wtorek, 28 sierpnia 2007

Obrazki z Afryki

Obiecalem przedstawic Wam Berta. Coz, mieszkamy razem niemal od momentu, kiedy sie tu wprowadzilem, choc biorac pod uwage, ze mnie przez wieksza czesc dnia nie ma, a i on traktuje nasze lokum bardziej jako miejsce, gdzie mozna zjesc, odpoczac i czasem spedzic noc, to jakos dobrze sie jeszcze nie poznalismy. Zreszta Bert w ogole sie nie odzywa, co mi absolutnie nie przeszkadza - wszak mialem mieszkac sam, wiec sama obecnosc wspollokatora czasem mnie nieco irytuje. W sumie to nawet bym sie zdziwil, gdyby Bert sie odezwal, bo kto to widzial gadajacego karalucha?

Karaczanow w moim mieszkaniu pojawia sie kilka, ale wiekszosc to standardowe, czarne owady o dlugosci nie przekraczajacej 3 cm. Bert jest inny. To brazowe, wielkie bydle o 5-centymetrowym korpusie, ktore od tylnych odnozy do konca czulkow mierzy lacznie z 15 centymetrow, potrafi wzbudzic respekt. Postanowilem go nie zabijac, bo i po co? Karaluchy generalnie szkodliwe nie sa, no i w przypadku wojny atomowej to im wrozy sie najpewniejsze przetrwanie. To swoiste zawieszenie broni traktuje wiec jako wyraz mojej dbalosci o istnienie zycia na Ziemi. Poza tym, czasem, gdy siedze na kanapie i patrze, jak Bert myje sobie czulki, mam poczucie jakby to byl moj zwierzak.

Prawda ze slodkie?

Na ulicy czesto zaczepiaja mnie kalecy. Najczesciej sa to ofiary polio, ktore latwo rozpoznac po poskrecanych i skarlowacialych konczynach. Wiele z nich porusza sie na prowizorycznych trojkolowych rowerach z pedalami obslugiwanymi rekami. Czasem zdarzaja sie jednak osoby o innych zwyrodnieniach. W czasie wizyty w Yaounde Melisse [kolezanke z pracy] zaczepil normalnie wygladajacy czlowiek. Ona ledwie spojrzala na niego i momentalnie odwrocila sie wzburzona. Mezczyzna skierowal twarz w moja strone i wtedy zrozumialem o co chodzi. Jego prawa polowa twarzy, dotychczas niewidoczna dla mnie, zwisala luzno. Doprawdy nie wiem jak to opisac, jakby caly jego prawy profil mial na sobie dwa, trzy razy za duzo skory. Albo jakby ktos nalozyl na niego gruba warstwe jakiejs masy, ktora zaczela teraz splywac. Czolo zaslanialo oko, nos zwisal ponizej linii ust, policzek konczyl sie tuz nad obojczykiem. Nie wygladalo to na efekt zadnej choroby, mysle, ze to wrodzona przypadlosc. Nie jestem specjalista, ale mysle, ze w Europie usuniecie tych fald nie byloby ani trudne, ani drogie. Ale w Afryce?

Ciekawa rzecz - albinosow jest tutaj chyba wiecej niz bialych. Czasem trudno w pierwszym momencie odroznic, czy dana osoba to albinos, czy bardzo blady bialy, zwlaszcza w przypadku kobiet. Czasem - choc rzadko - wygladaja jak Europejczycy z zespolem Downa. W wiekszosci wypadkow jednak ich widok nie budzi skojarzen z bialymi, przykuwaja po prostu wzrok nienawykly do ich ogladania.

Tutejsza fauna wciaz mnie zadziwia. Po ulicach biegaja dziesiatki jaszczurek dwoch rodzajow - zielone, dlugosci meskiej dloni oraz nieco wieksze, bardziej pstrokate. W wielu krajach afrykanskich miejscowi sprzedaja je naiwnym turystom jako krokodylatka, ktore po odkarmieniu maja stac sie kilkumetrowymi potworami. Popyt jest ponoc spory.

Gdy wyszedlem przewietrzyc sie troche w czasie nocnej imprezy weselnej w Yaounde, moj wzrok przyciagnal spory jak na europejskie standardy nietoperz. Nie zeby bylo to jakies zaskoczenie, bo nie byl to tez wcale rzadki widok w Kirgistanie. Zaczalem go jednak obserwowac i gdy krazyl wokol latarni zawieszonej na budynku, zauwazylem, ze jest z nim cos nie tak. To cma! Cma o skrzydlach wielkosci ludzkich dloni... Prawdziwego nietoperza zobaczylem nastepnego wieczoru, juz na mojej ulicy. Zreszta jego tez poczatkowo wzialem za ptaka, bo nie spodziewalbym sie ujrzec nietoperza o ponad metrowej rozpietosci skrzydel. Specyficzny, lamany tor lotu i skrzydla zagiete w dwoch miejscach nie pozostawialy jednak watpliwosci.

