wtorek, 28 sierpnia 2007

Obrazki z Afryki

Obiecalem przedstawic Wam Berta. Coz, mieszkamy razem niemal od momentu, kiedy sie tu wprowadzilem, choc biorac pod uwage, ze mnie przez wieksza czesc dnia nie ma, a i on traktuje nasze lokum bardziej jako miejsce, gdzie mozna zjesc, odpoczac i czasem spedzic noc, to jakos dobrze sie jeszcze nie poznalismy. Zreszta Bert w ogole sie nie odzywa, co mi absolutnie nie przeszkadza - wszak mialem mieszkac sam, wiec sama obecnosc wspollokatora czasem mnie nieco irytuje. W sumie to nawet bym sie zdziwil, gdyby Bert sie odezwal, bo kto to widzial gadajacego karalucha?

Karaczanow w moim mieszkaniu pojawia sie kilka, ale wiekszosc to standardowe, czarne owady o dlugosci nie przekraczajacej 3 cm. Bert jest inny. To brazowe, wielkie bydle o 5-centymetrowym korpusie, ktore od tylnych odnozy do konca czulkow mierzy lacznie z 15 centymetrow, potrafi wzbudzic respekt. Postanowilem go nie zabijac, bo i po co? Karaluchy generalnie szkodliwe nie sa, no i w przypadku wojny atomowej to im wrozy sie najpewniejsze przetrwanie. To swoiste zawieszenie broni traktuje wiec jako wyraz mojej dbalosci o istnienie zycia na Ziemi. Poza tym, czasem, gdy siedze na kanapie i patrze, jak Bert myje sobie czulki, mam poczucie jakby to byl moj zwierzak.

Prawda ze slodkie?

Na ulicy czesto zaczepiaja mnie kalecy. Najczesciej sa to ofiary polio, ktore latwo rozpoznac po poskrecanych i skarlowacialych konczynach. Wiele z nich porusza sie na prowizorycznych trojkolowych rowerach z pedalami obslugiwanymi rekami. Czasem zdarzaja sie jednak osoby o innych zwyrodnieniach. W czasie wizyty w Yaounde Melisse [kolezanke z pracy] zaczepil normalnie wygladajacy czlowiek. Ona ledwie spojrzala na niego i momentalnie odwrocila sie wzburzona. Mezczyzna skierowal twarz w moja strone i wtedy zrozumialem o co chodzi. Jego prawa polowa twarzy, dotychczas niewidoczna dla mnie, zwisala luzno. Doprawdy nie wiem jak to opisac, jakby caly jego prawy profil mial na sobie dwa, trzy razy za duzo skory. Albo jakby ktos nalozyl na niego gruba warstwe jakiejs masy, ktora zaczela teraz splywac. Czolo zaslanialo oko, nos zwisal ponizej linii ust, policzek konczyl sie tuz nad obojczykiem. Nie wygladalo to na efekt zadnej choroby, mysle, ze to wrodzona przypadlosc. Nie jestem specjalista, ale mysle, ze w Europie usuniecie tych fald nie byloby ani trudne, ani drogie. Ale w Afryce?

Ciekawa rzecz - albinosow jest tutaj chyba wiecej niz bialych. Czasem trudno w pierwszym momencie odroznic, czy dana osoba to albinos, czy bardzo blady bialy, zwlaszcza w przypadku kobiet. Czasem - choc rzadko - wygladaja jak Europejczycy z zespolem Downa. W wiekszosci wypadkow jednak ich widok nie budzi skojarzen z bialymi, przykuwaja po prostu wzrok nienawykly do ich ogladania.

Tutejsza fauna wciaz mnie zadziwia. Po ulicach biegaja dziesiatki jaszczurek dwoch rodzajow - zielone, dlugosci meskiej dloni oraz nieco wieksze, bardziej pstrokate. W wielu krajach afrykanskich miejscowi sprzedaja je naiwnym turystom jako krokodylatka, ktore po odkarmieniu maja stac sie kilkumetrowymi potworami. Popyt jest ponoc spory.

Gdy wyszedlem przewietrzyc sie troche w czasie nocnej imprezy weselnej w Yaounde, moj wzrok przyciagnal spory jak na europejskie standardy nietoperz. Nie zeby bylo to jakies zaskoczenie, bo nie byl to tez wcale rzadki widok w Kirgistanie. Zaczalem go jednak obserwowac i gdy krazyl wokol latarni zawieszonej na budynku, zauwazylem, ze jest z nim cos nie tak. To cma! Cma o skrzydlach wielkosci ludzkich dloni... Prawdziwego nietoperza zobaczylem nastepnego wieczoru, juz na mojej ulicy. Zreszta jego tez poczatkowo wzialem za ptaka, bo nie spodziewalbym sie ujrzec nietoperza o ponad metrowej rozpietosci skrzydel. Specyficzny, lamany tor lotu i skrzydla zagiete w dwoch miejscach nie pozostawialy jednak watpliwosci.

Co jakis czas budynek, gdzie siedzibe ma moja firma [jeden z najwyzszych w Douali], odwiedzany jest przez kilka jastrzebi. Przelatuja z duza predkoscia wzdluz okien, czasem laduja na metalowych kratach umieszczonych nad kazdym pietrem, ale tylko na krotka chwile, ledwie wystarczajaca, by wyznaczyc sobie nowy cel. Komunikuja sie glosnymi, przeciaglymi skrzekami, ktorych pierwsza czesc jest wznoszaca, potem nastepuje krotka przerwa i czesc druga, opadajaca. Piekne ptaki.

Hotel w Yaounde. Telefon w moim pokoju. Wiekowy to malo powiedziane. Klasyczny, rzeklbym. Nawet nie sprawdzilem czy dziala.

Klub zorganizowany w bylym kinie - hall przerobiony na czesc pubowa, widownia zmieniona w parkiet i bar. Wchodzimy we trzech do pierwszej czesci, wielkiej, dwupoziomowej sali z drewnianymi balustradami, ktora kiedys, dawno, z pewnoscia uchodzila za szczyt elegancji, i zaczynamy grac w bilard na zmiane. Gdy akurat nie gram, ide obejrzec czesc klubowa. Ledwie przekraczam prog, a juz kilkanascie dziewczat oglada sie na mnie, kilka rusza szybkim krokiem w moja strone. Jeszcze nie zdazylem sie obrocic, a jedna juz mnie obejmuje, probujac sklonic mnie ruchami bioder do tanca. Delikatnie ja odpycham i robie krok w kierunku drzwi, ale tam kolejna, wchodzaca dziewczyna rzuca mi sie z ramionami na szyje. Jakos sie wyslizguje i niemal wybiegam do hallu. Koledzy smieja sie z mojego szybkiego powrotu, a gdy pytam o co chodzi, mowia, ze to klub, gdzie przyjezdzaja wszyscy marynarze z cumujacych w Douali statkow. Dopiero teraz rozgladam sie dokladniej - faktycznie, nawet w tej czesci w ktorej sie znajdujemy, niemal wszyscy goscie to albo kuso ubrane kobiety, albo azjaci lub biali. W klubie nie ma prawdopodobnie ani jednej dziewczyny, ktora nie bylaby prostytutka.

Wiele osob, gdy dowiaduje sie, ze jestem z Polski, wspomina mecz miedzy naszymi reprezentacjami pilki noznej z mistrzostw swiata w Hiszpanii w 1982 roku. Kto z Was wie, jaki byl wtedy wynik? Pewnie nikt, podobnie zreszta jak nikt nie pamieta, ze taki mecz w ogole mial miejsce. A tutaj ludzie pamietaja, ze bylo 0:0, dziwia sie, gdy mowie, ze Polska byla wowczas trzecia na mistrzostwach, pytaja co tam u Bonka slychac, czym sie teraz zajmuje. Karol Wojtyla, Lech Walesa i Zbigniew Boniek - oto co Polska mowi statystycznemu Kamerunczykowi. No, moze z tym Walesa to troche przesadzam. Za to podobnie jak w Kirgistanie co jakis czas ktos dworuje sobie z tego, ze naszym panstwem rzadza blizniaki. Dowcipnisie z kraju rzadzonego od 26 lat przez tego samego prezydenta.

W Kamerunie nikt nie zlomuje samochodow, dlatego zarowno w miastach, jak i przy trasach czesto mozna napotkac opuszczone wraki. Stoja na poboczach, w krzakach, miedzy domami, doszczetnie ograbione ze wszelkich czesci, ktore mogly sie jeszcze do czegos przydac. Ziejace otworami po lampach, poobijane nadwozia koroduja i zarastaja, stajac sie czescia krajobrazu. W Dschang, na tylach dworca autobusowego wrakow stoi kilkanascie, o tej porze roku na wpol utopionych w blocie.

Pralka jest rzadkim luksusem w Kamerunie, i to rzadkim do tego stopnia, ze ani moje mieszkanie, ani mieszkania innych konsultantow nie sa w nia wyposazone. Wiekszosc rzeczy pierze sie recznie, a garnitury, koszule czy koldry zanosi sie do jednej z licznych zarowno w Douali, jak i Yaounde pralni. Koszt nie jest maly - w pressing house niedaleko mnie wypranie kazdej koszuli to wydatek 900 CAF.

Tyle moich luznych spostrzezen z codziennego zycia w Douali. Mam nadzieje, ze lektura tego posta pomoze Wam poczuc klimat tego miejsca bardziej, niz opisy moich perypetii.

Etykiety:

piątek, 17 sierpnia 2007

Fotki

Na cameroon.bmajewski.com pojawily sie pierwsze galerie ze zdjeciami. Milego przegladania :)

środa, 15 sierpnia 2007

Festiwal w Bamendou Un

Ostatni weekend spedzilem na wiejskim festiwalu w miejscowosci Bamendou Un, na ktory zaprosil mnie Bernis, tutejszy MCVP Finance. Festiwal zaczynal sie w sobote rano, wiec w piatek po pracy i malym drinku u mnie dla osob z firmy, w czasie ktorego kilka osob podzielilo sie ze mna refleksja, ze na moim miejscu nigdzie by sie noca nie wybierali, przebralem sie, spakowalem i okolo 10 wieczorem wyszedlem z domu.

Zaraz na pierwszym skrzyzowaniu kierowca przejezdzajacego auta na moj widok opuszcza szybe i, mimo ze jego samochod nie wygladal na taksowke, pyta gdzie chce jechac. Jakos bardzo mnie to nie zaskoczylo, odpowiadam wiec pospiesznie, ze wybieram sie na dworzec autobusowy. 2500 frankow. Nie ma szans, specjalnie dowiadywalem sie wczesniej u Bernisa, ile powinienem zaplacic za transport na dworzec i nie powinno to byc wiecej niz 500. No to kierowca, ze za 1000 moze mnie zawiezc do punktu przesiadkowego, gdzie znajde taksowke dalej. Powtarzam wiec moja cene, a widzac, ze za nim zatrzymuje sie kolejne auto, juz mam machnac na niego reka, gdy rzuca, ze podwiezie mnie za darmo. Nieufny, ale skuszony oferta wsiadam i ruszamy.

Kierowca nazywa sie Caesar i zarabia na zycie pracujac jako nietypowy taksowkarz. Nietypowy, bo nie jezdzi zolta Toyota probujac zlapac przypadkowych ludzi w najbardziej uczeszczanych punktach. Specjalizuje sie w turystach, marynarzach i innych obcokrajowcach przybywajacych do Kamerunu, najczesciej zawierajac z nimi niepisane umowy, ze np przez 2 miesiace bedzie ich podwozil do i z pracy. Podwiezienie mnie traktuje chyba troche jak inwestycje, bo pod koniec wspolnej podrozy wymusza na mnie zapisanie swojego numeru. Tak na wszelki wypadek, gdybym kiedys potrzebowal taksowki.

Co prawda nie podwozi mnie do samego dworca, a jedynie do punktu, gdzie bezczynnie oczekuje na klientow grupa motocyklistow, ale za to pomoga mi wytlumaczyc, dokad zmierzam, i wynegocjowac cene. Okazuje sie, ze dotarcie na dworzec bedzie nieco bardziej zawile niz myslalem. Motocyklista zawozi mnie tylko do kolejnego punktu przesiadkowego, skad dopiero lapie taksowke do Gare Routiere. Jadac przez zaciemniona Douale pomyslalem, ze na dobra sprawe nie mam zielonego pojecia, czy jedziemy tam gdzie trzeba. I ze gdyby tylko kierowca zechcial, moglby mnie wywiezc w jakis ciemny zaulek, a tam okrasc, zgwalcic i zabic, w dowolnej kolejnosci. Nic takiego sie oczywiscie nie dzieje, a po mniej wiecej 20 minutach jazdy wysiadam w okolicach dworca.

Slowem wyjasnienia - nie jest to ten sam dworzec, co ten, z ktorego jechalem do Yaounde. W zasadzie w ogole ciezko to nazwac dworcem. Ot, w pewnym momencie po obu stronach drogi pojawiaja sie autobusy i busiki nalezace do roznych firm i zmierzajace do roznych miejscowosci. Kierowca, wiedzac, ze jade do Dschang, zostawia mnie przed odpowiednia firma, wiec po krotkich [nieudanych] negocjacjach i oplaceniu 4000 frankow moge wsiasc do wlasciwego busa.

Bus jest zniszczony, wokol mrok, a ludzie patrza na mnie troche nieufnie, wiec nie czuje sie zbyt pewnie. Jednak kiedy siada obok mnie mezczyzna w muzulmanskiej czapeczce, od razu sie uspokajam. To efekt wspomnien z Kirgistanu - praktykujacy muzulmanie, ktorych tam spotkalem, zawsze byli bardzo otwartymi i uprzejmymi ludzmi. To tak a propos stereotypow, ktorych mozna sie pozbyc w czasie zagranicznej praktyki.

Niemal wszystkie miejsca sa juz zajete, ale przez dobre pol godziny nie ruszamy, wiec zaczynam sie nieco niecierpliwic. Pytam mojego sasiada, kiedy wyjedziemy i otrzymuje odpowiedz, jakiej powinienem sie spodziewac po lekturze 'Hebana' Kapuscinskiego. Gdy zbiora sie ludzie.

W miedzyczasie ludzie zaczynaja do mnie zagadywac, pytaja, skad jestem, co robie w Kamerunie, dokad jade... Gdy tlumacze, ze jade na festiwal do Bamendou, jedna z pasazerek oferuje, ze pojedzie ze mna. Nie, nie oferuje. Stwierdza. Pojedzie ze mna zobaczyc festiwal, a ja oplace jej podroz. Udaje ze nie rozumiem. Inna zaczyna domagac sie, bym kupil jej wode. Moj francuski wlasnie stal sie na tyle ubogi, bym zrozumial, ze to ona oferuje mi wode. Grzecznie, choc bardzo niepoprawnie gramatycznie odpowiadam, ze nie chce mi sie pic. Po kilku nieudanych probach wytlumaczenia mi o co jej naprawde chodzi, wspolpasazerka sama wychodzi z autokaru i idzie ugasic pragnienie na wlasny koszt.

W trasie musimy sie kilka razy zatrzymac na roznych punktach kontrolnych. Zawsze, gdy tylko bus zaczyna zwalniac, natychmiast otacza nas grupa przydroznych sprzedawcow pomaranczy, mandarynek, orzeszkow ziemnych i innych specjalow. Krzycza, bija w szyby, dobijaja targow. Jesli ktos nie ma drobnych, biora banknoty i znikaja w ciemnosci, by po chwili pojawic sie z reszta. Nie oszukuja, a przeciez wystarczyloby wziac zaplate i zniknac - nikt nie wysiadlby z autobusu, zeby ich gonic.

Jakies pol godziny przed dotarciem do Dschang zatrzymujemy sie na dluzej. Cala jezdnia zablokowana jest pojazdami, w wiekszosci nalezacymi do firm przewozowych, na ulicy pelno jest ludzi, handluja, rozmawiaja, zalatwiaja swoje potrzeby. Jest moze 5. rano, ale ruch na tym prowizorycznym targowisku jest ogromny. Przeciskam sie miedzy pojazdami, a gdy probuje dowiedziec sie, co ma do sprzedania jedna z przekupek, z pomoca mojemu ubogiemu francuskiemu przychodzi anglojezyczny wspolpasazer. Po dobiciu targu [m.in. zmielone orzeszki ziemne zawiniete w torebki z lisci i woda w plastikowym woreczku] zagaduje mojego tlumacza o cel wizyty w Dschang. Jedzie pochowac babcie, palcem wskazuje mi drewniana trumne przytroczona wraz z bagazami innych podroznych do dachu busa. Mowie, ze przykro mi z powodu jej smierci, na co on odpowiada 'No sorry. Congratulations!'. Babcia zyla prawie 100 lat, czas juz byl na nia najwyzszy!

W Dschang jestesmy o swicie, miasto dopiero budzi sie do zycia. Nie musze sie spieszyc do Bamendou, jestem zreszta pewien, ze tam jeszcze wszyscy spia. Na sniadanie kupuje sobie jakas zielona papke z duza kluska jako zagryzka - jedzenie jest ostre, ale da sie wytrzymac. Przechadzam sie troche po miescie, robie kilka zdjec. Gdy ide poboczem, przejezdzajacy bus zwalnia na chwile, drzwi sie otwieraja i osobnik ze srodka krzyczy 'Dokad?'. Autobus zdazyl juz zaczac przyspieszac, jakby kierowca nie wierzyl, ze moge jechac w ta sama strone co on i jego pasazerowie. 'Bamendou'. Pojazd hamuje gwaltownie, a ten, ktory zawolal mnie wczesniej, krzyczy do mnie cene. 500 frankow brzmi rozsadnie, wsiadam wiec i ruszamy dalej.

Bamendou jest wioska o burzliwej historii. Kilkadziesiat lat temu wybuchl tutaj bunt przeciw rzadzacego wowczas rezimowi, co skonczylo sie otoczeniem wioski przez wojsko i fala przemocy. Wojsko wyznaczylo dwa obszary na terenie wsi, gdzie mogli przebywac ludzie. Kazdy, kto znalazl sie poza nimi, byl uznawany za jednego z bojownikow i zabijany na miejscu. Rodziny, ktore nie opuscily swoich domow, zginely w calosci.

Do rozpoczecia festiwalu wciaz zostalo sporo czasu, wiec urzadzam sobie spacer po centralnej czesci wioski. Bardzo rzadko zdarza sie, zeby jakis bialy tu zawital, dlatego mieszkancy przygladaja mi sie z ciekawoscia. Najczesciej napotykajac moj wzrok usmiechaja sie i pozdrawiaja mnie, odpowiadaja tez na moje usmiechy, wiec nie przeszkadza mi to zbytnio. Wiekszosc z nich chetnie pozuje do zdjec, zwlaszcza, ze wszyscy sa zaszokowani obrazem pojawiajacym sie niemal natychmiast na ekranie aparatu.

Wokol tyle jest dzieci! Maluchy stanowia mniej wiecej polowe osob, ktore widze. Bose, w wiekszosci ubrane w byle jakie lachy, jedynie niektore maja na sobie stroje ludowe - zapewne z powodu festiwalu. Wszystie sa mizernej postury, wiele ma wzdete brzuszki... Niektore maja na policzkach plytkie naciecia, czasem w ksztalcie pojedynczych poziomych kresek, czasem podwojnych pionowych. W wiekszosci przypadkow takie naciecia maja sluzyc ochronie przed zlymi zakleciami i duchami.

Wiara w magie jest tu wciaz bardzo rozpowszechniona, a naciecia na twarzach stanowia tylko jeden jej aspekt. W poludnie nie wchodzi sie do tej czesci lasu, gdzie znajduje sie ujecie wody, bo wtedy grasuja tam duchy. Przed rozpoczeciem festiwalu zawsze oplaca sie szamana, aby zapewnic sobie dobra pogode. Szamanow jest w okolicznych wioskach kilku, a do ochrony wybiera sie tylko jednego, wiec natychmiast po jego wyborze inni zaczynaja rzucac zaklecia majace wywolac deszcz. Jezeli deszcz faktycznie spadnie, tegoroczny szaman najprawdopodobniej zostanie za rok zmieniony przez jednego z rywali. Przy drogach i sciezkach co jakis czas napotyka sie male domki z cegiel - miejsca, gdzie sklada sie dary bostwom, aby zapewnic sobie ich przychylnosc.

Tuz przed festiwalem spotkalem sie z innymi praktykantami AIESEC, ktorzy przyjechali na uroczystosc. Matthiew to CEEDer [AIESECowiec na wymianie wewnetrznej w innym komitecie] z Kanady, ktory przyjechal na 4 miesiace do Kamerunu, Monique to Meksykanka na praktyce wolontariackiej w NGO, Lilliane to pol-Niemka, pol-Tajwanka, rowniez wolontariuszka w NGO - obie pracuja w Buea, w anglojezycznej czesci Kamerunu.

Sam festiwal byl dosc rozczarowujacy i przypominal troche polskie festyny malomiasteczkowe. Przemowy dygnitarzy i gry dla tlumu organizowane przez ludzi przyslanych przez MTN, jeden z 2 telekomow w Kamerunie, nie zainteresowaly nikogo z nas. Jedynym jasniejszym punktem byl humorystyczny pokaz ju jitsu, w ktorym 5-letni chlopczyk rozkladal 4 razy wiekszego napastnika w pozorowanych starciach. A poza tym glosna muzyka z glosnikow, zawody w pilke nozna i reczna, wieczorem dyskoteka - zaden szok kulturowy.

Poszlismy wiec do pubu wypic piwko i pogawedzic o naszych wrazeniach z Kamerunu. I tak zszedl nam caly wieczor - rozmowy o jakosci praktyk, o zyciu tutaj, o powodach biedy w Afryce, ale tez o milosci, filmach i seksie. Bardzo otwarcie, bardzo ciekawie, wszak kazde z nas wyroslo w zupelnie innej kulturze. W pewnym momencie rozgladam sie po miejscu w ktorym siedzimy i rzucam luzno, ze takie miejsca jak to sa tak bardzo nie do opisania dla osob, ktore nigdy w nich nie byly. Zdjecia nie oddaja atmosfery takiego miejsca, a slowa? Czy jesli napisze Wam, ze siedzimy na kratach po piwie w izbie, ktora nie ma podlogi tylko ubita ziemie, ktora nie ma sufitu tylko podtrzymywany przez ladwo ociosane galezie dach z blachy falistej, a bar to budka z drewna i drucianej, pordzewialej siatki, to wybrazicie sobie to, co probuje opisac? Nawet jesli dodam, ze w rogu spi kura, obok na niemilosiernie odartym fotelu drzemie jakis facet, a z rzezacych glosnikow wydobywa sie walenie w bebny, to nie wierze, ze bedziecie w stanie wyobrazic sobie to miejsce.

Lilliane sie za mna zgodzila, podobnie Matthew. Monique zmarkotniala. 'Dla mnie' - powiedziala zagadnieta o powody milczenia - 'to jest Meksyk'.

Noc spedzilismy w domu Bernisa, spiac we czworo na jednym lozku. Dom nie wyroznia sie zbytnio wsrod innych - nie ma podlogi, pod stopami mamy jedynie ubita, czerwona ziemie. Czerwone sa tez sciany. Budowa kazdego domu zaczyna sie od polozenia kamieni w roli fundamentow. Nastepnie czerpie sie z wilgotnej gleby ziemie, ktora formuje sie drewniana forma w ksztalt duzych cegiel i zostawia na sloncu do wyschniecia. Skoro ziemia jest czerwona, wiec i sciany domu takie sa.

Po nocy spedzonej w niewygodzie tylko ja mam ochote na poranny spacer z Bernisem [nie ma to jak doswiadczenie z konferencji AIESECowych]. Zaraz za domem napotykamy drzewo guavy. Widzac moje zaskoczenie, Bernis wola swojego mlodszego, moze 8-letniego brata, by zerwal nam kilka sztuk. Maly zwinnie wspina sie po gladkich galeziach drzewa i po chwili rzuca nam kilka niewielkich, zielonych owocow, z zewnatrz przypominajacych limonke. Sa dosc cierpkie i w smaku ledwo przypominaja napoj, ktorym raczylem sie w drodze do Yaounde tydzien wczesniej. No, ale to akurat jest dziko rosnace drzewo, hodowlane odmiany zapewne smakuja lepiej. Znow zastanawiam sie, gdzie tkwi roznica, dlaczego to Kamerun importuje soki z guavy z Malezji, a nie odwrotnie.

Bernis pokazuje mi kolejne drzewo, z owocami przypominajacymi laminowane szyszki. Zacheca mnie, bym sprobowal, ale moje zeby slizgaja sie po ich twardej powierzchni. Jemu tez ugryzienie owoca nie przychodzi latwo, zreszta gra nie jest warta swieczki - skorupka jest niejadalna, wiec trzeba ja wypluc, a pestka zaczyna sie juz 3-4 milimetry pod jej powierzchnia, miazszu prawie nie widac. Kolejnym punktem spaceru jest drzewo planten, czyli owocu, ktore czesto tutaj wystepuje w roli kartofli w czasie posilkow. Wbrew temu, co kilka osob mowilo mi wczesniej, planten nie sa bananami zerwanymi przed dojrzeniem, choc faktycznie trudno jest odroznic jedne od drugich.

No i gwozdz programu - miejsce, skad rodzina Bernisa czerpie wode. Staw. Zawiesista woda pelna wszelkiego widocznego i niewidocznego plugastwa. Kijanki. Pajaki. Nie gotuja jej przed wypiciem.

Przy sniadaniu obchodze sie bez popitki, dopiero po poludniu na targu kupuje sobie butelkowana wode.

Dzien spedzamy na spacerze w pobliskich gorach, gdzie dotarlismy na motorach, po dwoch pasazerow plus kierowca na kazdym, wertepami lokalnych drozek. Ludzie ktorych mijamy machaja nam, usmiechaja sie, dzieciaki biegna za motorami, probuja przybic nam piatki. Zatrzymujemy sie w zagrodce na zboczu gory, gdzie mieszka jedna czesc rodziny Bernisa, w tym takze jego dziadkowie. Wszyscy sa bardzo mili, chetnie pozuja do zdjec, tez nie moga wyjsc z podziwu dla aparatow, ktore natychmiast wyswietlaja zdjecia. Jedynie dzieci sie wstydza, uciekaja przed nami ze smiechem.

Jestesmy na wysokosci okolo 1500 - 1700 metrow, las tropikalny zastapily geste krzewy, gdzieniegdzie przebijaja tez nagie skaly. Idziemy z jakims znajomym Bernisa, ktory toruje nam droge maczeta. Docieramy do skal, skad rozposciera sie piekny widok na doline... Choc moim zdaniem

Do Douali wracam ok. 10 wieczorem w niedziele, potwornie ublocony, ale szczesliwy. Festiwal moze i nie spelnil moich oczekiwan, ale dwa dni na wsi kamerunskiej pozwolily mi odrobine lepiej zrozumiec ten kraj i jego mieszkancow. Tutaj jest zupelnie inaczej niz w Kirgistanie... w Kirgi juz po kilkunastu dniach moglem wrzucac posty mowiaca generalnie o mentalnosci i kulturze tamtejszych ludzi, ktore z perspektywy czasu uwazam za trafne. Jednak sytuacja tego kraju i ludzi tu zyjacych jest tak rozna od tego, do czego jestem przyzwyczajony, ze potrzeba bedzie jeszcze wielu dni i wielu podobnych wycieczek, bym mogl napisac Wam o tutejszych ludziach cos, czego nie bede musial sie potem wstydzic.

Etykiety:

środa, 8 sierpnia 2007

Moje wielkie kamerunskie wesele

Planowalem na ten weekend wycieczke do Limbe, nadmorskiego kurortu polozonego w anglojezycznej czesci Kamerunu, ale w piatek zostalem zaproszony na slub jednej z pracownic naszej firmy. Jak juz pisalem, atmosfera w CAC jest bardzo rodzinna, wiec gdy tylko ktos sie pobiera, zaprasza kolegow i kolezanki z pracy i czesto na uroczystosci faktycznie pojawia sie ich spora delegacja. Tradycja jest tez firmowy prezent, na ktory zrzutka prowadzona jest przez nasza recepcjonistke.

Zaproszenia na slub rozeslane zostaly jeszcze przed moim przyjazdem do Kamerunu, a poniewaz nie mialem okazji poznac panny mlodej (ktora jest obecnie na urlopie), wiec tez nie bardzo poczuwalem sie do wziecia udzialu w uroczystosci. Tym niemniej wlasnie w piatek jedna z moich kolezanek zapewnila mnie, ze na pewno Olive bedzie milo jesli wpadne na wesele i brak zaproszenia nie jest zadna przeszkoda. W ten oto sposob w sobote o 6 rano znalazlem sie w taksowce jadacej na dworzec autobusowy w Douali.

Dworzec dzieli sie na 2 czesci - dla VIPow i dla reszty. Czesc dla VIPow przypomina typowy dworzec PKS w 5 - 10 tysiecznym polskim miasteczku, a czesc dla reszty, coz, chcialbym wierzyc ze jest w trakcie remontu, bo wyglada, jakby sie miala zaraz zawalic. Kupujemy wraz z Felicite i Bernardine bilety do Yaounde, stolicy Kamerunu, gdzie ma sie odbyc uroczystosc. Bilet klasy Premium kosztuje 6 tysiecy w jedna strone, ale wiem za co place - autobus jest klimatyzowany, a w cene wliczony jest poczestunek skladajacy sie z drozdzowki z czekolada i napoju. Wsrod puszek i butelek z Cola i Fanta dostrzegam taka, ktora nie przypomina niczego co znam z Polski. Napoj z guavy. Importowany z Malezji. Jak to jest, ze byle kolonie w Azji Poludniowo- Wschodniej potrafily wejsc na sciezke szybkiego postepu, a w Afryce nikomu sie to nie udalo?

Douala jest ogromna, o wiele wieksza niz przypuszczalem. Po dobrych kilkudziesieciu minutach, w czasie ktorych troche przysypialem, pytam mojego sasiada jak sie nazywa miejscowosc, przez ktorej zabudowania wlasnie przejezdzamy. Ten nie moze zrozumiec o co mi chodzi, w koncu niepewnie odpowiada, ze nie wie jaka nazwe nosi ta czesc przedmiesc. Coz, rozwojem tego miasta kieruje zupelnie inna logika niz w przypadku miast europejskich. Nie jest tak, ze biznesowe lub przemyslowe centrum przyciaga ludnosc wiejska do osrodka miejskiego, powodujac budowe osiedli mieszkaniowych i dobrze skomunikowanych z centrum przedmiesc. Wiekszosc mieszkancow w centrum pewnie nawet nie bywa, bo i po co? Przybyli do miasta, bo na wsi nie mogli sie wyzywic, liczac, ze tutaj przetrwanie przyjdzie im latwiej. Gdy dotarli do obrzezy Douali, rozlozyli wszystko co mieli, byle jak, byle gdzie. Potem zbudowali jakis szalas, popychajac granice miasta o kolejnych kilka metrow dalej, kolejni nowoprzybyli rozlozyli sie juz za nimi i tak dalej. Wiekszosc powierzchni miasta wyglada jak morze rownomiernie rozlozonych domkow z cegly, blachy i drewna, bez niemal zadnych punktow orientacyjnych dla niewprawnego oka Europejczyka. A centrum Douali, mimo ze jest to miasto o 2-milionowej populacji, wyglada jak centrum sredniej wielkosci polskiego miasta powiatowego.

Yaounde robi zupelnie inne wrazenie. Centrum sklada sie glownie z luzno rozrzuconych, okazalych budynkow ministerstw, zbudowanych wedlug fantazyjnych projektow, ktore nadaly im ksztalt diamentow i innych wielobokow nie majacych wiele wspolnego z tradycyjnym prostopadloscianem. Stolica Kamerunu rozbudowywala sie w latach 60 i 70, kiedy takie trendy byly modne na swiecie. Podobnie wyglada Skopje, odbudowane po wielkim trzesieniu ziemi w 1963 roku, podobnie wyglada Brasilia, przynajmniej wnioskujac ze zdjec, bo tam [jeszcze] nie bylem. Drogi sa dobrze utrzymane, rowniez ulozone w fantazyjne serpentyny, przypominajace podniebne ulice na ilustracjach z lat 50. przedstawiajacych wizje miast przyszlosci. Jezeli ulica ma skrecic w lewo i przeciac druga, to zamiast zrobic to w najprostszy mozliwy sposob, budowniczowie najpewniej poprowadza ja szerokim lukiem po dlugiej estakadzie z malowniczym widokiem na miasto. Ma to swoj niewatpliwy urok.

W pewnym momencie skrecamy w droge wiodaca pod gore i jedziemy nia kilka minut, caly czas majac po jednej stronie mur z drutem kolczastym. Kierowca po francusku tlumaczy, ze jest to ambasada Francji i ze cala posiadlosc ma 5 hektarow - czyli tyle, ile wynosi srednia wielkosc gospodarstwa rolniczego w Polsce. Zdaje sie, ze ta liczba zrobila na moich kolezankach jeszcze wieksze wrazenie niz na mnie. Upewniam sie u Felicite, czy dobrze zrozumialem. Oczywiscie, ze nie. Kierowca nie mowil o cinq - pieciu, ale o cent - stu hektarach. Zaniemowilem.

Wejscie do kosciola i droga do oltarza usypane sa platkami kwiatow, w lawkach i na krzeselkach juz czeka wiekszosc gosci. Sama swiatynia jest prosta, biale sciany nie sa ozdobione ani obrazami ani rzezbami, tak typowymi dla europejskich rzymskokatolickich miejsc sakralnych. Jedynie swieczniki i wiszacy nad oltarzem krzyz uswietnione sa niewielkimi plaskorzezbami wykonanymi z kosci sloniowej. W glebi sali juz czekaja dwa chory - jeden klasyczny, ktorego czlonkowie ubrani sa w ciemnogranatowe togi, drugi lokalny, skladajacy sie z samych kobiet w prostych, bialych szatach.

Sama ceremonia nie ma w sobie wiele z europejskiego dostojenstwa i szacunku dla powagi chwili. Ludzie krzycza cos do mlodej pary, w kluczowych momentach gwizdza przeciagle wyrazajac swoja radosc i aprobate, lokalny chor spiewa wpadajace w ucho, radosne piesni, do ktorych na dodatek tanczy proste uklady, obejmujace m.in. wymachiwanie patyczkami okrytymi puchem. Akompaniuja im mlodzi mezczyzni wygrywajacy rytmy na drewnianych cymbalach, bebnie afrykanskim i specyficznej grzechotce, kazdy - zdawaloby sie - grajacy to, co akurat mu sie podoba, a jednak wszystko razem zlewa sie w harmonijna calosc. Co jakis czas ktos wbiega na scene i wrzuca pieniadze a to dyrygentowi choru, a to cymbalistom, przychodzi tez taka czesc slubu, gdy mloda para staje z wiklinowymi koszami przed oltarzem, a goscie ustawiaja sie w kolejce, po kolei gratulujac im zaslubin i dokladajac swoja dole do ich dobrobytu.

Po samym slubie jedziemy do centrum miasta, gdzie w pieknie utrzymanym, choc niewielkim parku mloda para robi sobie pamiatkowe zdjecia z goscmi. Ten park to chyba taki tutejszy Wilanow, bo oprocz Olive i jej meza spotykamy jeszcze 2 inne mlode malzenstwa i ich weselnikow, co prowadzi do komicznych sytuacji, gdy goscie mieszaja sie i gubia, a potem, lekko spanikowani, probuja odnalezc swoja grupe.

Ruszamy na uroczysty obiad, w czasie ktorego mam okazje sprobowac wielu lokalnych specjalow, ktorych w wiekszosci niestety nie potrafie nazwac. Jedynymi wyjatkami sa kassawa, w Polsce znana bardziej pod pochodzaca z francuskiego nazwa maniok oraz planten. Kassawe przyrzadza sie miazdzac ja, a uzyskana mase owija sie w liscie tej samej rosliny i gotuje dla uzyskania konsystencji gestego ciasta. Planten zas to po prostu niedojrzale banany, ktore - ugotowane - zastepuja tutaj nasze kartofle w charakterze 'zapychacza'. W czasie calego obiadu mamy okazje ogladac wystep tancerza i tancerki oparty na tradycyjnych afrykanskich motywach oraz posluchac - dosc niezwyklego - zespolu muzycznego. Zespol ow sklada sie z dwoch muzykow, z ktorych jeden gra na kawalku metalowej rury, w ktory stuka drewnianymi paleczkami, a drugi na gitarze elektrycznej. Ale to wlasnie ten drugi stanowi dziwniejszy widok. Otoz ma on przyklejone tasma klejaca do paznokci na palcu wskazujacym i kciuku kawalki plastiku, ktorymi traca struny na wysokosci 18. progu. Specyficzne kostkowanie nadaje jego grze bardzo ciekawe brzmienie.

Po obiedzie 3 godzinna przerwa, gdyz wielu weselnikow przyjechalo Douali, co oznacza, ze tego dnia musieli zerwac sie o 5 rano i powoli zaczyna im sie to dawac we znaki. Wieczorem impreza w wynajetym klubie, znowu duzo dobrego jedzenia i napojow, fajnie grajacy zespol jazzowy [przynajmniej dopoki nie dolaczyl do nich wokalista bez glosu i z improwizacji nie przerzucili sie na weselne smuty] oraz mloda para wkraczajaca przy dzwiekach Vangelisowego motywu z 1492: Conquest of paradise. Chodzilo pewnie o paralele wielkiej podrozy, w ktora wyruszaja mlodzi, choc nie wiem czy ten, kto na to wpadl wie, jaki los spotkal Kolumba po odkryciu Ameryki; a spotkal go trud, znoj i niewdziecznosc. Wie czy nie, dla mnie to polaczenie bylo bardzo zabawne.

Kilkadziesiat minut pozniej parkiet zajmuje zespol muzyczno-taneczny, skladajacy sie z 2 dziewczyn i chlopaka, nastolatkow plasajacych do dynamicznej muzyki z afrykanskim rytmem, oraz moze 20-letniej wokalistki, ktorej wyglad i glos przykuwaja wzrok i nie pozwalaja sie oderwac nawet na chwile. Nie chodzi o to, ze jest ladna, bo nie jest... Ale jej szczupla sylwetka podkreslona obcisla sukienka z cienkiego materialu, dlugie, geste, czarne wlosy z wplecionymi paciorkami, a zwlaszcza jej grubo zakreslone tuszem ciemne oczy po prostu hipnotyzuja. Wyglada, jakby duchem wcale jej tutaj nie bylo. Obled.

Po ich wystepie DJ zapowiada czesc dyskotekowa imprezy, a z glosnikow zaczynaja wylewac sie afrykanskie rytmy. Nie mam pojecia jak sie do tego tanczy, ale bardzo chce sie nauczyc, wiec jestem jednym z pierwszych na parkiecie. Po chwili robi sie naprawde tloczno, a DJ co jakis czas rzuca kilka zdan do mikrofonu, co nie spotyka sie z zupelnie zadna reakcja tanczacych. Az tu nagle, po kolejnych moze 2 zdaniach DJa wszyscy jak na komende odwracaja sie w moja strone, przygladaja sie i klaszcza. Okazuje sie, ze dostalem od DJa pochwale, ze taki bialy, a jednak daje rade. Szok spowodowany tym wydarzeniem zmiata mnie z parkietu na dobre pol godziny.
Aha, dla mnie to juz jest oczywiste, ale dla Was pewnie jeszcze nie - prawie wszedzie, gdzie sie pojawiam, jestem jedynym bialym. Jestem jedynym bialym w pracy, jedynym bialym w supermarkecie, jedynym bialym na ulicy, jedynym bialym na slubie, jedynym bialym na parkiecie. Nic dziwnego, ze sie wyrozniam.

Okolo 3 wracamy do hotelu, a ja z miejsca ide spac. Rano nie musimy sie nigdzie spieszyc, wiec wyleguje sie w lozku do 11, potem prysznic, ogarniecie rzeczy i jedziemy z Felicite na dworzec [Bernardine wrocila wczesnie rano]. Na miejscu okazuje sie jednak, ze bilety na klase Premium na 13:00 sa juz sprzedane, wiec albo musimy czekac do 16, albo pojedziemy o 13:30 autobusem Classic. Dla mnie wybor jest prosty, zwlaszcza, ze Classic kosztuje tylko 3500 frankow.

Classic to dosc dowcipny eufemizm dla jakosci autobusu, ktory za chwile podstawia sie na dworcu. Co tu duzo mowic - pojazd okazuje sie byc tak bardzo classic, ze psuje sie w polowie drogi do Douali. Pasazerowie wysiadaja i bezradnie ustawiaja sie wzdluz drogi czekajac, az ktos sie zlituje i wezmie ich na stopa, oczywiscie bez rezultatu. Poczatkowo nie biore w tym udzialu, cykam zdjecia okolicy i licze po cichu, ze kierowca wynurzy sie za chwile spod autobusu z mina zwyciezcy i pojedziemy dalej, ewentualnie ze niedlugo przyjedzie autobus zastepczy. Czuje sie troche dziwnie w towarzystwie kilkudziesieciu ludzi w rozchelstanych koszulach, gdyz wciaz mam na sobie garnitut i pantofle. Co zaskakujace, tym razem nie jestem jedynym bialym, bo tym samym autobusem podrozuje [choc czas przeszly bylby chyba bardziej na miejscu] biala kobieta po 40tce. Strasznie sie piekli o nasze spoznienie, zarzeka sie, ze pozwie firme, na co ktos ze wspolpasazerow odpowiada, ze to jest Kamerun, na odszkodowanie i tak nie ma co liczyc, a jak bedzie sie tak zachowywac, to przewoznik moze jej nie wpuscic do autobusu zastepczego. Podzialalo.

Ostatecznie podchodze i ja do skraju jezdni. Niemal odruchowo wyciagam przed siebie reke z wzniesionym kciukiem i od razu zatrzymuje sie elegancki mercedes. Nagle dzieje sie cos niesamowitego - caly ten zastygly tlum ludzi, ktory czekal bezczynnie przy drodze az ktos w koncu zdobedzie sie na ten wydatek energetyczny i podniesie reke by zasygnalizowac chec zlapania podwozki, zaczyna biec w kierunku auta. No i pojechalo 3 szczesliwcow.

Nie przejmujac sie zbytnio tym niepowodzeniem zdobywam sie na kolejny wydatek energetyczny zwiazany z podniesieniem reki [ponownie tylko ja] i po kilku minutach znow mam szczescie. Tym razem jestesmy z Felicite lepiej przygotowani do wyscigu i po chwili zajmujemy juz wygodne miejsca z tylu kolejnego Mercedesa. W ciagu 1,5 godziny jestesmy w Douali, oplacamy podwozke [trzeba bylo wylozyc po 2 000], zegnamy sie i kazde rusza w swoja strone.

Tak zakonczyl sie moj pierwszy wyjazdowy weekend w Kamerunie - moze bez jakichs duzych szokow, ale na pewno calkiem przyjemnie. Na kolejny jade na jakies wiejskie swieto, wiec moze byc o wiele ciekawiej :)

Etykiety:

piątek, 3 sierpnia 2007

Douala - miasto portowe

Moj ojciec zwrocil mi ostatnio slusznie uwage, ze miasta portowe maja w wiekszosci swoj wlasny, dosc specyficzny klimat. Szczecin na przyklad, gdy moj ojciec przyjechal do niego na studia w 1981 roku, nazywany byl 'miastem dziwek, cinkciarzy, UBekow i marynarzy'.

W Douali nie spotkalem na razie tylko UBekow.

Zlodzieje wynagrodzili mi to z nawiazka.

Witamy w Douali - miescie portowym!

Miasto dziwek...
Douala to jedna wielka kurwiarnia.

Nie, nie uzyje innego slowa, nie ogranicze sie eufemizmami, nie zajrze do slownika. Kilka osob, z ktorymi rozmawialem i korespondowalem przed i zaraz po przyjezdzie staralo mi sie to juz wczesniej przekazac w zawoalowanej formie, ale w zyciu bym sie nie domyslil, co zastane.

Kurwiarnia. Tak, to slowo, ktore idealnie oddaje to, co dzieje sie w miescie.

Nie chodzi nawet o to, ze prostytutek jest tu po prostu bez liku. Ze czasem, gdy akurat nie zlapie taksowki od razu pod praca i musze przejsc ze dwie przecznice, zdaze w tym czasie zostac zaczepiony przez 3 kobiety. Nadmienie tylko, ze nie licze tutaj tych, ktore zaledwie cmokaja na moj widok, bo to tutaj czesta forma przyciagania uwagi, takze w handlu ulicznym, wiec kto wie, moze akurat chca sprzedac mi orzeszki ziemne. Licze tylko te, ktore zastepuja mi droge i slodziutkim glosem pytaja "sa va?" ["jak leci?"], a kiedy mijam je bez slowa, probuja mnie zatrzymac lub odslaniaja czesc swych wdziekow. A jest przeciez dopiero 19 i jestesmy w centrum miasta!

Stare i mlode, smukle i grubaski. Wiele naprawde ladnych. Inne takie, ze az sie chce uciec na druga strone ulicy. Cen nie znam, ale mysle, ze miedzy 5 a 15 tys frankow za noc.

No ale przeciez napisalem, ze wcale nie chodzi o prostytutki.

Otoz moi drodzy, taniec godowy samca homo sapiens rasy kaukaskiej wokol samicy rodem z Douali, rozpisany na poszczegolne etapy najbardziej szczegolowo jak sie da, wraz ze wszysktimi niuansami i istotnymi dla powodzenia tego procesu drobiazgami znajdziecie ponizej.

1. Znalezc sie w polu widzenia samicy.
2. Sukces!

Nieskomplikowane, prawda? Na tyle nieskomplikowane, ze czasem mozna przez pomylke zostac uznanym za zainteresowanego.

Wybralismy sie grupa osob z pracy na clubbing w piatek. Prowadza mnie do jednego klubu, zamawiamy piwo i siadamy przy kontuarze: Eugene, Melissa, ja i Ruben. Nagle ktos klepie mnie po plecach, wiec odwracam sie myslac, ze to jeden z kumpli, ktorzy maja do nas dolaczyc. A tu prosze - jakas niewysoka murzynka koniecznie chce mnie poznac. Troche skolowany bakam, ze nie mowie po francusku. Jej najwyrazniej to nie przeszkadza i lamana angielszczyzna koniecznie probuje dowiedziec sie, jak mam na imie. Odpowiadam wiec i milkne, liczac, ze dziewcze sobie za chwile pojdzie. Ona jednak nie daje mi spokoju, az w pewnym momencie pyta mnie, czy Melissa to moja dziewczyna. Eureka! Spogladam na Melisse pytajacym wzrokiem, a widzac, ze chyba wie o co mi chodzi, odpowiadam, ze tak. Moja nowa znajoma rzuca cos do Melissy i oddala sie pospiesznie. Widac nagle stalem sie o wiele mniej interesujacy.

W tym klubie spedzilismy, chilloutujac sie, jakies 1,5h. To znaczy reszta sie chilloutowala, a ja srednio co 15 minut musialem sobie radzic z nowymi znajomymi co, zwazywszy, ze glupio mi bylo caly czas powolywac sie na Melisse, stawalo sie momentami bardzo uciazliwe.

Potem przenieslismy sie do chyba najbardziej lanserskiego klubu w miescie, Royal, gdzie wejsc mozna praktycznie tylko grupa i to tylko, jesli kazdy wylozy po co najmniej 5 tys. Tutaj na szczescie na parkiecie bylo ok, poza tym zawsze mozna sie odsunac lub odwrocic, wiec w zasadzie jedynymi niebezpiecznymi momentami byly przejscia z i na parkiet oraz wycieczki do toalety.

