środa, 8 sierpień 2007

Moje wielkie kamerunskie wesele

Planowalem na ten weekend wycieczke do Limbe, nadmorskiego kurortu polozonego w anglojezycznej czesci Kamerunu, ale w piatek zostalem zaproszony na slub jednej z pracownic naszej firmy. Jak juz pisalem, atmosfera w CAC jest bardzo rodzinna, wiec gdy tylko ktos sie pobiera, zaprasza kolegow i kolezanki z pracy i czesto na uroczystosci faktycznie pojawia sie ich spora delegacja. Tradycja jest tez firmowy prezent, na ktory zrzutka prowadzona jest przez nasza recepcjonistke.

Zaproszenia na slub rozeslane zostaly jeszcze przed moim przyjazdem do Kamerunu, a poniewaz nie mialem okazji poznac panny mlodej (ktora jest obecnie na urlopie), wiec tez nie bardzo poczuwalem sie do wziecia udzialu w uroczystosci. Tym niemniej wlasnie w piatek jedna z moich kolezanek zapewnila mnie, ze na pewno Olive bedzie milo jesli wpadne na wesele i brak zaproszenia nie jest zadna przeszkoda. W ten oto sposob w sobote o 6 rano znalazlem sie w taksowce jadacej na dworzec autobusowy w Douali.

Dworzec dzieli sie na 2 czesci - dla VIPow i dla reszty. Czesc dla VIPow przypomina typowy dworzec PKS w 5 - 10 tysiecznym polskim miasteczku, a czesc dla reszty, coz, chcialbym wierzyc ze jest w trakcie remontu, bo wyglada, jakby sie miala zaraz zawalic. Kupujemy wraz z Felicite i Bernardine bilety do Yaounde, stolicy Kamerunu, gdzie ma sie odbyc uroczystosc. Bilet klasy Premium kosztuje 6 tysiecy w jedna strone, ale wiem za co place - autobus jest klimatyzowany, a w cene wliczony jest poczestunek skladajacy sie z drozdzowki z czekolada i napoju. Wsrod puszek i butelek z Cola i Fanta dostrzegam taka, ktora nie przypomina niczego co znam z Polski. Napoj z guavy. Importowany z Malezji. Jak to jest, ze byle kolonie w Azji Poludniowo- Wschodniej potrafily wejsc na sciezke szybkiego postepu, a w Afryce nikomu sie to nie udalo?

Douala jest ogromna, o wiele wieksza niz przypuszczalem. Po dobrych kilkudziesieciu minutach, w czasie ktorych troche przysypialem, pytam mojego sasiada jak sie nazywa miejscowosc, przez ktorej zabudowania wlasnie przejezdzamy. Ten nie moze zrozumiec o co mi chodzi, w koncu niepewnie odpowiada, ze nie wie jaka nazwe nosi ta czesc przedmiesc. Coz, rozwojem tego miasta kieruje zupelnie inna logika niz w przypadku miast europejskich. Nie jest tak, ze biznesowe lub przemyslowe centrum przyciaga ludnosc wiejska do osrodka miejskiego, powodujac budowe osiedli mieszkaniowych i dobrze skomunikowanych z centrum przedmiesc. Wiekszosc mieszkancow w centrum pewnie nawet nie bywa, bo i po co? Przybyli do miasta, bo na wsi nie mogli sie wyzywic, liczac, ze tutaj przetrwanie przyjdzie im latwiej. Gdy dotarli do obrzezy Douali, rozlozyli wszystko co mieli, byle jak, byle gdzie. Potem zbudowali jakis szalas, popychajac granice miasta o kolejnych kilka metrow dalej, kolejni nowoprzybyli rozlozyli sie juz za nimi i tak dalej. Wiekszosc powierzchni miasta wyglada jak morze rownomiernie rozlozonych domkow z cegly, blachy i drewna, bez niemal zadnych punktow orientacyjnych dla niewprawnego oka Europejczyka. A centrum Douali, mimo ze jest to miasto o 2-milionowej populacji, wyglada jak centrum sredniej wielkosci polskiego miasta powiatowego.

Yaounde robi zupelnie inne wrazenie. Centrum sklada sie glownie z luzno rozrzuconych, okazalych budynkow ministerstw, zbudowanych wedlug fantazyjnych projektow, ktore nadaly im ksztalt diamentow i innych wielobokow nie majacych wiele wspolnego z tradycyjnym prostopadloscianem. Stolica Kamerunu rozbudowywala sie w latach 60 i 70, kiedy takie trendy byly modne na swiecie. Podobnie wyglada Skopje, odbudowane po wielkim trzesieniu ziemi w 1963 roku, podobnie wyglada Brasilia, przynajmniej wnioskujac ze zdjec, bo tam [jeszcze] nie bylem. Drogi sa dobrze utrzymane, rowniez ulozone w fantazyjne serpentyny, przypominajace podniebne ulice na ilustracjach z lat 50. przedstawiajacych wizje miast przyszlosci. Jezeli ulica ma skrecic w lewo i przeciac druga, to zamiast zrobic to w najprostszy mozliwy sposob, budowniczowie najpewniej poprowadza ja szerokim lukiem po dlugiej estakadzie z malowniczym widokiem na miasto. Ma to swoj niewatpliwy urok.

W pewnym momencie skrecamy w droge wiodaca pod gore i jedziemy nia kilka minut, caly czas majac po jednej stronie mur z drutem kolczastym. Kierowca po francusku tlumaczy, ze jest to ambasada Francji i ze cala posiadlosc ma 5 hektarow - czyli tyle, ile wynosi srednia wielkosc gospodarstwa rolniczego w Polsce. Zdaje sie, ze ta liczba zrobila na moich kolezankach jeszcze wieksze wrazenie niz na mnie. Upewniam sie u Felicite, czy dobrze zrozumialem. Oczywiscie, ze nie. Kierowca nie mowil o cinq - pieciu, ale o cent - stu hektarach. Zaniemowilem.

Wejscie do kosciola i droga do oltarza usypane sa platkami kwiatow, w lawkach i na krzeselkach juz czeka wiekszosc gosci. Sama swiatynia jest prosta, biale sciany nie sa ozdobione ani obrazami ani rzezbami, tak typowymi dla europejskich rzymskokatolickich miejsc sakralnych. Jedynie swieczniki i wiszacy nad oltarzem krzyz uswietnione sa niewielkimi plaskorzezbami wykonanymi z kosci sloniowej. W glebi sali juz czekaja dwa chory - jeden klasyczny, ktorego czlonkowie ubrani sa w ciemnogranatowe togi, drugi lokalny, skladajacy sie z samych kobiet w prostych, bialych szatach.

Sama ceremonia nie ma w sobie wiele z europejskiego dostojenstwa i szacunku dla powagi chwili. Ludzie krzycza cos do mlodej pary, w kluczowych momentach gwizdza przeciagle wyrazajac swoja radosc i aprobate, lokalny chor spiewa wpadajace w ucho, radosne piesni, do ktorych na dodatek tanczy proste uklady, obejmujace m.in. wymachiwanie patyczkami okrytymi puchem. Akompaniuja im mlodzi mezczyzni wygrywajacy rytmy na drewnianych cymbalach, bebnie afrykanskim i specyficznej grzechotce, kazdy - zdawaloby sie - grajacy to, co akurat mu sie podoba, a jednak wszystko razem zlewa sie w harmonijna calosc. Co jakis czas ktos wbiega na scene i wrzuca pieniadze a to dyrygentowi choru, a to cymbalistom, przychodzi tez taka czesc slubu, gdy mloda para staje z wiklinowymi koszami przed oltarzem, a goscie ustawiaja sie w kolejce, po kolei gratulujac im zaslubin i dokladajac swoja dole do ich dobrobytu.

Po samym slubie jedziemy do centrum miasta, gdzie w pieknie utrzymanym, choc niewielkim parku mloda para robi sobie pamiatkowe zdjecia z goscmi. Ten park to chyba taki tutejszy Wilanow, bo oprocz Olive i jej meza spotykamy jeszcze 2 inne mlode malzenstwa i ich weselnikow, co prowadzi do komicznych sytuacji, gdy goscie mieszaja sie i gubia, a potem, lekko spanikowani, probuja odnalezc swoja grupe.

