Obrazki z Afryki II
W duzych miastach Kamerunu pracy nie ma zbyt wiele, dlatego wielu mieszkancow para sie handlem ulicznym. Chodniki pelne sa sprzedawcow oferujacych karty prepaidowe, zegarki, buty, owoce, paski, pieczone ryby, orzeszki ziemne, chipsy z plantain, krawaty czy szaszlyki. Co znaczniejsi maja jakis maly kramik, w ktorym wystawiaja swoje towary. Ci, ktorzy wybrali gastronomie, siedza przy swoich stoliczkach, na ktorych poustawiane sa flaszki po wodce i whisky wypelnione np caramel, czyli orzeszkami ziemnymi w karmelu obsypanymi cukrem. Pozostali, choc poruszajacy sie wsrod innych pieszych, sa latwo rozpoznawalni po tym, ze cali obwieszeni sa towarami. Lancuchy powiazanych butow, girlandy kart prepaidowych, petle z krawatow... Ci od obuwia to moi ulubiency - mimo, ze ciagle w ruchu, na glowie zawsze maja jednego buta, ktory z daleka sygnalizuje czym zajmuje sie utrzymujaca go postac. Takie chodzace reklamy Adidasa, przepraszam: 'Adidasa'.
Buty na glowie moze i wygladaja dziwnie, ale wcale nie wyczerpuja arsenalu mozliwosci transportowych tej - jak sie okazuje - pelnoprawnej ludzkiej konczyny. Plastikowy worek wypelniony drobnymi towarami o wysokosci rownej wzrostowi niosacego go czlowieka. Wiadro z ktorego az wylewa sie woda. Metalowa taca o polmetrowej srednicy, a na niej tuzin jajek, bagietki, sloik z majonezem, makaron... Wystarczy podejsc, a kilka sprawnych ruchow tragarza sprawi, ze bedziesz mogl napelnic zoladek typowym lokalnym zapychaczem. W wiekszosci wypadkow miedzy glowe a transportowane dobro wklada sie taka niby gabke z materialu, ktora pomaga utrzymac wszystko w pionie. Ludki sprzedajace buty sa jednak twardzielami i nie uciekaja sie do takich ulatwien.
Wracajac do aspektow ekonomicznych handlu ulicznego - konkurencja jest duza, a klientow niewielu. Dziewczyny siedzace po 2-3 miedzy zaparkowanymi samochodami, wolajace znudzonym glosem za przechodniami 'Orange? MTN?' sprzedaja moze 5 kart dziennie, i to przewaznie o niskich nominalach. Ilu przypadkowych pieszych kupi krawat? Handlarze zarabiaja grosze, sprzedajac marne towary biednym ludziom. Tylko ze tutaj zarabiac grosze, to troche co innego niz u nas. Z rozmow ze straznikami, kasjerami, kelnerami wynika, ze srednia placa dla pracownika niewykwalifikowanego to ok 30 - 40 tysiecy frankow miesiecznie. Od 60 do 80 dolarow. Moze wiec jednak kramarze wcale na swoim zajeciu nie wychodza zle...
Z racji tego, ze w dzielnicy gdzie znajduje sie nasz biurowiec ma swoja siedzibe wiele urzedow i instytucji, totez latwo mozna sie natknac na patrole wojska. Prawde mowiac, kojarza sie bardziej z bojowkarzami niz z regularnymi oddzialami - podwiniete rekawy, rozpiete pod szyja koszule, znudzona postawa. A do tego niejednolite uzbrojenie, bo Kamerun, jak wiekszosc krajow Afryki, nie opowiadal sie w czasie zimnej wojny po zadnej ze stron, co pozwolilo na duza dowolnosc w doborze dostawcow broni - choc wiekszosc sluzb posluguje sie francuskim sprzetem, swojskie Kalasznikowy tez nie sa rzadkoscia. Widok jadacego na motorowej taksowce soldata z wycelowanym w niebo karabinem nie jest tu wcale taki rzadki.
Etykiety: Kamerun jako kraj