Gdyby okazalo sie, ze kobiety w Douali po prostu leca na Europejczykow jak dzikie, to jeszcze przeciez nie bylby powod, zeby okreslac miasto tak niepochlebnie jak to zrobilem. Gorzej, ze gdybym uwierzyl w to, ze nagle zaczalem wygladac jak Brad Pitt i rzeczywiscie sprowadzil jakas do domu, to najprawdopodobniej rano musialbym sie rozliczyc z nocnych igraszek.

Gdy uslyszalem o tym po raz pierwszy, nie moglem do konca w to uwierzyc. Zwlaszcza, ze powiedzial mi o tym lysiejacy Francuz pod 40-tke, ktory jeszcze chwile wczesniej sliniac sie obmacywal kelnerke ze slowami "Zona i dzieci wyjechaly na wakacje. Nareszcie mozna sie zabawic" w elitarnym (3,5 tys za piwo!) barze kolo mnie. Niezbyt plynnym (jesli nie liczyc alkoholu w wydychanym powietrzu), choc dosc poprawnym angielskim instruowal mnie, ze trzeba "widywac sie" w tym samym czasie z co najmniej dwiema dziewczynami i nie pozwalac zadnej byc ze soba dluzej niz miesiac. No i wytlumaczyl mi, ze zawsze rano trzeba sypnac 10 000 - 20 000. Zastanawialem sie na ile jego slowa moga byc miarodajne, wiec zapytalem kumpli z pracy, jak to z tym jest. Potwierdzili, choc podali kwoty w granicach 5 000 - 10 000. Nawet nie zapytalem, czy oni tez placa, czy sa to moze ceny tylko dla bialych. Chyba nie chce wiedziec.

Jak to jednak warto poznawac nowych ludzi, niezaleznie od ich sposobu prowadzenia sie. Pewnie gdybym poszedl do klubu bez tej wiedzy, bylbym bardzo dumny z powodzenia, jakim ciesze sie wsrod dziewczat o kasownikach w oczach.

...cinkciarzy...
Kamerun, jak zreszta wszystkie kolonie francuskie w srodkowej i zachodniej Afryce, ma ustalony sztywny kurs wobec Euro (wczesniej franka francuskiego), zas obrot waluta jest reglamentowany. Do jak absurdalnych sytuacji moze to prowadzic obrazuje historia dewaluacji franka srodkowoafrykanskiego. Dokonuje sie ich niezwykle rzadko, od lat 50. bodaj tylko 3 razy, za to ostatnia uciela tutejszemu frankowi polowe wartosci. Rozumiecie? Waluta z dnia na dzien stala sie o polowe tansza.
Reglamentacja sprawia, ze pieniadze trzeba wymieniac na ulicy, u roznych pogodnych i absolutnie nie kryjacych sie ze swoim fachem handlarzy. Ich duze skupisko znajduje sie przed hotelem Akwa, najbardziej elitarnym i najdrozszym hotelem w miescie. Wymieniac mozna wiekszosc najpopularniejszych walut (niestety, nie zlotowki), co ciekawe, po dosc uczciwym kursie. Dwa tygodnie temu dostalem 480 frankow za kazdego dolara i jest to dokladnie taki kurs, jaki byl (dzis, co prawda) oficjalnie podawany. Nie wiem, czy fluktuacje byly w miedzyczasie duze, ale mysle, ze nie wieksze niz 3%.

...złodziei...
Zacznijmy od tego, ze niemal wszyscy tutaj staraja sie zedrzec ze mnie kase. Przejazdy taksowka za 2 stowy skonczyly sie z dniem, w ktorym zaczalem sam nimi jezdzic. Teraz juz wiem, ze o ile nie ustale ceny przed wsiasciem do samochodu, to do czasu jazdy bede musial doliczyc 5-10 minut na negocjacje na koniec, po ktorych i tak bede musial zaplacic ze 400. W czesci restauracji i knajp w menu nie ma cen, a kelnerki zadaja ode mnie srednio 2 razy wiecej niz od innych. Ludzie podchodza na ulicy proszac o pieniadze, potrafia byc strasznie natarczywi, kiedy jedni przestaja, podchodza kolejni i tak w kolko, az sie odechciewa wychodzic na miasto. Nawet ochrona przy bramie do mojego apartamentowca czasem prosila o stowke albo dwie. Zdecydowanie, choc uprzejmie odmawialem i na szczescie przestali.

To zebractwo na ulicy potrafi przyjac niebezpieczne formy. W niedziele spacerowalem po Akwa, najbardziej chyba reprezentacyjnej ulicy miasta, kiedy dwoch malych urwisow podbieglo do mnie i zaczelo domagac sie pieniedzy. Wsadzilem rece do kieszeni, co by chronic portfel, ale jeden z maluchow (wpatrujac sie w moja twarz blagalnym wzrokiem) chyba tego nie zauwazyl i siegnal po niego. Nadzial sie na moja reke, co nie przeszkodzilo mu zgrywac dalej biednego zebraka dopoki nie przeszedlem przez jezdnie.

Ale to pikus. We wtorek wyszedlem z kolacji ze znajomymi w centralnej czesci Akwa, wraz ze mna wyszla Collette, praktykantka z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Byla moze 9:30, na pewno przed 10 wieczorem, zaden tam srodek nocy. Collette miala jechac w jedna strone, ja w przeciwna, ale zaproponowalem, ze poniewaz jest ciemno, to poczekam z nia na taksowke po jej stronie ulicy. I wtedy zaczela sie akcja.

Podchodzi do nas jakis chlopak, moze 16 lat i prosi o pieniadze. Nie reagujemy, wiec odchodzi i znika gdzies w ciemnosciach. Po chwili podbiega do nas jakis dzieciak, ktory wydaje mi sie dziwnie znajomy. To ten sam, ktory probowal mnie skroic dwa dni wczesniej. Mowie mu, ze nie ma szans, zebym mu dal pieniadze. Podnosze wzrok, a tu przede mna 4 jego kolegow, w tym 2 dryblasow mojego wzrostu. Osaczyli nas polkolem. Chca pieniedzy.

Sytuacja wyglada kiepsko. Za nami zaparkowane samochody. Przed nami oni. Taksowki nie chca sie zatrzymac. Sytuacja jest patowa. Zupelnie nie wiem co zrobic. Zwlaszcza, ze ze mna wciaz jest Collette.

W koncu po prostu ruszamy przed siebie, miedzy nimi, przez jezdnie.

Nie zatrzymuja nas, nie ida za nami. Kiedy jestesmy po drugiej stronie jezdni, odwracamy sie. Tamtych juz nie ma.

Odetchnelismy, a Collette zaczyna mnie przepraszac mowiac, ze nie wiedziala, ze tutaj tak jest, ze przeciez ona mieszka w Douali juz dobre pol roku i nigdy sie jej to nie zdarzylo. Ustalamy, ze wezmiemy taksowke do mnie, a potem ona juz cos zlapie do siebie.

I wtedy znow pojawia sie ten maly demon. Tym razem ma ze soba tego Pierwszego, ktory nas zaczepil i jeszcze innego, troche wyzszego ode mnie... i na pewno lepiej zbudowanego. Ten staje dokladnie przede mna, zebym nie mogl zlapac taksowki, Pierwszy staje za nami, maly jest przy mojej prawej rece, ktora mam wsadzona do kieszeni z portfelem. Znowu pat, znowu taksowki przejezdzaja nie zatrzymujac sie, a duzy z lekko zmruzonymi oczami domaga sie pieniedzy.

Nagle maly przeklada reke pod moim ramieniem i lapie mnie za dlon, ktora mam na portfelu. Ten z tylu lapie za portfel. Instynktownie odkrecam sie przez lewe ramie. Pierwszy puszcza. Maly traci rownowage i leci za moim barkiem. Wciaz trzyma za dlon.

Collette daje malemu w pysk, przebiega obok dryblasa i zatrzymuje przejezdzajaca taksowke. Wsiada. Duzy zastawia mi droge, odpycham go, Pierwszy szarpie mnie za reke, probuje zerwac ja z portfela. Wsiadam, ale drzwi sa wciaz otwarte. Pierwszy blokuje je cialem, wciaz szarpie mnie za reke. Taksowka nie rusza, Collette krzyczy na kierowce. Toczymy sie, ale wtedy Pierwszy zastawia sie i probuje wyciagnac mnie z auta. Odwijam sie do srodka samochodu, tamten traci rownowage, puszcza.

Jedziemy. Nikt sie nie odzywa.

...i marynarzy.
Coz, marynarzy tak naprawde nie spotkalem, zreszta Douala wraz z szybkim wzrostem liczby ludnosci utracila czesciowo swoj charakter miasta zyjacego z morza. Nie przelozylo sie to, jak widac, na zmiane kultury mieszkancow.

Miejsce niegdysiejszych marynarzy zajeli pracownicy kontraktowi roznych spolek, najczesciej francuskich, zwiazanych z wydobywaniem i obrotem surowcami. Kolonizatorzy dzisiejszego swiata. Jednego takiego juz Wam przedstawilem.

Na pytanie, ile czasu siedzi w Kamerunie, odpowiada krotko "8 lat. Za dlugo". Siedzimy w barze, jest sroda, wiec knajpa swieci pustkami. Wlasnie wprowadzilem sie do mojego mieszkania i postanowilem troche poznac okolice i napic piwa w jakims przyjemnym miejscu. Braziliana Tropicana to pierwszy bar, jaki napotkalem. Wciaz mysle kategoriami europejskimi, wiec stwierdzam, ze wyglada ok, choc bez przesady, siadam na stolku przy kontuarze i zamawiam piwo. Pytam o cene i o malo nie krztusze sie pierwszym lykiem marki "33". 3500 frankow.

Francuz klei sie do wszystkich dziewczyn pracujacych w barze. Po tym jak naobmacywal sie kelnerki, zaczal lapac za reke barmanke i cos jej obiecywac. Ona wdzieczy sie do niego, choc niespecjalnie dobrze wychodzi jej udawanie. Na parkiet wychodza 4 tancerki w brazylijskich strojach karnawalowych i zaczynaja bujac sie do dudniacej muzyki z glosnikow. Nie wiem czy w calym klubie uzbiera sie z 10 gosci, ale praca to praca. Po skonczonym show podchodza podrygujac do mojego Francuza i krzyczac 'motivators! motivators!' czekaja na zachete do pomachania biustem specjalnie dla niego. On wyciaga jakies laminowane kupony i otrzymuje, co chcial. Pytam kelnerki, co to za motywatory, na co ona wyciaga spod lady wydrukowane karty z logo klubu o nominalach od 1000 do 5000 frankow. Mowi mi, ze jesli chce, to moze zaraz zawolac dziewczyny do mnie, abym je zmotywowal. Odpalam jej, ze poki nie mam 40 lat, brzucha i lysiny nie bede uciekal sie do motywatorow. Nie jestem pewny czy zrozumiala.

Sympatyczna kobieta swoja droga. Ma prawie 30 lat, choc nie wyglada, zreszta wciaz bardzo trudno mi ocenic wiek u tutejszych kobiet. Od ponad 2 lat pracuje w klubach nocnych, choc zdaje sie ze dopiero od niedawna jako barmanka. Nie pytam o szczegoly. Przed barami nocnymi byla kelnerka w restauracjach, ale rzucila to, bo tutaj lepiej placa. Ma coreczke, 8-latke, choc nie widuje jej za czesto - pracuje przez szesc nocy w tygodniu, a w ciagu dnia mala jest w szkole.

Chyba nie do konca slusznie interpretuje moje zainteresowanie, bo w pewnym momencie pyta, czy jesli to ona dla mnie zatanczy, to dostanie motywatory. To byl moj pierwszy wieczor na miescie (to bylo ponad tydzien temu), wiec po prostu uznalem, ze trafilem w nieodpowiednie miejsce. Podziekowalem, zaplacilem i wyszedlem.

Miasto grzechu
Na koniec chce Wam wyjasnic, ze nie cierpie na negatywne objawy szoku kulturowego, nie mam dosc tego miejsca ani swojej praktyki, co wiecej, ciesze sie, ze Douala jest tak intensywnie rozna od czegokolwiek, czego dotychczas zaznalem. Ostatnie 2 tygodnie byly niesamowicie intensywnie, poznalem ponad 100 osob, dowiedzialem sie wiele o tym zakatku swiata i ludziach tutaj, a wciaz jeszcze tyle przede mna... A to, ze miasto pokazalo mi swoja brzydsza twarz wcale nie odbiera mu uroku.

Dzisiejszego posta dedykuje Bertowi, ktore caly czas krecil sie kolo mnie, gdy pisalem. Znacie Berta? Opowiem Wam o nim nastepnym razem.

Etykiety: ,

czwartek, 2 sierpnia 2007

Invitation

Moi drodzy,

chcialbym Was wszystkich serdecznie zaprosic do odwiedzenia mnie w Kamerunie. Wycieczka taka wcale nie musi byc droga, a przygoda - zapewniam - jest niezwykla. Na miejscu bedzie na Was czekalo wygodne mieszkanie i goscinny gospodarz, ktory bedzie potrafil doradzic, co warto zobaczyc i gdzie warto sie wybrac [choc przez pierwszy tydzien wystarczy Wam pewnie po prostu wyjscie na ulice i poczucie atmosfery miasta]. No i promese Wam zalatwie ;)

Optymalnie taki pobyt moze trwac okolo miesiaca, po pierwsze dlatego, ze wize na lotnisku dostaje sie na miesiac, a jej przedluzenie oznacza sporo formalnosci i troche kosztuje, po drugie dlatego, ze warunkiem wiekszosci promocji lotniczych do tego typu krajow jest pobyt nie dluzszy niz miesiac. No i ja tez chce sobie czasem pozyc sam.

Podstawowe koszty to:
- szczepienia: zolta febra ok 150 zl,
- wiza na lotnisku ok 280 zl
- bilet lotniczy. I tu uwaga - czasami mozna dorwac takie promocje, ze glowa mala. W czerwcu na przyklad pojawila sie oferta Swiss, w ktorej bilet w dwie strony kosztowal 990 zl (pewnie plus oplaty) wlasnie z warunkiem pobytu nie dluzszego niz miesiac. Szukac trzeba na stronach Swiss, Air France, Kenyan Airways i bodaj Brussel Air... a moze znajdziecie inne linie latajace z Europy? Warto tez przekrecic do ich biur i zapytac, czy nie szykuje sie jakas promocja. A takze do kilku biur podrozy i posrednikow.

Czyli jesli zalozymy cene biletu nawet 2000 zl (z oplatami), to za 2500 zl macie miesieczny pobyt w Kamerunie. Dla ludzi praktykujacych np. w Procterach to mniej niz miesieczna pensja, wiec mysle ze opcja "miesiac pracy - miesiac wakacji w Afryce" moze ich zainteresowac. A jesli bilet zhaltujecie za 1500, to juz w ogole nie ma sie co zastanawiac.

Koszty dodatkowe zaleza od tego, co chcecie tu porobic. Kilkudniowa wycieczka na safari na polnoc kraju kosztuje ok 300 USD z dojazdem, wyzywieniem, mieszkaniem, wstepem itp. To aktualna informacja, od Matthew, CEEDera z Kanady, ktory tydzien temu wrocil z takiej wyprawy. Pokazywal mi zreszta zdjecia lwow, jakie zrobil swoim cyfrakiem :) Wyzywic sie mozna taniutko, mieszkanie, jak juz wspomnialem, macie zapewnione. Mysle, ze poza safari koszt miesiecznego pobytu powinien spokojnie zamknac sie w 300 USD, z podrozowaniem po kraju wlacznie.

No, to mam nadzieje, ze zachecilem Was do przezycia przygody Waszego zycia. A jak nie, to nic, naprawde nic juz nie pomoze.

[Drobnym druczkiem] oferta wazna do kwietnia / odwolania / wyczerpania zapasow.