Ruszamy na uroczysty obiad, w czasie ktorego mam okazje sprobowac wielu lokalnych specjalow, ktorych w wiekszosci niestety nie potrafie nazwac. Jedynymi wyjatkami sa kassawa, w Polsce znana bardziej pod pochodzaca z francuskiego nazwa maniok oraz planten. Kassawe przyrzadza sie miazdzac ja, a uzyskana mase owija sie w liscie tej samej rosliny i gotuje dla uzyskania konsystencji gestego ciasta. Planten zas to po prostu niedojrzale banany, ktore - ugotowane - zastepuja tutaj nasze kartofle w charakterze 'zapychacza'. W czasie calego obiadu mamy okazje ogladac wystep tancerza i tancerki oparty na tradycyjnych afrykanskich motywach oraz posluchac - dosc niezwyklego - zespolu muzycznego. Zespol ow sklada sie z dwoch muzykow, z ktorych jeden gra na kawalku metalowej rury, w ktory stuka drewnianymi paleczkami, a drugi na gitarze elektrycznej. Ale to wlasnie ten drugi stanowi dziwniejszy widok. Otoz ma on przyklejone tasma klejaca do paznokci na palcu wskazujacym i kciuku kawalki plastiku, ktorymi traca struny na wysokosci 18. progu. Specyficzne kostkowanie nadaje jego grze bardzo ciekawe brzmienie.

Po obiedzie 3 godzinna przerwa, gdyz wielu weselnikow przyjechalo Douali, co oznacza, ze tego dnia musieli zerwac sie o 5 rano i powoli zaczyna im sie to dawac we znaki. Wieczorem impreza w wynajetym klubie, znowu duzo dobrego jedzenia i napojow, fajnie grajacy zespol jazzowy [przynajmniej dopoki nie dolaczyl do nich wokalista bez glosu i z improwizacji nie przerzucili sie na weselne smuty] oraz mloda para wkraczajaca przy dzwiekach Vangelisowego motywu z 1492: Conquest of paradise. Chodzilo pewnie o paralele wielkiej podrozy, w ktora wyruszaja mlodzi, choc nie wiem czy ten, kto na to wpadl wie, jaki los spotkal Kolumba po odkryciu Ameryki; a spotkal go trud, znoj i niewdziecznosc. Wie czy nie, dla mnie to polaczenie bylo bardzo zabawne.

Kilkadziesiat minut pozniej parkiet zajmuje zespol muzyczno-taneczny, skladajacy sie z 2 dziewczyn i chlopaka, nastolatkow plasajacych do dynamicznej muzyki z afrykanskim rytmem, oraz moze 20-letniej wokalistki, ktorej wyglad i glos przykuwaja wzrok i nie pozwalaja sie oderwac nawet na chwile. Nie chodzi o to, ze jest ladna, bo nie jest... Ale jej szczupla sylwetka podkreslona obcisla sukienka z cienkiego materialu, dlugie, geste, czarne wlosy z wplecionymi paciorkami, a zwlaszcza jej grubo zakreslone tuszem ciemne oczy po prostu hipnotyzuja. Wyglada, jakby duchem wcale jej tutaj nie bylo. Obled.

Po ich wystepie DJ zapowiada czesc dyskotekowa imprezy, a z glosnikow zaczynaja wylewac sie afrykanskie rytmy. Nie mam pojecia jak sie do tego tanczy, ale bardzo chce sie nauczyc, wiec jestem jednym z pierwszych na parkiecie. Po chwili robi sie naprawde tloczno, a DJ co jakis czas rzuca kilka zdan do mikrofonu, co nie spotyka sie z zupelnie zadna reakcja tanczacych. Az tu nagle, po kolejnych moze 2 zdaniach DJa wszyscy jak na komende odwracaja sie w moja strone, przygladaja sie i klaszcza. Okazuje sie, ze dostalem od DJa pochwale, ze taki bialy, a jednak daje rade. Szok spowodowany tym wydarzeniem zmiata mnie z parkietu na dobre pol godziny.
Aha, dla mnie to juz jest oczywiste, ale dla Was pewnie jeszcze nie - prawie wszedzie, gdzie sie pojawiam, jestem jedynym bialym. Jestem jedynym bialym w pracy, jedynym bialym w supermarkecie, jedynym bialym na ulicy, jedynym bialym na slubie, jedynym bialym na parkiecie. Nic dziwnego, ze sie wyrozniam.

Okolo 3 wracamy do hotelu, a ja z miejsca ide spac. Rano nie musimy sie nigdzie spieszyc, wiec wyleguje sie w lozku do 11, potem prysznic, ogarniecie rzeczy i jedziemy z Felicite na dworzec [Bernardine wrocila wczesnie rano]. Na miejscu okazuje sie jednak, ze bilety na klase Premium na 13:00 sa juz sprzedane, wiec albo musimy czekac do 16, albo pojedziemy o 13:30 autobusem Classic. Dla mnie wybor jest prosty, zwlaszcza, ze Classic kosztuje tylko 3500 frankow.

Classic to dosc dowcipny eufemizm dla jakosci autobusu, ktory za chwile podstawia sie na dworcu. Co tu duzo mowic - pojazd okazuje sie byc tak bardzo classic, ze psuje sie w polowie drogi do Douali. Pasazerowie wysiadaja i bezradnie ustawiaja sie wzdluz drogi czekajac, az ktos sie zlituje i wezmie ich na stopa, oczywiscie bez rezultatu. Poczatkowo nie biore w tym udzialu, cykam zdjecia okolicy i licze po cichu, ze kierowca wynurzy sie za chwile spod autobusu z mina zwyciezcy i pojedziemy dalej, ewentualnie ze niedlugo przyjedzie autobus zastepczy. Czuje sie troche dziwnie w towarzystwie kilkudziesieciu ludzi w rozchelstanych koszulach, gdyz wciaz mam na sobie garnitut i pantofle. Co zaskakujace, tym razem nie jestem jedynym bialym, bo tym samym autobusem podrozuje [choc czas przeszly bylby chyba bardziej na miejscu] biala kobieta po 40tce. Strasznie sie piekli o nasze spoznienie, zarzeka sie, ze pozwie firme, na co ktos ze wspolpasazerow odpowiada, ze to jest Kamerun, na odszkodowanie i tak nie ma co liczyc, a jak bedzie sie tak zachowywac, to przewoznik moze jej nie wpuscic do autobusu zastepczego. Podzialalo.

Ostatecznie podchodze i ja do skraju jezdni. Niemal odruchowo wyciagam przed siebie reke z wzniesionym kciukiem i od razu zatrzymuje sie elegancki mercedes. Nagle dzieje sie cos niesamowitego - caly ten zastygly tlum ludzi, ktory czekal bezczynnie przy drodze az ktos w koncu zdobedzie sie na ten wydatek energetyczny i podniesie reke by zasygnalizowac chec zlapania podwozki, zaczyna biec w kierunku auta. No i pojechalo 3 szczesliwcow.

Nie przejmujac sie zbytnio tym niepowodzeniem zdobywam sie na kolejny wydatek energetyczny zwiazany z podniesieniem reki [ponownie tylko ja] i po kilku minutach znow mam szczescie. Tym razem jestesmy z Felicite lepiej przygotowani do wyscigu i po chwili zajmujemy juz wygodne miejsca z tylu kolejnego Mercedesa. W ciagu 1,5 godziny jestesmy w Douali, oplacamy podwozke [trzeba bylo wylozyc po 2 000], zegnamy sie i kazde rusza w swoja strone.

Tak zakonczyl sie moj pierwszy wyjazdowy weekend w Kamerunie - moze bez jakichs duzych szokow, ale na pewno calkiem przyjemnie. Na kolejny jade na jakies wiejskie swieto, wiec moze byc o wiele ciekawiej :)

Etykiety:

Komentarze (1):

8 sierpień 2007 05:15 , Blogger Eliza pisze...

elo, moze jakies fotki bys wrzucil?:)

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna