niedziela, 29 lipca 2007

Pierwsze dni w pracy

[Ogloszenia techniczne - 1. umozliwilem pisanie komentarzy osobom nie zalogowanym na bloggera. Dziekuje za dotychczas pozostawione opinie i czekam na kolejne. 2. Nie mialem przez jakis czas dostepu do netu i modyfikowalem offline poprzedniego posta. Poza kilkoma drobiazgami redakcyjnymi jest nowy akapit o taksowkach i z jedno zdanie o nazewnictwie ulic. Zmiany te sa wpisane kursywa, wiec mozecie je latwo odnalezc.]

Za mna dwa pierwsze dni w pracy i musze Wam powiedziec, ze jest naprawde duzo lepiej niz myslalem. Moim szefom udalo sie wykreowac duze oczekiwania, mam tylko nadzieje, ze beda w stanie je potem spelnic. Aha - jestem strasznie rozentuzjazmowany, dlatego ponizszy post moze Wam wydac sie dosc samochwalczy. Mam nadzieje, ze Wam to nie przeszkadza.

Moja firma nazywa sie Cameroon Audit Conseil i jest swoistym pogrobowcem Ernst & Young na Afryke Srodkowa. CAC bylo przedstawicielstwem EY przez ponad 20 lat, ale niecale dwa lata temu stracilo licencje. Dlaczego? Wedlug Wilfreda dlatego, ze nie sprostali kryteriom dotyczacym wypracowanego dochodu. Wedlug Jacquesa Ndjamby, wiceprezesa i bylego MCP AIESEC w Kamerunie, z powodu pietrzacych sie nieporozumien. Czyli pewnie z powodu pietrzacych sie nieporozumien o kryterium wypracowanego dochodu.

Firma zajmuje sie tym wszystkim, czym wczesniej zajmowal sie EY, czyli audytem finansowym, konsultingiem i doradztwem prawnym. Posiada biura w Douali [ok. 50 osob] i Brazzaville, stolicy Konga [tego spokojnego, nie w b. Zairze; ok. 10 osob], planuje otworzyc biuro w Czadzie, choc na razie problemem jest brak odpowiednio wykwalifikowanych osob na miejscu [dopiero ostatnio sytuacja w Czadzie zaczela sie stabilizowac]. Na tych 3 panstwach firma koncentruje niemal cala swoja dzialalnosc.

Jezeli chcecie dowiedziec sie wiecej, na www.bmajewski.com umiescilem ulotke o firmie, sa w niej linki do stron odpowiednich dla kazdego panstwa.

No, to pora na konkrety.

Po pierwsze - co bede robil?
Otoz odpowiedz jest najlepsza z mozliwych - wszystko! Wedlug zapewnien moich szefow, bede zarowno przydzielany do projektow audytowych, jak i konsultingowych oraz zwiazanych z zagadnieniami prawnymi, dzieki czemu zyskam naprawde szerokie doswiadczenie. Co wazne, ze wzgledu na niewielka liczbe konsultantow w czasie projektu kazdy ma wiele odpowiedzialnosci, wiec nie bedzie takich smutow, jakie czesto zdarzaja sie w polskich oddzialach Wielkiej Czworki, gdzie mozna uslyszec teksty w stylu "w tym roku nauczysz sie audytowac kase, a za rok srodki trwale".

Jesli chodzi o branze, to panowie i panie zlosliwcy, ktorzy wrozyliscie mi m.in. restrukturyzacje domow z bali, wiedzcie, ze na razie bede siedzial glownie w paliwie i telekomach. Jest to dla mnie wybor optymalny, bo te sektory rozwijaja sie bardzo dynamicznie w zasadzie wszedzie na swiecie.

Hitem dla mnie bylo gdy uslyszalem, ze prawdopodobnie pod koniec roku wezme udzial w projekcie / projektach w Brazzaville. Super - zwiedzanie regionu za darmo, ba, jeszcze beda mi za to placic. Kazda taka podroz ma trwac 2 - 3 tygodnie, wiec na pewno znajdzie sie troche czasu na spacerek po miescie. Juz sie nie moge doczekac! Poza tym pewnie bedzie troche jezdzenia po Kamerunie, zwlaszcza do Yaounde, czyli politycznej stolicy kraju.

Naprawde bardzo bym chcial, zebym wracajac do tego posta za 3 miesiace, czy juz po praktyce widzial wszystkie wyzej wypisane oczekiwania zrealizowane. Trzymajcie kciuki.

Po drugie - atmosfera w pracy
Wspolpracownicy sa bardzo pomocni i otwarci, usmiechaja sie i zagaduja do mnie. Na relacje wplywa tez inne rozmieszczenie ludzi niz w polskich firmach Wielkiej Czworki, gdzie ludzi sadza sie teamami, w sklad ktorych wchodza ludzie od szeregowego konsultanta do dyrektora albo i partnera. Tutaj jest za malo pracownikow by mogly istniec wyspecjalizowane, waskie grupy, wiec jest po prostu jedna duza sala dla junior staff, siedzi nas tam z 15 - 20 osob, niemal wszyscy od 21 do 25 lat. Senior staff siedza po 3-5 osob w pokojach, menedzerowie po 2-3 osoby, dyrektorzy i partnerzy maja samodzielne biura. W naszej salce atmosfera jest mega luzna teraz, bo nie ma duzo pracy (sezon trwa tutaj od pazdziernika do kwietnia, tak jak u nas). Dziewczyna siedzaca kolo mnie spedza sporo czasu szukajac tekstow piosenek, a potem spiewajac je sobie pod nosem, pozostali pisza maile, gadaja, smieja sie. Ja poki co nie biore w tym udzialu, bo nic nie kumam po francusku. Jak dostane kompa w poniedzialek, to pewnie bede sie po prostu uczyl jezyka w godzinach pracy.

