Pierwsze wrazenia z Kamerunu
Ten kraj jest niesamowity. Miasto wyglada tak, jakby caly czas toczyla sie w nim walka miedzy silami natury a ludzka kreacja - a inicjatywa wcale nie lezala po stronie ludzi. Palmy i inne rosliny wyrastaja doslownie wszedzie, niszcza asfalt, wciskaja sie w szczeliny miedzy plytami chodnikowymi [jesli juz gdzies takie sa], wspinaja po budynkach. Po ulicach biegaja pstro ubarwione jaszczurki, w domach pelno jest mrowek i komarow.
Zreszta same domy zbudowane sa tak, jakby mieszkancy zakladali, ze tej wojny z roslinnoscia nie wygraja. Wiekszosc domow ma co prawda glowna konstrukcje z cegiel, ale czesto za okap czy w ogole za dach robia dziwaczne polaczenia drewna, kartonu i blachy falistej. Jezeli juz gdzies jest cos na ksztalt werandy, to jest to prawdziwy popis budowania czegos z niczego. Drzwi czasem sa, czasem ich nie ma, podobnie okna - wszak dziura z siatka chroniaca przed komarami spelni swoja funkcje tak samo dobrze. Wszedzie pelno jest budynkow, ktore wygladaja jakby ktos zaczal je budowac, ale w polowie skonczyly sie pieniadze. Mimo to mieszkaja w nich ludzie.
Oczywiscie 90% budynkow jest niepomalowanych, ani od zewnatrz, ani od wewnatrz. Czasem, choc i to nie zawsze, sciany sa po prostu pobielone, choc deszcz zdazyl juz wytworzyc na nich wielkie zacieki. Dom kazdy buduje sobie sam, nie konsultujac sie z nikim, ciezko wiec mowic o jakichs ulicach - sa to raczej sciezki miedzy domami, oczywiscie nie wylozone niczym. Ot, piasek i skala, czasem jakies elementy betonowe. Takie baraki to tutaj najbardziej typowa zabudowa. Z tego powodu, poza kilkoma glownymi traktami, ulice nie maja nazw, lecz numery. Okolice domku MC maja numery w okolicach 1.400.
W centrum jest troche inaczej - sa szerokie ulice wylane asfaltem, choc tak dziurawe, ze chyba tylko auta terenowe sa w stanie jakos sie trzymac w tych warunkach. Wplywa to na sposob, w jaki ludzie traktuja tutaj samochody. Niemal wszystkie sa poobijane, maja popekane szyby, wiszace lusterka - troche jak z tej reklamy Peugota 206 ze sloniem. Widac jesli cos jest jeszcze w stanie jezdzic, to nie jest wazne jak wyglada nadwozie. Skoro zas nie jest wazne, jak wyglada nadwozie, to... nie ma co uwazac na inne pojazdy sunace ulicami, czy stojace na parkingu. Naprawde, ruch w miescie to jedna wielka anarchia, samochody wciskaja sie w wolne miejsca miedzy innymi autami tworzac sobie 3 pas ruchu na jezdni 2 pasmowej, wymuszajac pierwszenstwo [ale czy tu w ogole sa zasady pierwszenstwa?], zajezdzajac sobie droge. Cos takiego widzialem dotad tylko na filmach z Indii. Roznica miedzy ruchem tam i tu polega chybe glownie na tym, ze o ile w Indiach podstawowym wyposazeniem samochodu jest klakson, to tutaj klaksonu prawie nikt nie uzywa. Widac, ludzie bardziej ufaja czujnosci innych. Widac, nie do konca slusznie.
Podobnie jak w Kirgistanie, taksowki sa tanie jak barszcz [o ile to porownanie ma jakikolwiek sens ekonomiczny tutaj], co, w polaczeniu z brakiem publicznego transportu sprawia, ze praktycznie wszedzie jezdzi sie rzucajacymi sie w oko zoltymi autami lub motorami. Wszystkie taksowki to Toyoty Corolle. Wilfred mowi, ze to po prostu dlatego, ze sa najtansze, ale jakos wierzyc mi sie nie chce, zeby taka spojnosc byla mozliwa do osiagniecia w sposob niewymuszony. Z drugiej strony, nie wydaje mi sie, zeby istniala tu jakas korporacja taksowkarska. Ot, zagwozdka. Z jednej dzielnicy do drugiej przewoz kosztuje ok 200 frankow. Troche taniej jest wspomnianymi juz motorami i ostatnio preferuje ten wlasnie srodek transportu. Przygoda jest niezla. Wyobrazcie sobie super zatloczone i dziurawe jak powierzchnia Ksiezyca ulice, totalna anarchie na drodze, pieszych wciskajacych sie miedzy auta, motory zajezdzajace sobie droge, a Wy w srodku tego wszyskiego suniecie sobie 50 na godzine na bagazniku rzezacego motoru bez lusterek i sprawnych hamulcow. Wrazenie jest tak niesamowite i odstajace od czegokolwiek do czego jestem przyzwyczajony, ze czuje sie jakbym uczestniczyl w grze komputerowej. Zwlaszcza, ze jestem wyzszy od kierowcow, wiec perspektywa jest jak wyjeta z jakiegos Moto Racera.
Jedzenie? Coz, generalnie nie zdarzylo mi sie jeszcze jesc czegos identycznego jak w Polsce. W knajpie niedaleko mieszkania MC w menu jest m.in. mieso krokodyla, choc ostatnio akurat sie skonczylo, wiec jeszcze go nie probowalem. Wczoraj jadlem na lunch pieczonego jezozwierza, wczesniej bulion z nogi wolowej [nie zadne tam smaczne miesko, tylko kawal kosci z zylami] z jakimis dziwnymi warzywami o francuskiej nazwie ails, troche przypominajacymi kartofle... ale tylko troche. Generalnie w miejsce naszych polskich kartofli stosuje sie tutaj wlasnie ails, ryz, makaron lub kassawe, czyli inny rodzaj warzywa, przemielony i podgrzany nad ogniem. Ludzie tutaj jedza, rzeklbym, bardziej intensywnie. Jesli jedza ostro, to dla Polaka jest to naprawde ostro. Wczoraj na przyklad, jak sobie dolozylem czerwonego pieprzu do jezozwierza, to lzy naplynely mi do oczu po pierwszym kesie. Jesli zas jedza slodko, to az do mdlosci. Tam gdzie jemy sniadania i kolacje do picia mozna zamowic mleko, nesquick, kawe oraz napoj czekoladowy. Mleko to nie zadne mleko od krowy, ale zageszczone mleko rozpuszczone we wrzatku. Do tego mozna zamowic spaghetti z awokado, takze polane zageszczonym mlekiem. Jakby tego bylo malo, ludzie czesto slodza sobie dodatkowo to 'mleko' lub napoj czekoladowy kilkoma kostkami cukru. Coz, jestem pewien, ze taki zestaw sniadaniowy daje wiele energii, i o to chodzi.
Ludzie z MC, a zwlaszcza Wilfred, sa wielbicielami piwa. Czesto zdarza im sie wypic piwo zamiast kolacji, a z tego co mowi Wilfred, wiele ludzi w Kamerunie preferuje piwo zamiast sniadania. Standardowy rozmiar butelki to 0,65l, sprzedawanych w przydroznych 'knajpkach' [czyli domkach, przed ktorymi stoja ze 3 stoliki z plastikowymi krzeslami]. Musze przyznac, ze w tym klimacie wypicie dwoch piw do lunchu potrafi czlowieka troche wytracic z rownowagi.
No dobrze, akurat wczoraj rzeczywiscie w porze lunchowej bylo goraco, ale to, co mnie bardzo zaskoczylo po przyjezdzie tutaj to fakt, ze klimat jest naprawde przyjemny. Caly czas jest cieplo, ale raczej nie goraco, gdyz slonce ciagle przykryte jest chmurami. Niby jest pora deszczowa, ale pada rzadko i raczej niezbyt intensywnie. Taka nasza wczesna jesien, tylko 10 st. Celsjusza wiecej. Zapewne wynika to z bliskosci oceanu, a miejscowi mowia, ze jeszcze bede odszczekiwal slowa o przyjemnym klimacie gdy przyjdzie pora sucha... Ale poki co nie martwie sie tym zbytnio.
Ceny sa bardzo zroznicowane, w zaleznosci od tego czy kupuje sie dobra przetworzone czy nieprzetworzone. Jedzenie jest niesamowicie tanie - duze sniadanie, dobry obiad, porzadna kolacje, kazde z nich tak duze, ze nie potrafie zjesc ich do konca, mozna kupic po 500 frankow. Piwko do lunchu to kolejne 500 frankow. Zatem juz za 2000 frankow dziennie mozna sie obzerac do woli. Poniewaz jest bardzo cieplo, to na razie niemal nie czuje glodu, wiec jem razem z miejscowymi. A Ci jedza jeden, dwa posilki dziennie, wiec koszty sa jeszcze nizsze. Ostatnio zamiast w okolicy domku MC jedlismy w centrum Douali. Lunch kosztowal 1000 frankow i Wilfred byl tym wyraznie wzburzony. Kiedy nie dojadlem mojej porcji, wzial ja ode mnie ze slowami 'Zaplacilismy za to 1000 frankow, wiec trzeba zjesc do konca'. Przy okazji tego samego lunchu kupilismy od ulicznego sprzedawcy, chlopca moze 8-, moze 10-letniego, plyte Richarda Bony. Piracka rzecz jasna, ale cena i tak mnie zaskoczyla. Z poczatkowego 1000 frankow szybciutko zjechalismy do 500. Plyta za dolara? Ja wiem jak niskie sa koszty, ale ze komus chce sie w ten sposob zarabiac...
Z drugiej strony wczoraj wybralem sie na zakupy chemiczne i ceny mydla, czy pianki do golenia byly na poziomie europejskim. Problemem jest niedobor towarow. Bylem chyba w dwoch najwiekszych centrach handlowych [ekhm] i w jednym z nich nie bylo w ogole przyborow do golenia i tylko jeden proszek do prania, jakis noname - przynajmniej jak dla mnie. W drugim sklepie bylo troche lepiej, ale tez nie mialem problemow z nadmiarem artykulow do wyboru.
Coz, tyle na razie jesli chodzi o moje obserwacje. Wkrotce napisze wiecej co sie dzieje u mnie osobiscie.
Etykiety: Kamerun jako kraj

Komentarze (3):
Poprosze przepis na jezozwierza :))
Pozdrawiam,
Monika
Wyglada na to, ze mamy podobne warunki. Nawet pogoda jest taka sama:)
Jedynie u mnie jest strasznie glosno na ulicach do tego stopnia, ze az pekaja bebenki w uszach:(
Buzka
Ta stronka to naprawde zajebisty pomysl. Bede sledzil uwaznie twoje losy na "czarnym kontynencie". Przywiez mi jakas fajna czarnulke w walizce :D
powodzenia zycze
Prześlij komentarz
<< Strona główna