowie Jakimkolwiek. Ale to co roztacza sie przede mna w ogole nie przypomina Europy. Zrujnowane domy, ludzie jezdzacy kompletnie poobijanymi samochodami i motorami, zero zasad...
Ale o tym w jakiejs bardziej zebranej formie w kolejnym poscie. W ogole kolejne posty beda juz mniej narracyjne, a bardziej opisowe, wiec nie martwcie sie dlugoscia tego i poprzedniego.
Etykiety: Moje perypetie

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
<< Strona główna