Po trzecie - profity
Jest niezle, naprawde niezle. Moja pensja to 400 000 frankow srodkowoafrykanskich [po opodatkowaniu], do tego dochodzi 2 pokojowe, klimatyzowane mieszkanie w centrum, w chronionym apartamentowcu z basenem [troche malym, niestety] oplacane razem z rachunkami przez firme, sluzbowa komorka zasilana 10 000 XUF co miesiac, sluzbowy laptop. Firma pokrywa tez oczywiscie wszystkie procedury wizowe i formalne, poza tymi wstepnymi, ktorych musialem dokonac przylatujac.

Po czwarte - 3 lyzeczki dziegciu
Coz, jesli chodzi o godziny pracy, to CAC nie przeszlo jeszcze takiego procesu ucywilizowania jak Wielka Czworka w Polsce. I tu i tam w sezonie audytowym siedzi sie w robocie od 8 do polnocy, a czasem i dluzej, ale o ile w Polsce w lecie, gdy nie ma tyle pracy, mozna przychodzic do biura pozniej i wychodzic o wiele wczesniej, o tyle tutaj trzeba wysiedziec od 8 do 18:30 [z przerwa na lunch]. Ma to swoja dobra strone - gdybym siedzial w domu, to pewnie bym sobie bimbal, a jesli bede w robocie, to przynajmniej poucze sie francuskiego.

Druga sprawa - poziom angielskiego nie zachwyca. Ja tam zadnym rzeznikiem nie jestem, ale tutaj moze ze 4 osoby mowia na moim poziomie lub lepiej. I mam tutaj na mysli wszystkich, od konsultanta do prezesa [ktory tez z angielskim jest troche na bakier]. Dogadac sie mozna, ale konwersacje, przynajmniej poki co, zbyt swobodne nie sa. To tez ma swoja dobra strone - mam nad tubylcami przewage komparatywna, ktora pewnie bedzie wykorzystywana przy projektach zwiazanych z zagranicznymi korporacjami i firmami rozmieszczonymi w anglojezycznej czesci Kamerunu.

No i trzecia - niestety, bede musial opuscic moje lokum we wrzesniu, gdyz przyjezdza wtedy drugi praktykant, a raczej praktykantka, Niemka o imieniu Christine. I wlasnie ze wgledu na plec firma chce, by to ona mieszkala w miejscu, gdzie klepie tego posta. W takich chwilach jestem za pelnym rownouprawnieniem... AIESEC ma mi znalezc inne mieszkanie o rownie wysokim standardzie, zreszta firma odrzucila juz kilka propozycji jako nie odpowiadajacych ich wymaganiom, ale nie jestem do konca przekonany czy wyjdzie z tego cos dobrego dla mnie.

Coz, na razie to tyle. Trzymajcie za mnie kciuki dzis, bo przygotowuje Polish Night dla AIESECowcow i praktykantow. Bedzie prezentacja, muza tradycyjna i wspolczesna, Baginski, Przystanek Woodstock, Walibu, polskie zupki w proszku i slodycze. Salut!

Etykiety:

wtorek, 24 lipca 2007

Pierwsze wrazenia z Kamerunu

Ten kraj jest niesamowity. Miasto wyglada tak, jakby caly czas toczyla sie w nim walka miedzy silami natury a ludzka kreacja - a inicjatywa wcale nie lezala po stronie ludzi. Palmy i inne rosliny wyrastaja doslownie wszedzie, niszcza asfalt, wciskaja sie w szczeliny miedzy plytami chodnikowymi [jesli juz gdzies takie sa], wspinaja po budynkach. Po ulicach biegaja pstro ubarwione jaszczurki, w domach pelno jest mrowek i komarow.

Zreszta same domy zbudowane sa tak, jakby mieszkancy zakladali, ze tej wojny z roslinnoscia nie wygraja. Wiekszosc domow ma co prawda glowna konstrukcje z cegiel, ale czesto za okap czy w ogole za dach robia dziwaczne polaczenia drewna, kartonu i blachy falistej. Jezeli juz gdzies jest cos na ksztalt werandy, to jest to prawdziwy popis budowania czegos z niczego. Drzwi czasem sa, czasem ich nie ma, podobnie okna - wszak dziura z siatka chroniaca przed komarami spelni swoja funkcje tak samo dobrze. Wszedzie pelno jest budynkow, ktore wygladaja jakby ktos zaczal je budowac, ale w polowie skonczyly sie pieniadze. Mimo to mieszkaja w nich ludzie.

Oczywiscie 90% budynkow jest niepomalowanych, ani od zewnatrz, ani od wewnatrz. Czasem, choc i to nie zawsze, sciany sa po prostu pobielone, choc deszcz zdazyl juz wytworzyc na nich wielkie zacieki. Dom kazdy buduje sobie sam, nie konsultujac sie z nikim, ciezko wiec mowic o jakichs ulicach - sa to raczej sciezki miedzy domami, oczywiscie nie wylozone niczym. Ot, piasek i skala, czasem jakies elementy betonowe. Takie baraki to tutaj najbardziej typowa zabudowa. Z tego powodu, poza kilkoma glownymi traktami, ulice nie maja nazw, lecz numery. Okolice domku MC maja numery w okolicach 1.400.

W centrum jest troche inaczej - sa szerokie ulice wylane asfaltem, choc tak dziurawe, ze chyba tylko auta terenowe sa w stanie jakos sie trzymac w tych warunkach. Wplywa to na sposob, w jaki ludzie traktuja tutaj samochody. Niemal wszystkie sa poobijane, maja popekane szyby, wiszace lusterka - troche jak z tej reklamy Peugota 206 ze sloniem. Widac jesli cos jest jeszcze w stanie jezdzic, to nie jest wazne jak wyglada nadwozie. Skoro zas nie jest wazne, jak wyglada nadwozie, to... nie ma co uwazac na inne pojazdy sunace ulicami, czy stojace na parkingu. Naprawde, ruch w miescie to jedna wielka anarchia, samochody wciskaja sie w wolne miejsca miedzy innymi autami tworzac sobie 3 pas ruchu na jezdni 2 pasmowej, wymuszajac pierwszenstwo [ale czy tu w ogole sa zasady pierwszenstwa?], zajezdzajac sobie droge. Cos takiego widzialem dotad tylko na filmach z Indii. Roznica miedzy ruchem tam i tu polega chybe glownie na tym, ze o ile w Indiach podstawowym wyposazeniem samochodu jest klakson, to tutaj klaksonu prawie nikt nie uzywa. Widac, ludzie bardziej ufaja czujnosci innych. Widac, nie do konca slusznie.

Podobnie jak w Kirgistanie, taksowki sa tanie jak barszcz [o ile to porownanie ma jakikolwiek sens ekonomiczny tutaj], co, w polaczeniu z brakiem publicznego transportu sprawia, ze praktycznie wszedzie jezdzi sie rzucajacymi sie w oko zoltymi autami lub motorami. Wszystkie taksowki to Toyoty Corolle. Wilfred mowi, ze to po prostu dlatego, ze sa najtansze, ale jakos wierzyc mi sie nie chce, zeby taka spojnosc byla mozliwa do osiagniecia w sposob niewymuszony. Z drugiej strony, nie wydaje mi sie, zeby istniala tu jakas korporacja taksowkarska. Ot, zagwozdka. Z jednej dzielnicy do drugiej przewoz kosztuje ok 200 frankow. Troche taniej jest wspomnianymi juz motorami i ostatnio preferuje ten wlasnie srodek transportu. Przygoda jest niezla. Wyobrazcie sobie super zatloczone i dziurawe jak powierzchnia Ksiezyca ulice, totalna anarchie na drodze, pieszych wciskajacych sie miedzy auta, motory zajezdzajace sobie droge, a Wy w srodku tego wszyskiego suniecie sobie 50 na godzine na bagazniku rzezacego motoru bez lusterek i sprawnych hamulcow. Wrazenie jest tak niesamowite i odstajace od czegokolwiek do czego jestem przyzwyczajony, ze czuje sie jakbym uczestniczyl w grze komputerowej. Zwlaszcza, ze jestem wyzszy od kierowcow, wiec perspektywa jest jak wyjeta z jakiegos Moto Racera.

Jedzenie? Coz, generalnie nie zdarzylo mi sie jeszcze jesc czegos identycznego jak w Polsce. W knajpie niedaleko mieszkania MC w menu jest m.in. mieso krokodyla, choc ostatnio akurat sie skonczylo, wiec jeszcze go nie probowalem. Wczoraj jadlem na lunch pieczonego jezozwierza, wczesniej bulion z nogi wolowej [nie zadne tam smaczne miesko, tylko kawal kosci z zylami] z jakimis dziwnymi warzywami o francuskiej nazwie ails, troche przypominajacymi kartofle... ale tylko troche. Generalnie w miejsce naszych polskich kartofli stosuje sie tutaj wlasnie ails, ryz, makaron lub kassawe, czyli inny rodzaj warzywa, przemielony i podgrzany nad ogniem. Ludzie tutaj jedza, rzeklbym, bardziej intensywnie. Jesli jedza ostro, to dla Polaka jest to naprawde ostro. Wczoraj na przyklad, jak sobie dolozylem czerwonego pieprzu do jezozwierza, to lzy naplynely mi do oczu po pierwszym kesie. Jesli zas jedza slodko, to az do mdlosci. Tam gdzie jemy sniadania i kolacje do picia mozna zamowic mleko, nesquick, kawe oraz napoj czekoladowy. Mleko to nie zadne mleko od krowy, ale zageszczone mleko rozpuszczone we wrzatku. Do tego mozna zamowic spaghetti z awokado, takze polane zageszczonym mlekiem. Jakby tego bylo malo, ludzie czesto slodza sobie dodatkowo to 'mleko' lub napoj czekoladowy kilkoma kostkami cukru. Coz, jestem pewien, ze taki zestaw sniadaniowy daje wiele energii, i o to chodzi.

Ludzie z MC, a zwlaszcza Wilfred, sa wielbicielami piwa. Czesto zdarza im sie wypic piwo zamiast kolacji, a z tego co mowi Wilfred, wiele ludzi w Kamerunie preferuje piwo zamiast sniadania. Standardowy rozmiar butelki to 0,65l, sprzedawanych w przydroznych 'knajpkach' [czyli domkach, przed ktorymi stoja ze 3 stoliki z plastikowymi krzeslami]. Musze przyznac, ze w tym klimacie wypicie dwoch piw do lunchu potrafi czlowieka troche wytracic z rownowagi.

No dobrze, akurat wczoraj rzeczywiscie w porze lunchowej bylo goraco, ale to, co mnie bardzo zaskoczylo po przyjezdzie tutaj to fakt, ze klimat jest naprawde przyjemny. Caly czas jest cieplo, ale raczej nie goraco, gdyz slonce ciagle przykryte jest chmurami. Niby jest pora deszczowa, ale pada rzadko i raczej niezbyt intensywnie. Taka nasza wczesna jesien, tylko 10 st. Celsjusza wiecej. Zapewne wynika to z bliskosci oceanu, a miejscowi mowia, ze jeszcze bede odszczekiwal slowa o przyjemnym klimacie gdy przyjdzie pora sucha... Ale poki co nie martwie sie tym zbytnio.

Ceny sa bardzo zroznicowane, w zaleznosci od tego czy kupuje sie dobra przetworzone czy nieprzetworzone. Jedzenie jest niesamowicie tanie - duze sniadanie, dobry obiad, porzadna kolacje, kazde z nich tak duze, ze nie potrafie zjesc ich do konca, mozna kupic po 500 frankow. Piwko do lunchu to kolejne 500 frankow. Zatem juz za 2000 frankow dziennie mozna sie obzerac do woli. Poniewaz jest bardzo cieplo, to na razie niemal nie czuje glodu, wiec jem razem z miejscowymi. A Ci jedza jeden, dwa posilki dziennie, wiec koszty sa jeszcze nizsze. Ostatnio zamiast w okolicy domku MC jedlismy w centrum Douali. Lunch kosztowal 1000 frankow i Wilfred byl tym wyraznie wzburzony. Kiedy nie dojadlem mojej porcji, wzial ja ode mnie ze slowami 'Zaplacilismy za to 1000 frankow, wiec trzeba zjesc do konca'. Przy okazji tego samego lunchu kupilismy od ulicznego sprzedawcy, chlopca moze 8-, moze 10-letniego, plyte Richarda Bony. Piracka rzecz jasna, ale cena i tak mnie zaskoczyla. Z poczatkowego 1000 frankow szybciutko zjechalismy do 500. Plyta za dolara? Ja wiem jak niskie sa koszty, ale ze komus chce sie w ten sposob zarabiac...

Z drugiej strony wczoraj wybralem sie na zakupy chemiczne i ceny mydla, czy pianki do golenia byly na poziomie europejskim. Problemem jest niedobor towarow. Bylem chyba w dwoch najwiekszych centrach handlowych [ekhm] i w jednym z nich nie bylo w ogole przyborow do golenia i tylko jeden proszek do prania, jakis noname - przynajmniej jak dla mnie. W drugim sklepie bylo troche lepiej, ale tez nie mialem problemow z nadmiarem artykulow do wyboru.

Coz, tyle na razie jesli chodzi o moje obserwacje. Wkrotce napisze wiecej co sie dzieje u mnie osobiscie.

Etykiety:

niedziela, 22 lipca 2007

Nareszcie w Kamerunie

Basen. To pierwsze skojarzenie jakie mialem po ladowaniu. Wedlug informacji podawanych na pokladzie samolotu, temperatura powietrza to ok 25 st. Celsjusza. Faktycznie nie jest goraco, raczej parno. Wrazenie przebywania w szatni na basenie podkreslane jest tez przez drobne kafelki, jakimi wylozone jest lotnisko. Jakos nie moge przyzwyczaic mojego umyslu do mysli, ze po wyjsciu z budynku nie bede mogl odetchnac swiezym powietrzem.

Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie. Pokazuje paszport i karte szczepienia przeciw zoltej febrze i zostaje poinstruowany, by odebrac bagaz, a potem zglosic sie do policji lotniskowej. W holu jest tloczno. Szukam wzrokiem kogos, kto moglby mnie oczekiwac. Nie jest to proste, bo ludzie zlewaja mi sie w jedna czarna mase, dojrzenie trzymanych przez nich kartek jest niemal niemozliwe. Nagle podchodzi do mnie jakis chlopak, wyciaga reke i mowi, ze jest Mark. Witam sie z nim i przedstawiam sie rowniez - nie jestem pewien, czy oczekiwal mnie, czy po prostu dojrzal okazje do zarobienia kilku groszy. Czeka ze mna na bagaz, potem prowadzi do kobiety, ktora sprawdza czy bagaz faktycznie nalezy do mnie. Prowadzi mnie do biura policji lotniskowej. Idzie kilka metrow przede mna, i to z moja walizka, a ja staram sie nadazyc za nim myslac ze zgroza, co by bylo, gdyby nagle zaczal wyrywac do przodu. Kilka maluchow zaczepia mnie z pytaniem, czy moga jakos pomoc.

W biurze policji lotniskowej spotykam Wilfreda, ktory zaczyna rozmawiac z policjantem o mojej wizie. Cala procedura, lacznie z wycieczka do kantora, zeby wymienic pieniadze, trwa moze 15-20 minut. Kiedy juz mamy sie zbierac do biura wchodzi drugi policjant i zaczyna cos mowic wskazujac glowa na mnie. Wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich - oczywiscie - le blanc, "bialy". Wilfred mowi mu, ze nie znam francuskiego. No i sie zaczyna.

Nowy policjant z usmiechem zadaje mi jakies pytania, przy ktorych drugi z nich i Wilfred chichocza pod nosem. A ja znowu wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich "femme". No tak, to samo bylo w Kirgistanie - zarty na temat pieknych lokalnych kobiet uwodzonych przez obcokrajowcow, zyczenia znalezienia zony itp. Zreszta po chwili Wilfred potwierdza moje przypuszczenia. Okazuje sie, ze policjanci zyczyli mi znalezienia wielu zon w Kamerunie (wielozenstwo jest tutaj, przynajmniej wedlug tradycji, dozwolone). Odpowiadam powoli po angielsku, ze moja waliza nie pomiesci zbyt wielu kobiet. W koncu dochodzimy do konsensusu - bede mogl zabrac jedna jako partnerke, a jeszcze dwie do walizy. I tym konczy sie moja wizyta w biurze policji.

Okazuje sie, ze Mark przez ten czas czekal na zewnatrz. Oczekuje ode mnie zaplaty za pomoc. Mam w reku plik banknotow 10,000 frankow srodkowoafrykanskich, reszta po wykupieniu wizy. Nie kumam jeszcze do konca ile sa warte, wiec pytam Wilfreda, ile powinienem mu dac. Wilfred rozmawia przez chwile z Markiem, nie moga dojsc do porozumienia, Mark chce widocznie stanowczo za duzo. Wilfred mowi do mnie 'Let's go' i rusza. Mark obskakuje nas po drodze, gestykulujac zywiolowo i podniesionym glosem domagajac sie zaplaty. W koncu wsiadamy do taksowki, ale Mark trzyma drzwi, kolo niego pojawia sie jeszcze dwoch jego kolego i wszyscy domagaja sie kasy. Kierowca rusza powoli, Mark przytrzymuje drzwi, wiec uderzamy nimi o jakis stojacy samochod. "Kaplica" mysle sobie, a tu nic - zero reakcji ze strony taksowkarza. Zatrzymuje sie tylko i zaczyna brac udzial w dyskusji. Nic nie kumam, ale chyba chodzi o to, ze uwaza, ze powinienem zaplacic. Wilfred sie z nim spiera, w koncu wyciaga 1,500 frankow i daje wyrostkom. Nareszcie ruszamy.

Troche rozmawiamy po drodze, ale glownie wlepiam wzrok w obrazki za szyba. Jeszcze na pokladzie samolotu dopadla mnie taka chwila zwatpienia, czy nie okaze sie, ze Douala to po prostu troche bardziej zacofane miasto typu europejskiego, czy nie okaze sie, ze moja praktyka bedzie doswiadczeniem porownywalnym z odbyciem stazu w, nie wiem, Skierniewicach czy Tomaszowie Jakimkolwiek. Ale to co roztacza sie przede mna w ogole nie przypomina Europy. Zrujnowane domy, ludzie jezdzacy kompletnie poobijanymi samochodami i motorami, zero zasad...

Ale o tym w jakiejs bardziej zebranej formie w kolejnym poscie. W ogole kolejne posty beda juz mniej narracyjne, a bardziej opisowe, wiec nie martwcie sie dlugoscia tego i poprzedniego.

Etykiety:

Jak NIE pojechalem do Kamerunu...

Powiem od razu, ze ten post bedzie malo interesujacy dla wiekszosci z Was, bo opisze w nim tylko pseudoprzygode, jaka mialem w zwiazku z formalnosciami na lotnisku w Warszawie.

Ale, ale - od poczatku. 16 kwietnia wyslalem maila do TN managera (osoby zajmujacej sie praktykodawca ze strony AIESEC) w sprawie stazu w firmie CAC, ktory znalazlem w naszym systemie komuterowym. 20 kwietnia bylismy juz w zasadzie dogadani, firma tez juz stwierdzila, ze im odpowiadam, wiec od strony AIESECowej wszystko bylu juz niemal gotowe.

25 kwietnia - wyslalem Stephanie (TN managerowi) maila z pytaniem, czy powinienem zaczac proces aplikowania po wize. Tego samego dnia dostalem odpowiedz:

"for the visa..

Don;t worry.. you will have it at the airport (for 1 month) then CAC will arrange for your residence permit."

Mimo to sprawdzilem jeszcze jak wyglada procedura wyrabiania wizy na kilku polsko- i obcojezycznych stronach, wlaczajac w to strone polskiego MSZ. Wszystkie te zrodla potwierdzaly wersje Stephanie, zreszta nie spodziewalem sie niczego innego. Tak wiec nasza komunikacja skoncentrowala sie na rzeczach takich jak wymagane szczepienia, praca, ktora bede wykonywal itp. Zaczalem tez mailowac z Malwina, Polka, ktora byla w Kamerunie prawie pol roku na praktyce wolontariackiej, oraz Andriejem, Ukraincem, ktory byl praktykantem w mojej firmie kilka miesiecy temu. Pozalatwialem rozne drobiazgi, w stylu miedznarodowego prawa jazdy, ot tak, bo przeciez moze sie przydac. Tak naprawde bylem do tego wyjazdu przygotowany lepiej, niz moglbym przypuszczac.

Wilfred (ktory przejal obowiazki Stephanie) byl ze mna w stalym kontakcie, dowiadywal sie, kiedy przylatuje i wytlumaczyl mi, ze potrzebuje tych danych, by zostawic podanie o wyrobienie mi wizy na lotnisku. Kamerun to jeden z najlepiej rozwinietych komitetow narodowych AIESEC w Afryce, organizujacy ponad 50 praktyk dla zagranicznych studentow rocznie, wiec bylem przekonany, dzieki ich doswiadczeniu o nic sie nie musze martwic. Zwlaszcza, ze Wilfred jest w AIESEC tutaj szefem wszystkich szefow (czyli MCP), w AIESEC juz bodaj 4 lata i generalnie robi wrazenie osoby bardzo 'do rzeczy'.

Kiedy przyjechalismy ze Swietka w piatek, 13 lipca (huhuhu) na lotnisko, bylo jeszcze zdrowo przed odprawa - chcielismy przejsc przez formalnosci jak najszybciej, zeby ewentualnie miec czas na drobne przepakowanie (w torbach bylo jakies 3 kilo nadbagazu, ale mialem nadzieje, ze ze wzgledu na dlugosc mojego pobytu w Kamerunie pracownicy lotniska przymkna na to oko). Ustawilem sie w kolejce jako pierwszy i gdy tylko rozpoczely sie odprawy, podszedlem do lady. Sympatyczna pani po sprawdzeniu biletu wklepala cos do komputera i zapytala, czy mam wize do Kamerunu. Odparlem wiec zgodnie z prawda ze nie i opisalem jej cala procedure, czyli ze na lotnisku w Douali juz czeka pismo o moim przylocie, dzieki czemu wyrobie sobie wize na miesiac, a potem - juz na miejscu - beda mogl ja przedluzyc na okres do pol roku. Sympatyczna pani odpowiedziala, ze musi sie z kims skonsultowac i zadzwonila po pracowniczke sekcji wizowej Okecia. Ta - nadmienie, ze juz nieco mniej sympatyczna - pani, gdy tylko mnie zobaczyla, zapytala, czy wiem, ze na wjazd do Kamerunu potrzebna jest wiza.

"To Kamerun nie jest czlonkiem Unii Europejskiej?" - pozostawalo mi odpowiedziec, robiac mine bezbrzeznego zdziwienia, aby dopasowac sie do wyobrazenia kobiety o moim IQ. Nie zrobilem tego jednak i spokojnie (jeszcze) wytlumaczylem pani, jak wyglada sytuacja, czyli ze jade do pracy, ze wszystko zaaranzowala organizacja, ktora takich praktyk organizuje kilkadziesiat rocznie, a takze przedstawilem jej ponownie caly schemat postepowania wizowego, wraz z podaniem cen wiz. Kobitka na to, ze nie wpuszcza mnie na poklad samolotu, o ile nie mam promesy wizowej. Nie powiem, cala ta sytuacja zaczela mnie solidnie stresowac.

Nieco-mniej-sympatyczna-pani odeszla gdzies, a ja w tym czasie zadzwonilem do Wilfreda z pytaniem, co to wszystko znaczy. On, zaspany, bo Kamerunie bylo jeszcze dobrze przed 7, nie bardzo wiedzial o co mi chodzi. Poradzil mi, zebym wytlumaczyl ludziom na lotnisku jak wyglada procedura. No, ale to juz przeciez zrobilem. W takim razie powinienem powiedziec im, ze AIESEC w Kamerunie robi wiele praktyk co roku i jeszcze sie nie zdarzyly takie problemy z wylotem. Hm... To tez juz przeciez zrobilem. Wilfred obiecal, ze postara sie odebrac ten list, ktory zostawil na lotnisku w mojej sprawie i przefaksowac go na lotnisko. Nie wygladalo to najlepiej, w Kamerunie bylo przed 7, a lotnisko w Douali to nawet nie Okecie, zeby pracowac w takich godzinach.

Szczerze mowiac nie chcialo mi sie wierzyc, zeby Polacy, przy swoim generalnie elastycznym podejsciu do procedur, widzac, ze jestem kompetentny jesli chodzi o proces wizowy w Kamerunie (w szczegolnosci wiem, ze do Kamerunu wiza jest jednak potrzebna) mogli mnie nie puscic.

Nieco-mniej-sympatyczna-pani przyszla po jakims czasie z wygladajaca-bardzo-powaznie-pania, ktorej z kolei powiedzialem, ze jesli jest taka potrzeba, to moge przedstawic list zapraszajacy od firmy oraz wszystkie pozostale dokumenty potrzebne do wyrobienia wizy na miejscu. Pani obiecala, ze sprawdzi jeszcze raz, czy moge leciec i oddalila sie. Dzwonilem i SMSowalem do Wilfreda, wciaz chyba jednak bardziej poirytowany tym trwajacym juz dobra godzine horrorem niz zdenerwowany mozliwoscia skreslenia mnie z listy pasazerow.

W-b-p-p wrocila i powiedziala, ze jednak bez promesy mnie nie pusci. Zaoferowala w zamian, zebym poszedl do Swissa i przebukowal lot. Poprosilem, zeby poszla ze mna. Po drodze zapytalem, dlaczego w zasadzie nie chca mnie puscic, przeciez to ja ponosze ryzyko nie zostania przyjetym do kraju. Odpowiedziala, ze jesli nie bede mial wymaganych dokumentow, to urzednicy w Douali moga zazadac od Swiss odszkodowania. Zapytalem wiec, czy jesli wytlumacze pracownikom przewoznika jaka jest sytuacja, to czy oni moga sie zgodzic na moja odprawe. W-b-p-p zachnela sie, ale odpowiedziala, ze owszem, choc watpi, czy beda chcieli zrobic cos innego, niz ona radzi. Jej rola to po prostu bycie doradca w takich sytuacjach.

Weszlismy do biura Swiss i w-b-p-p przywitala sie slowami "Dzien dobry paniom. Pan tutaj nie ma promesy, wiec go nie puscimy."

Doradca...

Wiec jednak nigdzie nie polecialem.

1,5 godziny nerwow i poczucie jakiejs takiej bezsily sprawilo, ze przez reszte dnia bylem nieobecny. Kto zawinil? Czy ja cos przegapilem? Czy to wina AIESEC na miejscu? Pracownikow lotniska? Generalnie staram sie internalizowac poczucie odpowiedzialnosci za to, co dzieje sie w moim zyciu. Wiec jednak ja nie dopilnowalem... Ale dlaczego nigdzie nie natrafilem na informacje na temat wymaganej promesy do Kamerunu?

Wszystkie kraje w jakich dotychczas bylem albo nie wymagaly wizy od Polakow (UE, Kirgistan, Balkany), albo mozna ja bylo wyrobic w kraju, w ktorym akurat bylem (Uzbekistan, Rosja). Generalnie niezle sie czuje z formalnosciami, kiedys np na granicy z Bialorusia bylem lepiej poinformowany od celnikow jesli chodzi o procedury wizowe w ZBiRze (choc Niezgi pewnie nie wspomina tego tak rozowo ;)). A tutaj cos takiego...

Bilet przebukowalem na kolejny piatek. Jeszcze tego samego dnia zadzwonilem do sekcji wizowej na Okeciu, by dowiedziec sie, jak taki dokument powinien wygladac. Potem napisalem do Wilfreda w tej sprawie. Wilfred na poczatku tygodnia zlozyl aplikacje na lotnisku w Douali, otrzymal podpis i przeslal mi zeskanowany dokument w srode wieczorem.

W czwartek rano podsylam go do sekcji wizowej na Okeciu z prosba o potwierdzenie jego waznosci. Odpowiedz - nie, dokument sie nie nadaje. Dzwonie do nich, odbiera jakis facet (na maila odpisywala mi kobieta, Anna Palka). Pytam co jest nie tak, tlumacze jeszcze raz, ze nikt na dobra sprawe w tym Kamerunie nie wie o co chodzi, ze to jest przeciez dokument podpisany przez urzednika lotniskowego. W koncu ustalamy, ze jesli w tym samym dokumencie zamiast "ask for your assistance" bedzie "ask you to confirm" w sprawie wyrobienia wizy, to bedzie ok. Hm, jesli urzad wydajacy wize (policja lotniskowa) podpisal, ze pomoze przy wyrobieniu wizy, to chyba... No niewazne, pisze i dzwonie do Wilfreda w tej sprawie, on mowi, ze postara sie to ad hoc zalatwic. Ja w tym czasie dzwonie do jakiegos biura podrozy zapytac, jak oni wyrabiaja promesy. Coz, oni wyrabiaja wizy przez partnerska firme w Kamerunie. Ambasada Kamerunu w Rosji nie odbiera, biuro w Bonn jest wiecznie zajete, biuro ds. wspierania turystyki w Kamerunie we Francji nie wie nic o promesie, ambasada w Paryzu nie odbiera, ambasada w Wielkiej Brytanii tez nic nie rozumie - albo wyrabiam wize w jakiejs ambasadzie, albo lece i probuje na lotnisku. Jaka promesa?

Skolowany, dostaje wreszcie po poludniu dokument od Wilfreda. Juz bardziej explicite sie tego napisac nie da: biuro stwierdza, ze jesli bede mial wazny paszport, potwierdzenie szczepienia przeciw zoltej febrze, ubezpieczenie i 93 USD, to wyrobia mi wize.

Do Warszawy mam jechac nocnym. Generalnie szacuje, ze pociag moze sie spoznic do 2 godzin, potem nie zdaze oplacic doplaty do biletu i sie odprawic. Tymczasem pociag startuje ze Szczecina Glownego z 40 minutowym opoznieniem, tylko po to, by zatrzymac sie za 5 minut na kolejne 20 minut, podjechac jeszcze ze 3 kilometry i zatrzymac nastepne na 20 minut. Jakis pociag przed nami sie wykoleil. Konduktor nie chce mi powiedziec o ktorej realnie mozemy byc w Warszawie. To jakis spisek...

Jednak ruszamy, w Szczecinie Dabiu jestesmy z ponad 1,5 godzinnym opoznieniem. Mam juz dosc, ide spac.

Jednak zdazylem. Na lotnisku horroru czesc kolejna. Przy odprawie ponownie pytanie o promese, wiec daje nowy dokument wyslany przez Wilfreda. Pani za bardzo sie on nie podoba, wiec wzywaja... Anne Palke, ktora rozpoznaje w pismie to samo, ktore wczoraj odrzucila. Klaruje jej, ze wcale nie, ze rozmawialem z jej kolega dzien wczesniej i pismo jest zmienione zgodnie z jego zyczeniem. Panna Anna znika z dokumentem i wraca gdzies po 20 minutach. Jej pierwsze slowa "Nie mam dla pana dobrych wiadomosci" faktycznie nie wroza nic dobrego. No i slysze, ze znowu nie polece. Powtarzam wiec, ze rozmawialem z jej kolega, na co pani Ania mi przerywa i mowi, ze ona z nim rozmawiala i na pewno nic takiego nie powiedzial.

Nozem ja..?

Nie dosc ze maja mnie za idiote, to jeszcze za klamce lub schizofrenika. Naprawde mam tego dosc, ale starajac sie (ze srednim powodzeniem) zachowac spokoj powtarzam moja mantre, ze nikt w Kamerunie, ani ich przedstawicielstwach z ktorymi rozmawialem, nie wie nic o zadnej promesie, ze chce zeby mnie puscili, ze organizacja, praca itp. W koncu pani Ania dzwoni do swojego szefa i tlumaczy mu moja sprawe mnie wiecej tak: "Bo pan tutaj ma aplikacje w ktorej prosi o wyrobienie wizy, podpisana nieczytelnie przez jakas osobe, ktorej nie znam". Koszmar jakis, doradcy-decydenci i samodzielni modyfikatorzy pism. Ciekawe czy zdusilaby z testu werbalnego 20 centyli.

Szef mowi gora dwa zdania i sie rozlacza, a pani Ania - niepyszna - oddaje mi dokument mowiac, ze szef wyrazil zgode, ale dla niej to wcale nie wyglada na dokument urzedowy. Jej kolezanka mowi, ze mozna jeszcze zadzwonic do kogos innego, moze on sie nie zgodzi. Horror! Boze, zaraz zacznie sie szukanie na lotnisku kogos, kto moglby sie nie zgodzic. Pracownikow jest duzo, kogos na pewno uda sie namowic.

Pani Ania chwile sie wacha, powtarza, ze dla niej nie jest to dokument urzedowy, ale kaze mnie odprawic.

Na zakonczenie powiem, ze wize na lotnisku w Kamerunie wyrobiono mi w 15 minut, bez najmniejszych problemow, wrecz z pocalowaniem w raczke, ze byla wczesniej informacja o moim przylocie. Na zakonczenie urzednik pozyczyl mi znalezienia wielu zon w Kamerunie i sie pozegnalismy.

Epilog jest taki: nigdy wiecej nie lece z Okecia do panstwa, do ktorego nie bede mial wizy. Cala ta zabawa w telefony miedzynarodowe i przebukowywanie biletow kosztowala moja rodzine kolo 1000 zl, a jesli doliczyc utracone wynagrodzenie, to ponad 1500 zl. Wszystko to po to, bym mogl sie stac byc moze jedynym posiadaczem promesy do Kamerunu na swiecie.

I rady dla Was:
1. Nawet jesli wszyscy twierdza, ze formalnosci sa dopelnione, to trzeba sie upewniac w biurze wizowym na Okeciu. Oni wiedza lepiej.
2. Rozmowy z pracownikami nagrywac.
3. Tak chyba najprosciej - z Okecia nie latac.

Ciekawe ile osob dotarlo do konca tego posta. Nie planowalem, ze bedzie az tak dlugi, ale na samo wspomnienie wciaz mnie nosi. Trauma po prostu no...

Ale spoko, kolejne posty beda juz o Kamerunie. Obiecuje.

Etykiety:

wtorek, 17 lipca 2007

Skad ten Kamerun?

Moi drodzy, nauczony doswiadczeniem bloga z Kirgistanu, na ktory wchodzily osoby nie zawsze zwiazane z AIESEC (wsrod slow kluczowych, ktore zaprowadzily ludzi na tamtego bloga sa m.in. "nekrofili xxx" i "wisielczy humor wikipedia" i "jaksie kochala caryca"), postanowilem rozpoczac publikowanie od krotkiego wyjasnienia, jak znalazlem prace w Kamerunie.

AIESEC, ktorego bylem czlonkiem, to globalna organizacja studencka, ktorej celem jest rozwijanie mlodych ludzi, by mogli miec pozytywny wplyw na spoleczenstwo. Rozwoj odbywa sie na 3 rozne sposoby: przez zdobywanie doswiadczenia jako lider projektu lub oddzialu organizacji; uczestnictwo w warsztatach, uczenie sie od innych czlonkow; uczestnictwo w miedzynarodowych stazach.

Do AIESEC przystapilem jesienia 2004 roku, bedac na I roku studiow i przez nieco ponad 2 lata dlubalem przy roznych rzeczach, zdobywajac doswiadczenie na dwa z wyzej wymienionych sposobow. Od dluzszego czasu nosilem sie z zamiarem skorzystania takze i z trzeciego, wiec zaczalem szukac sobie odpowiedniej praktyki. Jakos w kwietniu natrafilem na interesujaca praktyke w Kamerunie, nawiazalem kontakt z sympatyczna Kanadyjka pracujaca dla tamtejszego AIESEC i w cztery dni bylismy dogadani.

AIESEC na miejscu zawsze zajmuje sie wszelkimi formalnosciami. Moim zadaniem przed wyjazdem bylo w zasadzie kontrolowanie ich od czasu do czasu, porobienie szczepien itp...

Juz na miejscu czlonkowie AIESEC pomagaja znalezc mieszkanie, ogarnac sie ze wszystkimi formalnosciami, kontroluja czy wszystko gra w pracy. W razie konfliktow z pracodawca zajmuja sie mediacja, a jesli praktyka zostanie przerwana nie z winy praktykanta (choc rzadko dochodzi do tak powaznych problemow), to AIESEC na miejscu ma obowiazek zapewnic inna o podobnym standardzie.

Slowem - super sprawa, wyjazd stosunkowo bez ryzyka do krajow nieco innych niz te w stylu Work and Travel.

Wiecej informacji na www.aiesec.pl

PS. Oczywiscie w tej idylli czasem trafiaja sie przygody takie jak moja... ale o tym w kolejnym poscie.

Raz pierwszy

Witam na blogu dokumentujacym moja podroz do Kamerunu. Czeka nas kilka miesiecy wspolnego poznawania kolejnego fascynujacego zakatka planety. Fajnie, co? :)

Na razie wyjasnie tylko pochodzenie nazwy bloga.

Otoz moja pierwotna data wylotu byl piatek, 13 lipca. Bilet powrotny wystawiony mam natomiast na 13 kwietnia. Wydawalo mi sie to niesamowicie zabawne, dopoki z powodu splotu roznych czynnikow nie zostalem zatrzymany na Okeciu w ow felerny dzien. Kolejna proba w najblizszy piatek...