Co jakis czas budynek, gdzie siedzibe ma moja firma [jeden z najwyzszych w Douali], odwiedzany jest przez kilka jastrzebi. Przelatuja z duza predkoscia wzdluz okien, czasem laduja na metalowych kratach umieszczonych nad kazdym pietrem, ale tylko na krotka chwile, ledwie wystarczajaca, by wyznaczyc sobie nowy cel. Komunikuja sie glosnymi, przeciaglymi skrzekami, ktorych pierwsza czesc jest wznoszaca, potem nastepuje krotka przerwa i czesc druga, opadajaca. Piekne ptaki.

Hotel w Yaounde. Telefon w moim pokoju. Wiekowy to malo powiedziane. Klasyczny, rzeklbym. Nawet nie sprawdzilem czy dziala.

Klub zorganizowany w bylym kinie - hall przerobiony na czesc pubowa, widownia zmieniona w parkiet i bar. Wchodzimy we trzech do pierwszej czesci, wielkiej, dwupoziomowej sali z drewnianymi balustradami, ktora kiedys, dawno, z pewnoscia uchodzila za szczyt elegancji, i zaczynamy grac w bilard na zmiane. Gdy akurat nie gram, ide obejrzec czesc klubowa. Ledwie przekraczam prog, a juz kilkanascie dziewczat oglada sie na mnie, kilka rusza szybkim krokiem w moja strone. Jeszcze nie zdazylem sie obrocic, a jedna juz mnie obejmuje, probujac sklonic mnie ruchami bioder do tanca. Delikatnie ja odpycham i robie krok w kierunku drzwi, ale tam kolejna, wchodzaca dziewczyna rzuca mi sie z ramionami na szyje. Jakos sie wyslizguje i niemal wybiegam do hallu. Koledzy smieja sie z mojego szybkiego powrotu, a gdy pytam o co chodzi, mowia, ze to klub, gdzie przyjezdzaja wszyscy marynarze z cumujacych w Douali statkow. Dopiero teraz rozgladam sie dokladniej - faktycznie, nawet w tej czesci w ktorej sie znajdujemy, niemal wszyscy goscie to albo kuso ubrane kobiety, albo azjaci lub biali. W klubie nie ma prawdopodobnie ani jednej dziewczyny, ktora nie bylaby prostytutka.

Wiele osob, gdy dowiaduje sie, ze jestem z Polski, wspomina mecz miedzy naszymi reprezentacjami pilki noznej z mistrzostw swiata w Hiszpanii w 1982 roku. Kto z Was wie, jaki byl wtedy wynik? Pewnie nikt, podobnie zreszta jak nikt nie pamieta, ze taki mecz w ogole mial miejsce. A tutaj ludzie pamietaja, ze bylo 0:0, dziwia sie, gdy mowie, ze Polska byla wowczas trzecia na mistrzostwach, pytaja co tam u Bonka slychac, czym sie teraz zajmuje. Karol Wojtyla, Lech Walesa i Zbigniew Boniek - oto co Polska mowi statystycznemu Kamerunczykowi. No, moze z tym Walesa to troche przesadzam. Za to podobnie jak w Kirgistanie co jakis czas ktos dworuje sobie z tego, ze naszym panstwem rzadza blizniaki. Dowcipnisie z kraju rzadzonego od 26 lat przez tego samego prezydenta.

W Kamerunie nikt nie zlomuje samochodow, dlatego zarowno w miastach, jak i przy trasach czesto mozna napotkac opuszczone wraki. Stoja na poboczach, w krzakach, miedzy domami, doszczetnie ograbione ze wszelkich czesci, ktore mogly sie jeszcze do czegos przydac. Ziejace otworami po lampach, poobijane nadwozia koroduja i zarastaja, stajac sie czescia krajobrazu. W Dschang, na tylach dworca autobusowego wrakow stoi kilkanascie, o tej porze roku na wpol utopionych w blocie.

Pralka jest rzadkim luksusem w Kamerunie, i to rzadkim do tego stopnia, ze ani moje mieszkanie, ani mieszkania innych konsultantow nie sa w nia wyposazone. Wiekszosc rzeczy pierze sie recznie, a garnitury, koszule czy koldry zanosi sie do jednej z licznych zarowno w Douali, jak i Yaounde pralni. Koszt nie jest maly - w pressing house niedaleko mnie wypranie kazdej koszuli to wydatek 900 CAF.

Tyle moich luznych spostrzezen z codziennego zycia w Douali. Mam nadzieje, ze lektura tego posta pomoze Wam poczuc klimat tego miejsca bardziej, niz opisy moich perypetii.

Etykiety:

Komentarze (2):

27 września 2007 03:21 , Blogger Majkus pisze...

Bartek! Z Ciebie jest drugi Kapuscisnki!

Szczerze uwielbiam Twoj styl pisania!

 
22 grudnia 2009 14:37 , Anonymous Anonimowy pisze...

trzeba sprawdzic:)

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna