<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619</id><updated>2010-04-28T20:55:57.691-07:00</updated><title type='text'>Apollo 13 - mission to Cameroon</title><subtitle type='html'>Triskaidekaphobia is a fear of the number 13.
A specific fear of Friday the 13th is called paraskavedekatriaphobia or friggatriskaidekaphobia.

Apollo 13 mission was launched on April 11, 1970 (4 + 11 + 70 = 85; 8 + 5 = 13), from Pad 39 (3 x 13) at 13:13 local time, and struck by an explosion on April 13.</subtitle><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/atom.xml'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>17</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-5490069694014016577</id><published>2007-11-11T22:57:00.000-08:00</published><updated>2007-11-11T23:00:51.458-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kamerun jako kraj'/><title type='text'>Obrazki z Afryki II</title><content type='html'>W duzych miastach Kamerunu pracy nie ma zbyt wiele, dlatego wielu mieszkancow para sie handlem ulicznym. Chodniki pelne sa sprzedawcow oferujacych karty prepaidowe, zegarki, buty, owoce, paski, pieczone ryby, orzeszki ziemne, chipsy z plantain, krawaty czy szaszlyki. Co znaczniejsi maja jakis maly kramik, w ktorym wystawiaja swoje towary. Ci, ktorzy wybrali gastronomie, siedza przy swoich stoliczkach, na ktorych poustawiane sa flaszki po wodce i whisky wypelnione np caramel, czyli orzeszkami ziemnymi w karmelu obsypanymi cukrem. Pozostali, choc poruszajacy sie wsrod innych pieszych, sa latwo rozpoznawalni po tym, ze cali obwieszeni sa towarami. Lancuchy powiazanych butow, girlandy kart prepaidowych, petle z krawatow... Ci od obuwia to moi ulubiency - mimo, ze ciagle w ruchu, na glowie zawsze maja jednego buta, ktory z daleka sygnalizuje czym zajmuje sie utrzymujaca go postac. Takie chodzace reklamy Adidasa, przepraszam: 'Adidasa'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buty na glowie moze i wygladaja dziwnie, ale wcale nie wyczerpuja arsenalu mozliwosci transportowych tej - jak sie okazuje - pelnoprawnej ludzkiej konczyny. Plastikowy worek wypelniony drobnymi towarami o wysokosci rownej wzrostowi niosacego go czlowieka. Wiadro z ktorego az wylewa sie woda. Metalowa taca o polmetrowej srednicy, a na niej tuzin jajek, bagietki, sloik z majonezem, makaron... Wystarczy podejsc, a kilka sprawnych ruchow tragarza sprawi, ze bedziesz mogl napelnic zoladek typowym lokalnym zapychaczem. W wiekszosci wypadkow miedzy glowe a transportowane dobro wklada sie taka niby gabke z materialu, ktora pomaga utrzymac wszystko w pionie. Ludki sprzedajace buty sa jednak twardzielami i nie uciekaja sie do takich ulatwien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracajac do aspektow ekonomicznych handlu ulicznego - konkurencja jest duza, a klientow niewielu. Dziewczyny siedzace po 2-3 miedzy zaparkowanymi samochodami, wolajace znudzonym glosem za przechodniami 'Orange? MTN?' sprzedaja moze 5 kart dziennie, i to przewaznie o niskich nominalach. Ilu przypadkowych pieszych kupi krawat? Handlarze zarabiaja grosze, sprzedajac marne towary biednym ludziom. Tylko ze tutaj zarabiac grosze, to troche co innego niz u nas. Z rozmow ze straznikami, kasjerami, kelnerami wynika, ze srednia placa dla pracownika niewykwalifikowanego to ok 30 - 40 tysiecy frankow miesiecznie. Od 60 do 80 dolarow. Moze wiec jednak kramarze wcale na swoim zajeciu nie wychodza zle...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z racji tego, ze w dzielnicy gdzie znajduje sie nasz biurowiec ma swoja siedzibe wiele urzedow i instytucji, totez latwo mozna sie natknac na patrole wojska. Prawde mowiac, kojarza sie bardziej z bojowkarzami niz z regularnymi oddzialami - podwiniete rekawy, rozpiete pod szyja koszule, znudzona postawa. A do tego niejednolite uzbrojenie, bo Kamerun, jak wiekszosc krajow Afryki, nie opowiadal sie w czasie zimnej wojny po zadnej ze stron, co pozwolilo na duza dowolnosc w doborze dostawcow broni - choc wiekszosc sluzb posluguje sie francuskim sprzetem, swojskie Kalasznikowy tez nie sa rzadkoscia. Widok jadacego na motorowej taksowce soldata z wycelowanym w niebo karabinem nie jest tu wcale taki rzadki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-5490069694014016577?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/5490069694014016577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=5490069694014016577' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5490069694014016577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5490069694014016577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/11/obrazki-z-afryki-ii.html' title='Obrazki z Afryki II'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-8583439040437440788</id><published>2007-11-06T10:22:00.000-08:00</published><updated>2007-11-06T10:25:22.490-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='AIESEC'/><title type='text'>AIESEC w Kamerunie</title><content type='html'>[Jako ze post traktuje o AIESEC i zainteresuje pewnie glownie osoby z organizacja obeznane, wiec nie bede unikal uzywania wewnetrznych terminow. Krotki slowniczek dla niewtajemniczonych dolaczam na koncu tekstu]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mialem ostatnio okazje chairowac konferencje dla Rad Wykonawczych AIESEC w Kamerunie, wiec jest dobra okazja, aby napisac pare slow o tym, jak funkcjonuje najwieksza organizacja studencka swiata w tym kraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przede wszystkim powinniscie wiedziec, ze AIESEC w Kamerunie jest absolutnie bezkonkurencyjny na kontynencie, o czym swiadczy chocby fakt, ze zgarnal w tym roku drugi raz z rzedu UBS Excellence Award dla najlepszego kraju AIESECowego w Growth Networku. W chwili obecnej @Cam sklada sie z 3 komitetow lokalnych: w Douali, Yaounde i Buea oraz MC ulokowanego w Douali. Zaden z komitetow lokalnych nie zostal jednak uznany przez uniwersytet w swoim miescie. Efekt? MC jest jedynym komitetem, ktore ma biuro. Wlasciwie biuro to troche za duzo powiedziane - po prostu jeden z pokojow w wynajmowanym przez MC mieszkaniu jest pokojem roboczym. Stoja tam 4 dosc wiekowe komputery, z ktorych dwa [te nowsze] zostaly - po wycofaniu z uzytku - przekazane AIESEC przez moja firme w czasach, gdy wciaz funkcjonowala pod nazwa Ernst &amp;amp; Young.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kamerun zorganizowal w tym roku ok. 60 praktyk, z czego zdecydowana wiekszosc (okolo 50) stanowia praktyki przychodzace. Praktyki organizowane sa glownie w ramach Empowering Africa Program. EAP jest inicjatywa realizowana przez wszystkie panstwa Growth Networku, ktorej zadaniem jest - jak sama nazwa wskazuje - wspomaganie rozwoju lokalnych firm i organizacji oraz samych Afrykanczykow. Zalozeniem EAP jest realizacja praktyk zwiazanych z przedsiebiorczoscia, turystyka i edukacja nt. HIV/AIDS miedzy panstwami-czlonkami GN. Praktyki te sa bezplatne [nawet jesli staz odbywa sie w firmie], zapewnione jest jedynie zakwaterowanie i wyzywienie u lokalnej rodziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;EAP jest inicjatywa malo trafiona. Efekty liczbowe [ponad 40 praktyk w samym Kamerunie] moga byc imponujace, ale nie przekladaja sie na realizacje zalozen programu. Osoby planujace i implementujace EAP chyba nie wziely pod uwage tego, ze malo kogo w Afryce stac na wyjazd na praktyke wolontariacka za granice. Efekt jest taki, ze zdecydowana wiekszosc stazystow przyjezdzajacych na program stanowia wcale majetni Europejczycy i Amerykanie. Same praktyki tez trudno nazwac rozwojowymi - w zdecydowanej wiekszosci przypadkow praktykanci narzekaja na totalny brak zadan. Organizacje wspolpracujace z AIESEC w ramach EAP nie ponosza zadnych kosztow zwiazanych z przyjmowanymi stazystami, nie czuja sie wiec specjalnie zobowiazane do wykorzystania ich potencjalu. W skrocie: z programu wspierajacego rozwoj Afrykanczykow oraz lokalnych instytucji zrobilo sie wakacyjne biuro turystyczne dla bogatych studentow z Polnocy, ktorym National Geographic juz nie wystarcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawia Was jak to mozliwe, ze rozpoczeto implementacje programu tak odstajacego od lokalnych realiow? Coz, jest to efekt jednej z bolaczek AIESEC w Afryce - brakuje miejscowych ludzi gotowych podjac odpowiedzialnosc i objac stanowiska kierownicze w organizacji. Dlatego dyrektorami Africa GN najczesciej zostaja osoby z innych kontynentow, majace raczej metne pojecie o wyzwaniach stojacych przed panstwami Afryki. Na nizszym szczeblu problemem bywa nawet skompletowanie MC [w tym roku w Kamerunie tylko 4 osoby] czy Rad Wykonawczych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co wyroznia AIESEC w Kamerunie na tle innych panstw czlonkowskich w Afryce, to dobrze rozwiniete kontakty z firmami. Dzieki temu co roku organizowane sa tutaj wysokiej jakosci praktyki MT, jak chocby te w mojej firmie, czy ostatnio w PwC. EPs przyjezdzajacy na praktyki w MTN, poludniowoafrykanskim koncernie telekomunikacyjnym, czesto przedluzaja sobie umowy lub przenosza sie do oddzialow firmy w swoich krajach ojczystych. Wciaz chyba dostepne sa praktyki w Yaounde, w ramach ktorych wyklada sie na prywatnej uczelni ekonomie, finanse lub rachunkowosc, za przyzwoite pieniadze oraz z oplaconym zakwaterowaniem i biletem w dwie strony. Szczerze mowiac, rzadko mozna znalezc tak dobre praktyki w AIESEC w Polsce. Zreszta praktyki to nie wszystko. Wspolpraca z Kenya Airways umozliwia czlonkom tutejszego AIESEC uczestnictwo w konferencjach miedzynarodowych i globalnych, kooperacja z bankiem Standard Chartered zaowocowala  wysokim grantem na EAP. Biorac pod uwage jak biedny jest to kraj, efekty robia wrazenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O samej konferencji i jak to wszystko wszystko wyglada od kuchni moze w ktoryms z kolejnych postow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Slowniczek:&lt;br /&gt;@Cam - AIESEC Cameroon&lt;br /&gt;chair - osoba prowadzaca konferencje, taki moderator czy (a fe) konferansjer.&lt;br /&gt;Growth Network [GN]- kraje czlonkowskie AIESEC podzielone sa na 6 regionow, zarzadzanych na poziomie globalnym przez dyrektorow regionalnych i rady regionalne. Te regiony to Africa, AP - Asia Pacific, CEE - Central and Eastern Europe, MENA - Middle East and North Africa, SS - Spanish Speaking, WENA - Western Europe and North America. O ile sie nie myle osobny region dla Kaukazu i Azji Centralnej nie zostal jeszcze oficjalnie zatwierdzony.&lt;br /&gt;International Congress - najwieksza doroczna konferencja organizowana przez AIESEC, grupujaca reprezentantow wszystkich krajow, gdzie AIESEC jest obecny.&lt;br /&gt;MT, DT, ET, TT - pod tymi skrotami kryja sie oznaczenia 4 rodzajow praktyk organizowanych przez AIESEC, w kolejnosci: menedzerskich, spolecznych, edukacyjnych i technicznych.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-8583439040437440788?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/8583439040437440788/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=8583439040437440788' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8583439040437440788'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8583439040437440788'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/11/aiesec-w-kamerunie_06.html' title='AIESEC w Kamerunie'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-7441191411710654343</id><published>2007-10-27T10:05:00.000-07:00</published><updated>2007-10-27T10:07:03.853-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='praca'/><title type='text'>Pierwszy projekt</title><content type='html'>(troszke mi sie ten post przelezal... ale nie stracil nic na aktualnosci :))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po dobrych trzech tygodniach platnego obijania sie w biurze zostalem w koncu przydzielony do projektu. Projektu, dodajmy, dosc nietypowego jak na moja firme, bo nie majacego wiele wspolnego ze statutowym audytem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, ze Kamerun jest krajem posiadajacym zloza ropy naftowej i gazu ziemnego, ulokowane glownie na szelfie na granicy z Nigeria. Oczywiscie, jako kraj rozwijajacy sie, nie ma ani funduszy, ani odpowiednich specjalistow, by na wlasna reke prowadzic drogie badania geologiczne, nie mowiac juz o rozpoczeciu wydobycia. W zwiazku z tym do udzialu w korzystaniu ze zloz zaproszone zostaly miedzynarodowe koncerny naftowe. Zalozony zostal rowniez narodowy koncern SNH dzierzacy monopol na przydzielanie licencji i zezwolen na prace eksploracyjne i wydobywcze. Lokalne oddzialy globalnych potentatow zakladaja z SNH spolki joint-venture, okreslajac w umowach zalozycielskich jaki procent wydobytej ropy zostanie przyznany SNH, a jaki zasili magazyny zachodnich kapitalistow oraz jakie koszty beda ponoszone wspolnie i w jakich proporcjach. SNH na dobra sprawe nie bierze bezposredniego udzialu w absolutnie zadnych dzialaniach operacyjnych, ot, dostaje raz na jakis czas odpowiednia ilosc ropy oraz faktury kwartalne z podsumowanymi wydatkami do pokrycia. Wychodzi na tym wcale niezle, bo otrzymuje ok. 60% wydobytej ropy i ponosi ok. 40% kosztow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Egzekucja takiej umowy wymaga od SNH przeprowadzania czestych kontroli, bo nietrudno sobie wyobrazic, ze udzial ropy zostajacej w Kamerunie moglby zaczac niebezpiecznie sie obnizac albo ze wsrod wydatkow do refundacji znalazlyby sie koszty wydobycia z Brazylii czy Norwegii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naszym zadaniem na projekcie bylo przeprowadzenie wlasnie cost control w lokalnym oddziale jednego z globalnych koncernow, aby upewnic sie, ze koszty w ktorych partycypuje SNH nie sa napompowane. Tyle formalnie, w praktyce oznaczalo to tyle, ze cos znalezc trzeba, zeby odpracowac nasze wynagrodzenie [ktore swoja droga jakies wysokie nie bylo] z odpowiednio duza nawiazka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Glowna trudnoscia od poczatku byl konflikt interesow miedzy nami, a firma w ktorej robilismy kontrole. My oczywiscie chcielismy jak najszybciej dostac wszystkie potrzebne dokumenty, przejrzec je i przerachowac, zweryfikowac i pogrupowac, a nastepnie znalezc dziure w [nie takim znowu] calym. Nasza petrofirma, zdajac sobie sprawe, ze mamy tylko 5 tygodni [na tyle bowiem opiewal nasz kontrakt], starala sie opozniac dostarczanie dokumentow, dawala nam albo dane sumaryczne, z ktorych niewiele mozna bylo wyczytac o rzeczywistej naturze kosztow, albo przeciwnie, zalewala nas drobiazgami, zmuszajac do Excelowej kreciej roboty przy podsumowaniach i porownaniach... Absolutnym hitem bylo dla mnie, gdy okazalo sie, ze firma nie ma listy posiadanych aktywow. Nie ma i juz. Jak naliczaja amortyzacje? Maja sumaryczne dane kwartalne na temat zakupow poszczegolnych rodzajow dobr [np. "wyposazenie techniczne zwiazane z wydobyciem"] i takimi grupami wlasnie naliczaja co 3 miesiace odpowiednie odpisy. No dobrze, ale co jesli chcemy sprawdzic, czy te wydatki rzeczywiscie poniesione zostaly na dobra odpowiadajace nazwom grup? No tak, przeciez zawsze mozemy przejrzec i podsumowac faktury...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym niemniej to byla trudnosc, z ktorej zdawalismy sobie sprawe od poczatku, bo nasza firma przeprowadzila juz podobna kontrole w zeszlym roku. Gorzej, ze po drodze wylonily sie dodatkowe problemy. Krotkie wprowadzenie: struktura zespolu projektowego wyglada w CAC tak, ze jest partner odpowiedzialny za projekt, ktory jednak ma w nim znikomy udzial, jego zadaniem jest jedynie upewnianie sie, ze wszystko gra. Partnerow w CAC jest tylko 2, wiec i nie dziwi, ze nie poswiecaja zbyt wiele czasu poszczegolnym zleceniom. Nastepnie mamy menedzera, ktory zarzadza projektem. To on najczesciej rozmawia z klientem, nadaje generalny kierunek pracom oraz doradza gdy pojawiaja sie problemy. Wiekszosc pracy operacyjnej wykonywana jest przez seniora, ktory koordynuje prace juniorow, i samych juniorow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przypadku naszego projektu bylo troche inaczej. Po pierwsze, juniorami w naszym projekcie byl Eugene, praktykant zrekrutowany w lutym, i ja, zupelny swiezak. Po drugie, nie mielismy formalnego seniora. W tej roli wystepowal Felix, junior pracujacy w firmie juz od dwoch lat, z doswiadczeniem w branzy paliwowej [z wyksztalcenia inzynier, pracowal na platformach m.in. w Norwegii i Stanach], ktory byl juz na podobnych projektach. Felix wkrotce awansuje i bedzie seniorem, co nie zmienia faktu, ze po raz pierwszy mial koordynowac prace innych osob. Gorzej (i to jest po trzecie), ze mniej wiecej po tygodniu dowiedzielismy sie, ze nasz menedzer odchodzi za kilka dni z firmy. A to oznaczalo, ze nasz [jeszcze nie do konca] senior bedzie musial wystepowac takze w roli menedzera. I to menedzera-seniora zarzadzajacego [jeszcze nie do konca] juniorami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Efekty tego byly dwa. Raz, ilosc pracy na glowe znaczaco wzrosla. I to nie tylko dlatego, ze bylo nas mniej, ale tez dlatego, ze Felix, chcac sie wykazac na swoim pierwszym zleceniu w tak odpowiedzialnej roli, postanowil, ze zrobimy troche rzeczy spoza uzgodnionego na poczatku z klientem zakresu pracy. Dwa, Felix moze i byl na podobnym projekcie rok wczesniej jako junior, ale czasem czuc bylo, ze nie do konca ogarnia, co i jak powinno zostac zrobione. Bywalo wiec, ze robilismy rzeczy nie do konca sensowne, troche na zasadzie 'to Wy to zrobcie, a ja w tym czasie pomysle, czym naprawde powinnismy sie zajac'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowujac te przydlugie rozwazania: pracowalismy od poniedzialku do piatku od 8 do 22 - 23, plus w weekendy (tak, w niedziele tez) po 4 do 8 godzin dziennie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesli chodzi o konkretne zadania, to dosc szybko okazalo sie, ze jestem lokalnym demonem Excela. Stanowilo to dla mnie zaskoczenie o tyle, ze glowna roznica miedzy wiedza moja a kolegow bylo to, ze wiedzialem do czego sluzy funkcja Help i nie omieszkalem z niej korzystac. W sumie nawet fajnie sie zlozylo, bo dostawalem rozne zadania zwiazane z prosta analiza danych, wyszukiwaniem informacji itp, dzieki temu podszkolilem sie troche z uzywania tabel przestawnych i roznych nie do konca typowych funkcji Excela. Nie byly to na pewno zadne intelektualne Himalaje, ale calkiem przyjemna robota, ktora pozwolila mi sporo dowiedziec sie o tym, jak funkcjonuja finanse w firmie opierajacej swoje planowanie na centrach kosztow. Poza tym poznalem przemysl paliwowy po stronie upstream, czyli od wydobycia do eksportu. Szczegolnie interesujace byly rozmowy z Felixem, ktory bardzo dobrze zna angielski (zrobil dyplomy z civil engineering i industrial engineering w Stanach, potem, tak jak wspomnialem, pracowal dla Schlumberger w roznych zakatkach swiata), a przy tym opowiada duzo i barwnie. Abstrahujac od wgladu w techniczne, polityczne i komercyjne aspekty wydobycia, zyskalem tez wiedze o jego nastawieniu do sypiania z kobietami w roznych czesciach swiata ('Jesli tego nie zrobisz, potem bedziesz zalowal') oraz poznalem liste krajow oflagowanych 'tasted'. Robi wrazenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka sielanka wsrod arkuszy i formul skonczyla sie jednak po trzech tygodniach, gdy przyszedl czas vouchowania. Pod tym byc moze ciekawie dla Was brzmiacym terminem kryja sie... fakturki! Tak jest, nietypowosc tego projektu polegala takze na tym, ze bite dwa tygodnie musielismy przegladac faktury wystawione na kwoty powyzej naszego poziomu istotnosci, spisywac dane takie jak data wystawienia, kwota, dostawca... hrrrmpff... szszsz... hrrrmpfff... szszsz. Celem tego jakze pasjonujacego etapu naszej pracy bylo znalezienie kosztow, ktore nie powinny zostac uznane za zwiazane z dzialalnoscia spolki joint-venture. Felix od razu zapowiedzial nam, ze w wiekszosci przypadkow taka praca nie konczy sie znalezieniem niczego istotnego, ale ma nadzieje, ze nam akurat sie uda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poniewaz etap ten jest bardzo czasochlonny, a Felix mial sporo roboty na wyzszym szczeblu, wiec na ten czas zeslany do nas zostal Romuald, kolejny tegoroczny narybek firmy. I tak oto nasza trojka wyrobnikow przychodzila co rano do pracy o 8 i do 22 zanurzala sie w swiecie wynajmowanych samolotow i statkow, odwiertow, instalacji, konsultantow przylatujacych ze Stanow itp. Gdy o tym czytacie, to pewnie w glowie sam kreuje sie obraz mordegi galernikow popedzanych przez tego, ktory juz przez to przeszedl i za zadne skarby nie chce wrocic pod poklad... Ale powiem Wam, ze bylo calkiem fajnie. Jest to wrazenie totalnie irracjonalne, ale po prostu sporo frajdy sprawialo mi takie niemal bezmyslne zajecie, ktore jednak wymaga na tyle duzo koncentracji, by czlowiek nie myslal o tej calej masie mniej i bardziej istotnych rzeczy, ktore nie pozwalaja umyslowi odpoczac gdy naprawde sie nic nie robi. Taka mniej efektowna odmiana medytacji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A najlepsze bylo to, ze to bezmyslne vouchowanie, wbrew temu co zapowiadal Felix, okazalo sie calkiem efektywne. Nasza petrofirma probowala obciazyc SNH m.in. kosztami swojego audytu wewnetrznego, audytu zwiazanego z Sarbanes-Oxley, a nawet... zwrotem podatku dochodowego zaplaconego przez jednego z inzynierow w jego ojczystym kraju. Uzbieralo sie tego lacznie chyba z milion dolcow. Przedstawiciele SNH byli ponoc bardzo zadowoleni... mimo, ze dla nich milion z te czy we wte to drobiazg, bo firma przynosi dochod na czysto o zupelnie innej ilosci zer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec, troche w charakterze zapowiedzi jednego z kolejnych postow: troche sie zdziwilem, gdy robiac podsumowania naszej pracy (pamietajcie - demon Excela) odkrylem, ze sam przerobilem ponad 60% faktur, znalazlem 90% blednie naliczonych kosztow i zrobilem zdecydowana wiekszosc tego, co sie znalazlo w finalnym raporcie. Uwaga, nie chwale sie. Dlaczego tak sie stalo, dowiecie sie... jak mi sie znow zbierze na pisanie o pracy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-7441191411710654343?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/7441191411710654343/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=7441191411710654343' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/7441191411710654343'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/7441191411710654343'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/10/pierwszy-projekt.html' title='Pierwszy projekt'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-4988236330285242117</id><published>2007-09-30T06:46:00.000-07:00</published><updated>2007-09-30T08:43:06.674-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ludzie'/><title type='text'>Dwoje ludzi ktorych znam</title><content type='html'>Erika ma 21 lat. Prostytuuje sie od 1,5 roku. Do klubu, w ktorym rozmawiamy, przychodzi 3 razy w tygodniu - wystarczajaco czesto, by nie czuc za kazdym razem przymusu, by znalezc klienta. Pewnie dlatego w przeciwienstwie do wiekszosci nagabujacych mnie dziewczyn nie zraza sie, gdy zaraz na poczatku zasatrzegam, ze nie interesuje mnie platny seks. Do Douali przyjechala, gdyz - jak mowi - to miasto mozliwosci. Zaczela studiowac marketing, ale wkrotce koniecznosc oplacenia czesnego i koszty zycia w miescie zmusily ja do podjecia pracy w sklepie. Harowala od rana do 2 w nocy za 40 tysiecy miesiecznie, co ledwie wystarczalo na oplacenie mieszkania i skromne wyzywienie. Wtedy po raz pierwszy wyszla z klubu z nieznajomym... i jakos sie potoczylo. Poczatkowo nie chce powiedziec, ile bierze za noc z klientem, kluczy, mowi, ze bierze tyle, ile klient ma ochote zaplacic. Chyba wciaz ludzi sie, ze i ja skusze sie na jej uslugi, wiec po co z gory mialbym wiedziec zbyt wiele. W koncu zdradza, ze pracuje 3 do 5 nocy w miesiacu, co daje jej lacznie okolo 100 tysiecy frankow. To sporo jak na Douale, ale jej plynny angielski zapewne pozwala jej wybierac lepszych klientow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy mowie, ze jestem z Polski, wpada w stan radosnego podniecenia i uspokaja sie dopiero po dobrych dwoch minutach. Twierdzi, ze miala kilku klientow-Polakow, marynarzy ze statkow przybijajacych do Douali, bardzo mili i uprzejmi ludzie. Jednemu z nich przypadla do gustu na tyle, ze wynajal jej mieszkanie i oplacal je przez ponad pol roku. Do Kamerunu przyplywal srednio co dwa miesiace i wtedy sie widywali. Niestety, potem kontakt sie urwal, jednak widac, ze Erika wciaz wspomina ten okres z rozrzewnieniem. Przyjmuje jej historie z niedowierzaniem, ale gdy z wyrazna trudnoscia wymienia imiona takie jak Piotr i Tadeusz, przekonuje sie. Nawet to, ze Erika mowi o nich jako o dzentelemenach, pasuje do moich przekonan dotyczacych rodakow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytam, czy zna jakies slowa po polsku.&lt;br /&gt;"Kurwo". "Szmato". Wlasnie w takiej formie. W wolaczu. Czar pryska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daniel jest niewysokim, szpakowatym blondynem kolo trzydziestki. Mowi krotkimi, szybko wypowiadanymi zdaniami. O karierze w US Army marzyl od dziecinstwa. Przed nim w wojsku byli jego ojciec i wujek, ale tylko jako poborowi w Wietnamie, wiec nie ma mowy o silnych zolnierskich wplywach w rodzinie. Swoja decyzje motywuje raczej czyms na ksztalt niemal religijnego powolania, choc zastrzega, ze zdaje sobie sprawe jak patetycznie to brzmi. W przyszlym roku minie 10 lat od kiedy sie zaciagnal. Zartuje, ze w US Army takie rocznice obchodzi sie przyjemniej niz gdzie indziej, gdyz automatycznie lacza sie one z lepszym uposazeniem i bonusami emerytalnymi. Byl w Afganistanie w 2002 roku, pozniej dowodzil patrolami w Iraku. Zapytany, czy bycie pod ostrzalem zmienilo jego podejscie do zycia, waha sie przed udzieleniem odpowiedzi. W koncu przyznaje, ze dla wielu jego znajomych wojna byla koszmarem, ze nigdy nie zdecydowaliby sie na powrot. Z lekkim ociaganiem, jakby niepewny mojej reakcji, mowi, ze osobiscie wrocilby do Iraku bez zastanowienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, ze spotkalismy sie w domu wicekonsula USA w Douali, jest zbiegiem okolicznosci. Organizuje tu wraz z Matthew, kanadyjskim CEEDerem, moja impreze urodzinowa, a Daniel przyszedl, bo nie bardzo ma sie gdzie podziac. Powinien byc w drodze do Wybrzeza Kosci Sloniowej z miedzyladowaniem w Nigerii, ale w ostatniej chwili okazalo sie, ze do przesiadki w najludniejszym afrykanskim kraju potrzebna mu jest wiza. Oczywiscie wymaganie to nie dotyczy wszystkich, obywatele wiekszosci panstw swiata moga w czasie lotow z przesiadka w Lagos czy Abudzy spedzic do 24 godzin na lotnisku bez wizy pod warunkiem, ze nie opuszcza terminalu. Wlasciwie, to przywilej ten obejmuje obywateli wszystkich panstw swiata. Wszystkich... oprocz USA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daniel opowiada jak wyglada sciezka kariery w wojsku dla osob, tak jak on, zainteresowanych stanowiskami na styku wojska, wywiadu i dyplomacji. O specjalizacji nie decyduje sie od razu, trzeba najpierw przez kilka lat zakosztowac standardowego zolnierskiego zycia. Potem przychodzi czas na decyzje - ktory region swiata? Pierwszym wyborem Daniela byla Afryka, drugim Europa, a konkretnie Polska. Daniel twierdzi, ze powodem wyboru naszego kraju bylo autentyczne zainteresowanie, zreszta pochodzi z Chcago, wiec z naszymi rodakami mial juz nie raz stycznosc. Osobiscie mysle, ze dodatkowym powodem byl fakt, ze osoba na stanowisku attache wojskowego w wiekszosci pozostalych panstw Starego Kontynentu musialaby sie liczyc z raczej chlodnym przyjeciem przez miejscowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobrze, ale dlaczego Afryka jako pierwszy wybor? Daniel mowi, ze to dlatego, ze nikt inny nie chce tu pracowac, dzieki czemu jego kariera ma szanse szybciej sie rozwinac. Wyjasnia, ze przykladowo w Kamerunie attache wojskowym jest major i jest to jedyny kraj w swiecie, gdzie te pozycje zajmuje osoba o tak niskiej szarzy. Aby objac podobne stanowisko w Polsce, trzeba by byc pulkownikiem, a major to mu moze co najwyzej kawe parzyc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przydzieleniu regionu przychodzi czas na szkolenia i nauke jezykow. O ile w Europie lista jezykow do wyboru jest bardzo obszerna, o tyle w Afryce problemow z decyzja nie bedzie mial nikt. Francuski i tyle. Wymieniamy sie opiniami o jezyku Moliera i Balzaka. Zdaniem Daniela francuski to po prostu angielski na poziomie college'u, tylko wymowa jest troche pokrecona. Mam niejasne wrazenie, ze historycznie rzecz biorac to raczej angielski jest takim pidgin francuskim, ale nie czuje potrzeby podzielenia sie moim zdaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po szkoleniach czesc najprzyjemniejsza, czyli rok wakacji na wybranym kontynencie oplacanych ze srodkow US Army. Daniel jest wlasnie na tym etapie swojej kariery. Z tego co zrozumialem nie postawiono przed nim zadnych konkretnych celow, ma po prostu odwiedzic kraje regionu i dowiedziec sie jak najwiecej o ich kulturze, ustroju i sytuacji politycznej. Zadaniem Daniela przez kolejnych kilka lat bedzie po prostu duzo wiedziec, aby w razie potrzeby moc szybko wyrazic trafna opinie na temat biezacych wydarzen w regionie. Wiele zalezy od tego, na ile efektywnie wykorzysta ten okres, wiec nie dziwi mnie jego irytacja obecnym problemem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co potem? Prawdopodobnie zacznie prace przy sztabie US Army na Afryke, ktory - co ciekawe - od kiedy zostal utworzony rezyduje w Europie. Obecnie trwaja przygotowania do przeniesienia go na Czarny Lad, problemem jest jednak wybor miejsca. Gospodarzem powinien byc kraj o w miare ustabilizowanej sytuacji politycznej, najlepiej anglojezyczny. Rzecz w tym, ze jesli juz jakis kraj spelnia te warunki, to prawdopodobnie jest lokalnym mocarstwem, ktore wcale nie pali sie do goszczenia sztabu obcego panstwa. Tak jest na przyklad w przypadku Nigerii i RPA. Tanzania i Kenia po zamachach bombowych na ambasady USA w drugiej polowie lat 90. nie ciesza sie wystarczajaco duzym zaufaniem Amerykanow. Jakby tego bylo malo, do konca dekady ma zakonczyc sie proces tworzenia panstwa zwiazkowego zlozonego z tych dwoch krajow oraz Rwandy, Ugandy i Burundi, co uczyni taka wschodnioafrykanska federacje kolejnym lokalnym mocarstwem z podobnymi implikacjami jak w przypadku dwoch poprzednich kandydatow. Prawdopodobnie wybor padnie wiec na Etiopie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli zbierajacy sie goscie zmuszaja mnie do podjecia roli gospodarza, wiec konczymy niestety nasza konwersacje. Daniel wkrotce znika mi z oczu, mysle, ze taka studencka impreza nie do konca jest mu w smak...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-4988236330285242117?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/4988236330285242117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=4988236330285242117' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/4988236330285242117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/4988236330285242117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/09/dwoje-ludzi-ktorych-znam.html' title='Dwoje ludzi ktorych znam'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-4555303942433729220</id><published>2007-09-06T05:40:00.000-07:00</published><updated>2007-09-06T05:43:55.641-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Historia Kamerunu'/><title type='text'>Hanno Nawigator</title><content type='html'>Czlowiek moze i wywodzi sie z Afryki, ale pismo dotarlo tutaj zdecydowanie z opoznieniem. Z tego powodu zglebianie historii Kamerunu ograniczyc sie musi niemal wylacznie do poznawania historii interakcji tubylcow z pismiennymi ludami polnocy. Na szczescie jest ona wcale interesujaca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawde nie wiemy, kto pierwszy dotarl w okolice Kamerunu droga morska. Byc moze niektorzy z Was z lekcji historii pamietaja co nieco o Wielkich Odkryciach Geograficznych, ktore staly sie mozliwe dzieki postepom w technice budowy statkow, ludziom tak meznym jak Vasco da Gama i Bartolomeo Diaz, a przede wszystkim chciwosci, ktora pchala marynarzy na poszukiwanie drogi morskiej do Indii. Okazuje sie jednak, ze rownie dalekie wyprawy podejmowano juz dobre 2 tysiace lat wczesniej. Najslynniejszym bodaj przykladem, choc jednoczesnie dosc kontrowersyjnym, jest podroz Hanno Nawigatora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hanno (z punickiego Annôn - łagodny, łaskawy) wyruszyl z Kartaginy w polowie V w.p.n.e. na czele floty 60 statkow (sic!) aby zbadac i zasiedlic zachodnie wybrzeze Afryki. Kartagina, w owym czasie niezrownana potega morska kontrolujaca handel morski na Morzu Srodziemnym i na nieodlegych terenach poza Slupami Heraklesa, liczyla na rozszerzenie swoich wplywow na zachodnim wybrzezu Afryki i zabezpieczenie drog wiodacych do rynkow zlota. Dlatego Hanno po przekroczeniu Ciesniny Gibraltarskiej zalozyl lub zasiedlil ponownie 7 kolonii na wybrzezu dzisiejszego Maroka, po czym kontynuowal swoja podroz na poludnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Relacja z tego, co tam napotkal, jest nam znana dzieki greckiemu tlumaczeniu tablic pozostawionych przez Hanno w kartaginskiej swiatyni Ba'ala Hammona, identyfikowanego przez Grekow z Chronosem. Pelen tytul tlumaczenia jest dosc dlugi: "Podroz Hanno, dowodcy kartaginskiego, wokol wybrzezy Libii poza Slupami Heraklesa, zlozona w swiatyni Chronosa", dlatego zdecydowanie czesciej uzywa sie skrotowej nazwy Periplus. Tytul jednak wspominam nie bez powodu - zwroccie uwage, ze Grecy, tlumaczac relacje, zamienili czesc nazw z orginalnych na swoje. Coz, nie jest to jedyny problem zwiazany z tlumaczeniem, ktore wiazac sie przeciez musialo, oprocz zamiany nazw, z przeliczaniem - zapewne nie zawsze starannym - jednostek wielkosci, predkosci i czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co wiecej, takze orginalny tekst Hanno daleki byl od wiernosci faktycznemu przebiegowi wyprawy. Kartagina przeszla do historii jako panstwo niezwykle zazdrosne o swoje wplywy na morzach, totez wszelkie informacje o przebiegu prowadzonych przez nich ekspedycji byly edytowane przed publikacja tak, by nie mogly byc nazbyt uzyteczne dla zeglarzy z innych krajow. Nie inaczej jest w przypadku wyprawy Hanno - czesci z zawartych w jej opisie miejsc nie udaje sie dzis polaczyc z zadnymi znanymi lokacjami. Co wiecej, sam cel wyprawy, czyli zabezpieczenie Kartaginie dostepu do rynkow zlota, nie jest w nim ani razu wspomniany. Dzieki takim staraniom z jednej strony publikowano relacje, ktora nie mogla wspomoc konkurencji zagrazajacej punickim interesom, z drugiej zas slawiono potege floty i ludzi, ktorzy podjeli sie tak niebezpiecznego przedsiewziecia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sama wyprawa musiala byc dla uczestnikom przezyciem niezwyklym. Oto na wyspie, ktora byla najdalszym punktem wyprawy Hanno, napotkali oni grupe 'wlochatych ludzi'. Mezczyzn nie udalo sie schwytac, za to pojmano 3 kobiety, te jednak zachowywaly sie tak agresywnie, ze musialy zostac zabite. Nazwa, jaka tym kobietom nadali greccy tlumacze, do dzis jest stosowana w odniesieniu do tych istot. Goryle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ilez innych takich przygod musialo stac sie udzialem Kartaginczykow?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, nie znamy polozenia owej ostatniej napotkanej wyspy. Przyjmuje sie powszechnie, ze Hanno doplynal co najmniej do dzisiejszego Senegalu, ale z powodu cenzury raportu, okreslenie dokad najdalej dotarl jest do dzis kwestia sporna. Jednym z najbardziej charakterystycznych obiektow w raporcie jest opis ogromnego wulkanu, "ognistego rydwanu bogow". Opis ten tradycyjnie identyfikuje sie albo z liczacym niecale 1000 metrow Mt. Kakulima w Gwinei...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...albo z ponad 4-tysiecznym Mount Cameroon. Czyniloby to raport Hanno najstarsza znana relacja z Kamerunu, momentem, od ktorego mozna mowic o czasach historycznych tego regionu. Choc na rzeczywiste poznawanie tego kraju i jego ludow czas przyjdzie i tak dopiero wraz z przybyciem pierwszych Portugalczykow w XV wieku. O tym nastepnym razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[Powyzszy tekst jest w zasadzie skrotem z &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hanno_the_Navigator"&gt;artykulu o Hanno&lt;/a&gt; dostepnym na wikipedii. Zainteresowanych zapraszam do zglebienia linkow wiodacych od niego do materialow zrodlowych.]&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-4555303942433729220?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/4555303942433729220/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=4555303942433729220' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/4555303942433729220'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/4555303942433729220'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/09/hanno-nawigator.html' title='Hanno Nawigator'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-904309576690424068</id><published>2007-08-28T12:24:00.000-07:00</published><updated>2007-08-28T12:28:01.089-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kamerun jako kraj'/><title type='text'>Obrazki z Afryki</title><content type='html'>Obiecalem przedstawic Wam Berta. Coz, mieszkamy razem niemal od momentu, kiedy sie tu wprowadzilem, choc biorac pod uwage, ze mnie przez wieksza czesc dnia nie ma, a i on traktuje nasze lokum bardziej jako miejsce, gdzie mozna zjesc, odpoczac i czasem spedzic noc, to jakos dobrze sie jeszcze nie poznalismy. Zreszta Bert w ogole sie nie odzywa, co mi absolutnie nie przeszkadza - wszak mialem mieszkac sam, wiec sama obecnosc wspollokatora czasem mnie nieco irytuje. W sumie to nawet bym sie zdziwil, gdyby Bert sie odezwal, bo kto to widzial gadajacego karalucha?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Karaczanow w moim mieszkaniu pojawia sie kilka, ale wiekszosc to standardowe, czarne owady o dlugosci nie przekraczajacej 3 cm. Bert jest inny. To brazowe, wielkie bydle o 5-centymetrowym korpusie, ktore od tylnych odnozy do konca czulkow mierzy lacznie z 15 centymetrow, potrafi wzbudzic respekt. Postanowilem go nie zabijac, bo i po co? Karaluchy generalnie szkodliwe nie sa, no i w przypadku wojny atomowej to im wrozy sie najpewniejsze przetrwanie. To swoiste zawieszenie broni traktuje wiec jako wyraz mojej dbalosci o istnienie zycia na Ziemi. Poza tym, czasem, gdy siedze na kanapie i patrze, jak Bert myje sobie czulki, mam poczucie jakby to byl moj zwierzak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawda ze slodkie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na ulicy czesto zaczepiaja mnie kalecy. Najczesciej sa to ofiary polio, ktore latwo rozpoznac po poskrecanych i skarlowacialych konczynach. Wiele z nich porusza sie na prowizorycznych trojkolowych rowerach z pedalami obslugiwanymi rekami. Czasem zdarzaja sie jednak osoby o innych zwyrodnieniach. W czasie wizyty w Yaounde Melisse [kolezanke z pracy] zaczepil normalnie wygladajacy czlowiek. Ona ledwie spojrzala na niego i momentalnie odwrocila sie wzburzona. Mezczyzna skierowal twarz w moja strone i wtedy zrozumialem o co chodzi. Jego prawa polowa twarzy, dotychczas niewidoczna dla mnie, zwisala luzno. Doprawdy nie wiem jak to opisac, jakby caly jego prawy profil mial na sobie dwa, trzy razy za duzo skory. Albo jakby ktos nalozyl na niego gruba warstwe jakiejs masy, ktora zaczela teraz splywac. Czolo zaslanialo oko, nos zwisal ponizej linii ust, policzek konczyl sie tuz nad obojczykiem. Nie wygladalo to na efekt zadnej choroby, mysle, ze to wrodzona przypadlosc. Nie jestem specjalista, ale mysle, ze w Europie usuniecie tych fald nie byloby ani trudne, ani drogie. Ale w Afryce?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawa rzecz - albinosow jest tutaj chyba wiecej niz bialych. Czasem trudno w pierwszym momencie odroznic, czy dana osoba to albinos, czy bardzo blady bialy, zwlaszcza w przypadku kobiet. Czasem - choc rzadko - wygladaja jak Europejczycy z zespolem Downa. W wiekszosci wypadkow jednak ich widok nie budzi skojarzen z bialymi, przykuwaja po prostu wzrok nienawykly do ich ogladania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tutejsza fauna wciaz mnie zadziwia. Po ulicach biegaja dziesiatki jaszczurek dwoch rodzajow - zielone, dlugosci meskiej dloni oraz nieco wieksze, bardziej pstrokate. W wielu krajach afrykanskich miejscowi sprzedaja je naiwnym turystom jako krokodylatka, ktore po odkarmieniu maja stac sie kilkumetrowymi potworami. Popyt jest ponoc spory.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wyszedlem przewietrzyc sie troche w czasie nocnej imprezy weselnej w Yaounde, moj wzrok przyciagnal spory jak na europejskie standardy nietoperz. Nie zeby bylo to jakies zaskoczenie, bo nie byl to tez wcale rzadki widok w Kirgistanie. Zaczalem go jednak obserwowac i gdy krazyl wokol latarni zawieszonej na budynku, zauwazylem, ze jest z nim cos nie tak. To cma! Cma o skrzydlach wielkosci ludzkich dloni... Prawdziwego nietoperza zobaczylem nastepnego wieczoru, juz na mojej ulicy. Zreszta jego tez poczatkowo wzialem za ptaka, bo nie spodziewalbym sie ujrzec nietoperza o ponad metrowej rozpietosci skrzydel. Specyficzny, lamany tor lotu i skrzydla zagiete w dwoch miejscach nie pozostawialy jednak watpliwosci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co jakis czas budynek, gdzie siedzibe ma moja firma [jeden z najwyzszych w Douali], odwiedzany jest przez kilka jastrzebi. Przelatuja z duza predkoscia wzdluz okien, czasem laduja na metalowych kratach umieszczonych nad kazdym pietrem, ale tylko na krotka chwile, ledwie wystarczajaca, by wyznaczyc sobie nowy cel. Komunikuja sie glosnymi, przeciaglymi skrzekami, ktorych pierwsza czesc jest wznoszaca, potem nastepuje krotka przerwa i czesc druga, opadajaca. Piekne ptaki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hotel w Yaounde. Telefon w moim pokoju. Wiekowy to malo powiedziane. Klasyczny, rzeklbym. Nawet nie sprawdzilem czy dziala.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klub zorganizowany w bylym kinie - hall przerobiony na czesc pubowa, widownia zmieniona w parkiet i bar. Wchodzimy we trzech do pierwszej czesci, wielkiej, dwupoziomowej sali z drewnianymi balustradami, ktora kiedys, dawno, z pewnoscia uchodzila za szczyt elegancji, i zaczynamy grac w bilard na zmiane. Gdy akurat nie gram, ide obejrzec czesc klubowa. Ledwie przekraczam prog, a juz kilkanascie dziewczat oglada sie na mnie, kilka rusza szybkim krokiem w moja strone. Jeszcze nie zdazylem sie obrocic, a jedna juz mnie obejmuje, probujac sklonic mnie ruchami bioder do tanca. Delikatnie ja odpycham i robie krok w kierunku drzwi, ale tam kolejna, wchodzaca dziewczyna rzuca mi sie z ramionami na szyje. Jakos sie wyslizguje i niemal wybiegam do hallu. Koledzy smieja sie z mojego szybkiego powrotu, a gdy pytam o co chodzi, mowia, ze to klub, gdzie przyjezdzaja wszyscy marynarze z cumujacych w Douali statkow. Dopiero teraz rozgladam sie dokladniej - faktycznie, nawet w tej czesci w ktorej sie znajdujemy, niemal wszyscy goscie to albo kuso ubrane kobiety, albo azjaci lub biali. W klubie nie ma prawdopodobnie ani jednej dziewczyny, ktora nie bylaby prostytutka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele osob, gdy dowiaduje sie, ze jestem z Polski, wspomina mecz miedzy naszymi reprezentacjami pilki noznej z mistrzostw swiata w Hiszpanii w 1982 roku. Kto z Was wie, jaki byl wtedy wynik? Pewnie nikt, podobnie zreszta jak nikt nie pamieta, ze taki mecz w ogole mial miejsce. A tutaj ludzie pamietaja, ze bylo 0:0, dziwia sie, gdy mowie, ze Polska byla wowczas trzecia na mistrzostwach, pytaja co tam u Bonka slychac, czym sie teraz zajmuje. Karol Wojtyla, Lech Walesa i Zbigniew Boniek - oto co Polska mowi statystycznemu Kamerunczykowi. No, moze z tym Walesa to troche przesadzam. Za to podobnie jak w Kirgistanie co jakis czas ktos dworuje sobie z tego, ze naszym panstwem rzadza blizniaki. Dowcipnisie z kraju rzadzonego od 26 lat przez tego samego prezydenta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kamerunie nikt nie zlomuje samochodow, dlatego zarowno w miastach, jak i przy trasach czesto mozna napotkac opuszczone wraki. Stoja na poboczach, w krzakach, miedzy domami, doszczetnie ograbione ze wszelkich czesci, ktore mogly sie jeszcze do czegos przydac. Ziejace otworami po lampach, poobijane nadwozia koroduja i zarastaja, stajac sie czescia krajobrazu. W Dschang, na tylach dworca autobusowego wrakow stoi kilkanascie, o tej porze roku na wpol utopionych w blocie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pralka jest rzadkim luksusem w Kamerunie, i to rzadkim do tego stopnia, ze ani moje mieszkanie, ani mieszkania innych konsultantow nie sa w nia wyposazone. Wiekszosc rzeczy pierze sie recznie, a garnitury, koszule czy koldry zanosi sie do jednej z licznych zarowno w Douali, jak i Yaounde pralni. Koszt nie jest maly - w pressing house niedaleko mnie wypranie kazdej koszuli to wydatek 900 CAF.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle moich luznych spostrzezen z codziennego zycia w Douali. Mam nadzieje, ze lektura tego posta pomoze Wam poczuc klimat tego miejsca bardziej, niz opisy moich perypetii.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-904309576690424068?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/904309576690424068/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=904309576690424068' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/904309576690424068'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/904309576690424068'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/obrazki-z-afryki.html' title='Obrazki z Afryki'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-6967324247672383513</id><published>2007-08-17T07:05:00.000-07:00</published><updated>2007-08-17T07:07:57.295-07:00</updated><title type='text'>Fotki</title><content type='html'>Na cameroon.bmajewski.com pojawily sie pierwsze galerie ze zdjeciami. Milego przegladania :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-6967324247672383513?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/6967324247672383513/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=6967324247672383513' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6967324247672383513'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6967324247672383513'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/fotki.html' title='Fotki'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-6876242891107671797</id><published>2007-08-15T11:08:00.000-07:00</published><updated>2007-08-15T11:15:11.608-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Moje perypetie'/><title type='text'>Festiwal w Bamendou Un</title><content type='html'>Ostatni weekend spedzilem na wiejskim festiwalu w miejscowosci Bamendou Un, na ktory zaprosil mnie Bernis, tutejszy MCVP Finance. Festiwal zaczynal sie w sobote rano, wiec w piatek po pracy i malym drinku u mnie dla osob z firmy, w czasie ktorego kilka osob podzielilo sie ze mna refleksja, ze na moim miejscu nigdzie by sie noca nie wybierali, przebralem sie, spakowalem i okolo 10 wieczorem wyszedlem z domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaraz na pierwszym skrzyzowaniu kierowca przejezdzajacego auta na moj widok opuszcza szybe i, mimo ze jego samochod nie wygladal na taksowke, pyta gdzie chce jechac. Jakos bardzo mnie to nie zaskoczylo, odpowiadam wiec pospiesznie, ze wybieram sie na dworzec autobusowy. 2500 frankow. Nie ma szans, specjalnie dowiadywalem sie wczesniej u Bernisa, ile powinienem zaplacic za transport na dworzec i nie powinno to byc wiecej niz 500. No to kierowca, ze za 1000 moze mnie zawiezc do punktu przesiadkowego, gdzie znajde taksowke dalej. Powtarzam wiec moja cene, a widzac, ze za nim zatrzymuje sie kolejne auto, juz mam machnac na niego reka, gdy rzuca, ze podwiezie mnie za darmo. Nieufny, ale skuszony oferta wsiadam i ruszamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kierowca nazywa sie Caesar i zarabia na zycie pracujac jako nietypowy taksowkarz. Nietypowy, bo nie jezdzi zolta Toyota probujac zlapac przypadkowych ludzi w najbardziej uczeszczanych punktach. Specjalizuje sie w turystach, marynarzach i innych obcokrajowcach przybywajacych do Kamerunu, najczesciej zawierajac z nimi niepisane umowy, ze np przez 2 miesiace bedzie ich podwozil do i z pracy. Podwiezienie mnie traktuje chyba troche jak inwestycje, bo pod koniec wspolnej podrozy wymusza na mnie zapisanie swojego numeru. Tak na wszelki wypadek, gdybym kiedys potrzebowal taksowki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co prawda nie podwozi mnie do samego dworca, a jedynie do punktu, gdzie bezczynnie oczekuje na klientow grupa motocyklistow, ale za to pomoga mi wytlumaczyc, dokad zmierzam, i wynegocjowac cene. Okazuje sie, ze dotarcie na dworzec bedzie nieco bardziej zawile niz myslalem. Motocyklista zawozi mnie tylko do kolejnego punktu przesiadkowego, skad dopiero lapie taksowke do Gare Routiere. Jadac przez zaciemniona Douale pomyslalem, ze na dobra sprawe nie mam zielonego pojecia, czy jedziemy tam gdzie trzeba. I ze gdyby tylko kierowca zechcial, moglby mnie wywiezc w jakis ciemny zaulek, a tam okrasc, zgwalcic i zabic, w dowolnej kolejnosci. Nic takiego sie oczywiscie nie dzieje, a po mniej wiecej 20 minutach jazdy wysiadam w okolicach dworca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Slowem wyjasnienia - nie jest to ten sam dworzec, co ten, z ktorego jechalem do Yaounde. W zasadzie w ogole ciezko to nazwac dworcem. Ot, w pewnym momencie po obu stronach drogi pojawiaja sie autobusy i busiki nalezace do roznych firm i zmierzajace do roznych miejscowosci. Kierowca, wiedzac, ze jade do Dschang, zostawia mnie przed odpowiednia firma, wiec po krotkich [nieudanych] negocjacjach i oplaceniu 4000 frankow moge wsiasc do wlasciwego busa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bus jest zniszczony, wokol mrok, a ludzie patrza na mnie troche nieufnie, wiec nie czuje sie zbyt pewnie. Jednak kiedy siada obok mnie mezczyzna w muzulmanskiej czapeczce, od razu sie uspokajam. To efekt wspomnien z Kirgistanu - praktykujacy muzulmanie, ktorych tam spotkalem, zawsze byli bardzo otwartymi i uprzejmymi ludzmi. To tak a propos stereotypow, ktorych mozna sie pozbyc w czasie zagranicznej praktyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemal wszystkie miejsca sa juz zajete, ale przez dobre pol godziny nie ruszamy, wiec zaczynam sie nieco niecierpliwic. Pytam mojego sasiada, kiedy wyjedziemy i otrzymuje odpowiedz, jakiej powinienem sie spodziewac po lekturze 'Hebana' Kapuscinskiego. Gdy zbiora sie ludzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miedzyczasie ludzie zaczynaja do mnie zagadywac, pytaja, skad jestem, co robie w Kamerunie, dokad jade... Gdy tlumacze, ze jade na festiwal do Bamendou, jedna z pasazerek oferuje, ze pojedzie ze mna. Nie, nie oferuje. Stwierdza. Pojedzie ze mna zobaczyc festiwal, a ja oplace jej podroz. Udaje ze nie rozumiem. Inna zaczyna domagac sie, bym kupil jej wode. Moj francuski wlasnie stal sie na tyle ubogi, bym zrozumial, ze to ona oferuje mi wode. Grzecznie, choc bardzo niepoprawnie gramatycznie odpowiadam, ze nie chce mi sie pic. Po kilku nieudanych probach wytlumaczenia mi o co jej naprawde chodzi, wspolpasazerka sama wychodzi z autokaru i idzie ugasic pragnienie na wlasny koszt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W trasie musimy sie kilka razy zatrzymac na roznych punktach kontrolnych. Zawsze, gdy tylko bus zaczyna zwalniac, natychmiast otacza nas grupa przydroznych sprzedawcow pomaranczy, mandarynek, orzeszkow ziemnych i innych specjalow. Krzycza, bija w szyby, dobijaja targow. Jesli ktos nie ma drobnych, biora banknoty i znikaja w ciemnosci, by po chwili pojawic sie z reszta. Nie oszukuja, a przeciez wystarczyloby wziac zaplate i zniknac - nikt nie wysiadlby z autobusu, zeby ich gonic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakies pol godziny przed dotarciem do Dschang zatrzymujemy sie na dluzej. Cala jezdnia zablokowana jest pojazdami, w wiekszosci nalezacymi do firm przewozowych, na ulicy pelno jest ludzi, handluja, rozmawiaja, zalatwiaja swoje potrzeby. Jest moze 5. rano, ale ruch na tym prowizorycznym targowisku jest ogromny. Przeciskam sie miedzy pojazdami, a gdy probuje dowiedziec sie, co ma do sprzedania jedna z przekupek, z pomoca mojemu ubogiemu francuskiemu przychodzi anglojezyczny wspolpasazer. Po dobiciu targu [m.in. zmielone orzeszki ziemne zawiniete w torebki z lisci i woda w plastikowym woreczku] zagaduje mojego tlumacza o cel wizyty w Dschang. Jedzie pochowac babcie, palcem wskazuje mi drewniana trumne przytroczona wraz z bagazami innych podroznych do dachu busa. Mowie, ze przykro mi z powodu jej smierci, na co on odpowiada 'No sorry. Congratulations!'. Babcia zyla prawie 100 lat, czas juz byl na nia najwyzszy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Dschang jestesmy o swicie, miasto dopiero budzi sie do zycia. Nie musze sie spieszyc do Bamendou, jestem zreszta pewien, ze tam jeszcze wszyscy spia. Na sniadanie kupuje sobie jakas zielona papke z duza kluska jako zagryzka - jedzenie jest ostre, ale da sie wytrzymac. Przechadzam sie troche po miescie, robie kilka zdjec. Gdy ide poboczem, przejezdzajacy bus zwalnia na chwile, drzwi sie otwieraja i osobnik ze srodka krzyczy 'Dokad?'. Autobus zdazyl juz zaczac przyspieszac, jakby kierowca nie wierzyl, ze moge jechac w ta sama strone co on i jego pasazerowie. 'Bamendou'. Pojazd hamuje gwaltownie, a ten, ktory zawolal mnie wczesniej, krzyczy do mnie cene. 500 frankow brzmi rozsadnie, wsiadam wiec i ruszamy dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bamendou jest wioska o burzliwej historii. Kilkadziesiat lat temu wybuchl tutaj bunt przeciw rzadzacego wowczas rezimowi, co skonczylo sie otoczeniem wioski przez wojsko i fala przemocy. Wojsko wyznaczylo dwa obszary na terenie wsi, gdzie mogli przebywac ludzie. Kazdy, kto znalazl sie poza nimi, byl uznawany za jednego z bojownikow i zabijany na miejscu. Rodziny, ktore nie opuscily swoich domow, zginely w calosci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do rozpoczecia festiwalu wciaz zostalo sporo czasu, wiec urzadzam sobie spacer po centralnej czesci wioski. Bardzo rzadko zdarza sie, zeby jakis bialy tu zawital, dlatego mieszkancy przygladaja mi sie z ciekawoscia. Najczesciej napotykajac moj wzrok usmiechaja sie i pozdrawiaja mnie, odpowiadaja tez na moje usmiechy, wiec nie przeszkadza mi to zbytnio. Wiekszosc z nich chetnie pozuje do zdjec, zwlaszcza, ze wszyscy sa zaszokowani obrazem pojawiajacym sie niemal natychmiast na ekranie aparatu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wokol tyle jest dzieci! Maluchy stanowia mniej wiecej polowe osob, ktore widze. Bose, w wiekszosci ubrane w byle jakie lachy, jedynie niektore maja na sobie stroje ludowe - zapewne z powodu festiwalu. Wszystie sa mizernej postury, wiele ma wzdete brzuszki... Niektore maja na policzkach plytkie naciecia, czasem w ksztalcie pojedynczych poziomych kresek, czasem podwojnych pionowych. W wiekszosci przypadkow takie naciecia maja sluzyc ochronie przed zlymi zakleciami i duchami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiara w magie jest tu wciaz bardzo rozpowszechniona, a naciecia na twarzach stanowia tylko jeden jej aspekt. W poludnie nie wchodzi sie do tej czesci lasu, gdzie znajduje sie ujecie wody, bo wtedy grasuja tam duchy. Przed rozpoczeciem festiwalu zawsze oplaca sie szamana, aby zapewnic sobie dobra pogode. Szamanow jest w okolicznych wioskach kilku, a do ochrony wybiera sie tylko jednego, wiec natychmiast po jego wyborze inni zaczynaja rzucac zaklecia majace wywolac deszcz. Jezeli deszcz faktycznie spadnie, tegoroczny szaman najprawdopodobniej zostanie za rok zmieniony przez jednego z rywali. Przy drogach i sciezkach co jakis czas napotyka sie male domki z cegiel - miejsca, gdzie sklada sie dary bostwom, aby zapewnic sobie ich przychylnosc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuz przed festiwalem spotkalem sie z innymi praktykantami AIESEC, ktorzy przyjechali na uroczystosc. Matthiew to CEEDer [AIESECowiec na wymianie wewnetrznej w innym komitecie] z Kanady, ktory przyjechal na 4 miesiace do Kamerunu, Monique to Meksykanka na praktyce wolontariackiej w NGO, Lilliane to pol-Niemka, pol-Tajwanka, rowniez wolontariuszka w NGO - obie pracuja w Buea, w anglojezycznej czesci Kamerunu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sam festiwal byl dosc rozczarowujacy i przypominal troche polskie festyny malomiasteczkowe. Przemowy dygnitarzy i gry dla tlumu organizowane przez ludzi przyslanych przez MTN, jeden z 2 telekomow w Kamerunie, nie zainteresowaly nikogo z nas. Jedynym jasniejszym punktem byl humorystyczny pokaz ju jitsu, w ktorym 5-letni chlopczyk rozkladal 4 razy wiekszego napastnika w pozorowanych starciach. A poza tym glosna muzyka z glosnikow, zawody w pilke nozna i reczna, wieczorem dyskoteka - zaden szok kulturowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszlismy wiec do pubu wypic piwko i pogawedzic o naszych wrazeniach z Kamerunu. I tak zszedl nam caly wieczor - rozmowy o jakosci praktyk, o zyciu tutaj, o powodach biedy w Afryce, ale tez o milosci, filmach i seksie. Bardzo otwarcie, bardzo ciekawie, wszak kazde z nas wyroslo w zupelnie innej kulturze. W pewnym momencie rozgladam sie po miejscu w ktorym siedzimy i rzucam luzno, ze takie miejsca jak to sa tak bardzo nie do opisania dla osob, ktore nigdy w nich nie byly. Zdjecia nie oddaja atmosfery takiego miejsca, a slowa? Czy jesli napisze Wam, ze siedzimy na kratach po piwie w izbie, ktora nie ma podlogi tylko ubita ziemie, ktora nie ma sufitu tylko podtrzymywany przez ladwo ociosane galezie dach z blachy falistej, a bar to budka z drewna i drucianej, pordzewialej siatki, to wybrazicie sobie to, co probuje opisac? Nawet jesli dodam, ze w rogu spi kura, obok na niemilosiernie odartym fotelu drzemie jakis facet, a z rzezacych glosnikow wydobywa sie walenie w bebny, to nie wierze, ze bedziecie w stanie wyobrazic sobie to miejsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lilliane sie za mna zgodzila, podobnie Matthew. Monique zmarkotniala. 'Dla mnie' - powiedziala zagadnieta o powody milczenia - 'to jest Meksyk'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noc spedzilismy w domu Bernisa, spiac we czworo na jednym lozku. Dom nie wyroznia sie zbytnio wsrod innych - nie ma podlogi, pod stopami mamy jedynie ubita, czerwona ziemie. Czerwone sa tez sciany. Budowa kazdego domu zaczyna sie od polozenia kamieni w roli fundamentow. Nastepnie czerpie sie z wilgotnej gleby ziemie, ktora formuje sie drewniana forma w ksztalt duzych cegiel i zostawia na sloncu do wyschniecia. Skoro ziemia jest czerwona, wiec i sciany domu takie sa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po nocy spedzonej w niewygodzie tylko ja mam ochote na poranny spacer z Bernisem [nie ma to jak doswiadczenie z konferencji AIESECowych]. Zaraz za domem napotykamy drzewo guavy. Widzac moje zaskoczenie, Bernis wola swojego mlodszego, moze 8-letniego brata, by zerwal nam kilka sztuk. Maly zwinnie wspina sie po gladkich galeziach drzewa i po chwili rzuca nam kilka niewielkich, zielonych owocow, z zewnatrz przypominajacych limonke. Sa dosc cierpkie i w smaku ledwo przypominaja napoj, ktorym raczylem sie w drodze do Yaounde tydzien wczesniej. No, ale to akurat jest dziko rosnace drzewo, hodowlane odmiany zapewne smakuja lepiej. Znow zastanawiam sie, gdzie tkwi roznica, dlaczego to Kamerun importuje soki z guavy z Malezji, a nie odwrotnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bernis pokazuje mi kolejne drzewo, z owocami przypominajacymi laminowane szyszki. Zacheca mnie, bym sprobowal, ale moje zeby slizgaja sie po ich twardej powierzchni. Jemu tez ugryzienie owoca nie przychodzi latwo, zreszta gra nie jest warta swieczki - skorupka jest niejadalna, wiec trzeba ja wypluc, a pestka zaczyna sie juz 3-4 milimetry pod jej powierzchnia, miazszu prawie nie widac. Kolejnym punktem spaceru jest drzewo planten, czyli owocu, ktore czesto tutaj wystepuje w roli kartofli w czasie posilkow. Wbrew temu, co kilka osob mowilo mi wczesniej, planten nie sa bananami zerwanymi przed dojrzeniem, choc faktycznie trudno jest odroznic jedne od drugich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i gwozdz programu - miejsce, skad rodzina Bernisa czerpie wode. Staw. Zawiesista woda pelna wszelkiego widocznego i niewidocznego plugastwa. Kijanki. Pajaki. Nie gotuja jej przed wypiciem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy sniadaniu obchodze sie bez popitki, dopiero po poludniu na targu kupuje sobie butelkowana wode.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzien spedzamy na spacerze w pobliskich gorach, gdzie dotarlismy na motorach, po dwoch pasazerow plus kierowca na kazdym, wertepami lokalnych drozek. Ludzie ktorych mijamy machaja nam, usmiechaja sie, dzieciaki biegna za motorami, probuja przybic nam piatki. Zatrzymujemy sie w zagrodce na zboczu gory, gdzie mieszka jedna czesc rodziny Bernisa, w tym takze jego dziadkowie. Wszyscy sa bardzo mili, chetnie pozuja do zdjec, tez nie moga wyjsc z podziwu dla aparatow, ktore natychmiast wyswietlaja zdjecia. Jedynie dzieci sie wstydza, uciekaja przed nami ze smiechem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestesmy na wysokosci okolo 1500 - 1700 metrow, las tropikalny zastapily geste krzewy, gdzieniegdzie przebijaja tez nagie skaly. Idziemy z jakims znajomym Bernisa, ktory toruje nam droge maczeta. Docieramy do skal, skad rozposciera sie piekny widok na doline... Choc moim zdaniem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Douali wracam ok. 10 wieczorem w niedziele, potwornie ublocony, ale szczesliwy. Festiwal moze i nie spelnil moich oczekiwan, ale dwa dni na wsi kamerunskiej pozwolily mi odrobine lepiej zrozumiec ten kraj i jego mieszkancow. Tutaj jest zupelnie inaczej niz w Kirgistanie... w Kirgi juz po kilkunastu dniach moglem wrzucac posty mowiaca generalnie o mentalnosci i kulturze tamtejszych ludzi, ktore z perspektywy czasu uwazam za trafne. Jednak sytuacja tego kraju i ludzi tu zyjacych jest tak rozna od tego, do czego jestem przyzwyczajony, ze potrzeba bedzie jeszcze wielu dni i wielu podobnych wycieczek, bym mogl napisac Wam o tutejszych ludziach cos, czego nie bede musial sie potem wstydzic.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-6876242891107671797?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/6876242891107671797/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=6876242891107671797' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6876242891107671797'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6876242891107671797'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/festiwal-w-bamendou-un.html' title='Festiwal w Bamendou Un'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-144535928626588797</id><published>2007-08-08T00:29:00.000-07:00</published><updated>2007-08-08T00:37:45.061-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Moje perypetie'/><title type='text'>Moje wielkie kamerunskie wesele</title><content type='html'>Planowalem na ten weekend wycieczke do Limbe, nadmorskiego kurortu polozonego w anglojezycznej czesci Kamerunu, ale w piatek zostalem zaproszony na slub jednej z pracownic naszej firmy. Jak juz pisalem, atmosfera w CAC jest bardzo rodzinna, wiec gdy tylko ktos sie pobiera, zaprasza kolegow i kolezanki z pracy i czesto na uroczystosci faktycznie pojawia sie ich spora delegacja. Tradycja jest tez firmowy prezent, na ktory zrzutka prowadzona jest przez nasza recepcjonistke.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaproszenia na slub rozeslane zostaly jeszcze przed moim przyjazdem do Kamerunu, a poniewaz nie mialem okazji poznac panny mlodej (ktora jest obecnie na urlopie), wiec tez nie bardzo poczuwalem sie do wziecia udzialu w uroczystosci. Tym niemniej wlasnie w piatek jedna z moich kolezanek zapewnila mnie, ze na pewno Olive bedzie milo jesli wpadne na wesele i brak zaproszenia nie jest zadna przeszkoda. W ten oto sposob w sobote o 6 rano znalazlem sie w taksowce jadacej na dworzec autobusowy w Douali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dworzec dzieli sie na 2 czesci - dla VIPow i dla reszty. Czesc dla VIPow przypomina typowy dworzec PKS w 5 - 10 tysiecznym polskim miasteczku, a czesc dla reszty, coz, chcialbym wierzyc ze jest w trakcie remontu, bo wyglada, jakby sie miala zaraz zawalic. Kupujemy wraz z Felicite i Bernardine bilety do Yaounde, stolicy Kamerunu, gdzie ma sie odbyc uroczystosc. Bilet klasy Premium kosztuje 6 tysiecy w jedna strone, ale wiem za co place - autobus jest klimatyzowany, a w cene wliczony jest poczestunek skladajacy sie z drozdzowki z czekolada i napoju. Wsrod puszek i butelek z Cola i Fanta dostrzegam taka, ktora nie przypomina niczego co znam z Polski. Napoj z guavy. Importowany z Malezji. Jak to jest, ze byle kolonie w Azji Poludniowo- Wschodniej potrafily wejsc na sciezke szybkiego postepu, a w Afryce nikomu sie to nie udalo?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Douala jest ogromna, o wiele wieksza niz przypuszczalem. Po dobrych kilkudziesieciu minutach, w czasie ktorych troche przysypialem, pytam mojego sasiada jak sie nazywa miejscowosc, przez ktorej zabudowania wlasnie przejezdzamy. Ten nie moze zrozumiec o co mi chodzi, w koncu niepewnie odpowiada, ze nie wie jaka nazwe nosi ta czesc przedmiesc. Coz, rozwojem tego miasta kieruje zupelnie inna logika niz w przypadku miast europejskich. Nie jest tak, ze biznesowe lub przemyslowe centrum przyciaga ludnosc wiejska do osrodka miejskiego, powodujac budowe osiedli mieszkaniowych i dobrze skomunikowanych z centrum przedmiesc. Wiekszosc mieszkancow w centrum pewnie nawet nie bywa, bo i po co? Przybyli do miasta, bo na wsi nie mogli sie wyzywic, liczac, ze tutaj przetrwanie przyjdzie im latwiej. Gdy dotarli do obrzezy Douali, rozlozyli wszystko co mieli, byle jak, byle gdzie. Potem zbudowali jakis szalas, popychajac granice miasta o kolejnych kilka metrow dalej, kolejni nowoprzybyli rozlozyli sie juz za nimi i tak dalej. Wiekszosc powierzchni miasta wyglada jak morze rownomiernie rozlozonych domkow z cegly, blachy i drewna, bez niemal zadnych punktow orientacyjnych dla niewprawnego oka Europejczyka. A centrum Douali, mimo ze jest to miasto o 2-milionowej populacji, wyglada jak centrum sredniej wielkosci polskiego miasta powiatowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Yaounde robi zupelnie inne wrazenie. Centrum sklada sie glownie z luzno rozrzuconych, okazalych budynkow ministerstw, zbudowanych wedlug fantazyjnych projektow, ktore nadaly im ksztalt diamentow i innych wielobokow nie majacych wiele wspolnego z tradycyjnym prostopadloscianem. Stolica Kamerunu rozbudowywala sie w latach 60 i 70, kiedy takie trendy byly modne na swiecie. Podobnie wyglada Skopje, odbudowane po wielkim trzesieniu ziemi w 1963 roku, podobnie wyglada Brasilia, przynajmniej wnioskujac ze zdjec, bo tam [jeszcze] nie bylem. Drogi sa dobrze utrzymane, rowniez ulozone w fantazyjne serpentyny, przypominajace podniebne ulice na ilustracjach z lat 50. przedstawiajacych wizje miast przyszlosci. Jezeli ulica ma skrecic w lewo i przeciac druga, to zamiast zrobic to w najprostszy mozliwy sposob, budowniczowie najpewniej poprowadza ja szerokim lukiem po dlugiej estakadzie z malowniczym widokiem na miasto. Ma to swoj niewatpliwy urok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnym momencie skrecamy w droge wiodaca pod gore i jedziemy nia kilka minut, caly czas majac po jednej stronie mur z drutem kolczastym. Kierowca po francusku tlumaczy, ze jest to ambasada Francji i ze cala posiadlosc ma 5 hektarow - czyli tyle, ile wynosi srednia wielkosc gospodarstwa rolniczego w Polsce. Zdaje sie, ze ta liczba zrobila na moich kolezankach jeszcze wieksze wrazenie niz na mnie. Upewniam sie u Felicite, czy dobrze zrozumialem. Oczywiscie, ze nie. Kierowca nie mowil o cinq - pieciu, ale o cent - stu hektarach. Zaniemowilem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wejscie do kosciola i droga do oltarza usypane sa platkami kwiatow, w lawkach i na krzeselkach juz czeka wiekszosc gosci. Sama swiatynia jest prosta, biale sciany nie sa ozdobione ani obrazami ani rzezbami, tak typowymi dla europejskich rzymskokatolickich miejsc sakralnych. Jedynie swieczniki i wiszacy nad oltarzem krzyz uswietnione sa niewielkimi plaskorzezbami wykonanymi z kosci sloniowej. W glebi sali juz czekaja dwa chory - jeden klasyczny, ktorego czlonkowie ubrani sa w ciemnogranatowe togi, drugi lokalny, skladajacy sie z samych kobiet w prostych, bialych szatach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sama ceremonia nie ma w sobie wiele z europejskiego dostojenstwa i szacunku dla powagi chwili. Ludzie krzycza cos do mlodej pary, w kluczowych momentach gwizdza przeciagle wyrazajac swoja radosc i aprobate, lokalny chor spiewa wpadajace w ucho, radosne piesni, do ktorych na dodatek tanczy proste uklady, obejmujace m.in. wymachiwanie patyczkami okrytymi puchem. Akompaniuja im mlodzi mezczyzni wygrywajacy rytmy na drewnianych cymbalach, bebnie afrykanskim i specyficznej grzechotce, kazdy - zdawaloby sie - grajacy to, co akurat mu sie podoba, a jednak wszystko razem zlewa sie w harmonijna calosc. Co jakis czas ktos wbiega na scene i wrzuca pieniadze a to dyrygentowi choru, a to cymbalistom, przychodzi tez taka czesc slubu, gdy mloda para staje z wiklinowymi koszami przed oltarzem, a goscie ustawiaja sie w kolejce, po kolei gratulujac im zaslubin i dokladajac swoja dole do ich dobrobytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po samym slubie jedziemy do centrum miasta, gdzie w pieknie utrzymanym, choc niewielkim parku mloda para robi sobie pamiatkowe zdjecia z goscmi. Ten park to chyba taki tutejszy Wilanow, bo oprocz Olive i jej meza spotykamy jeszcze 2 inne mlode malzenstwa i ich weselnikow, co prowadzi do komicznych sytuacji, gdy goscie mieszaja sie i gubia, a potem, lekko spanikowani, probuja odnalezc swoja grupe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruszamy na uroczysty obiad, w czasie ktorego mam okazje sprobowac wielu lokalnych specjalow, ktorych w wiekszosci niestety nie potrafie nazwac. Jedynymi wyjatkami sa kassawa, w Polsce znana bardziej pod pochodzaca z francuskiego nazwa maniok oraz planten. Kassawe przyrzadza sie miazdzac ja, a uzyskana mase owija sie w liscie tej samej rosliny i gotuje dla uzyskania konsystencji gestego ciasta. Planten zas to po prostu niedojrzale banany, ktore - ugotowane - zastepuja tutaj nasze kartofle w charakterze 'zapychacza'. W czasie calego obiadu mamy okazje ogladac wystep tancerza i tancerki oparty na tradycyjnych afrykanskich motywach oraz posluchac - dosc niezwyklego - zespolu muzycznego. Zespol ow sklada sie z dwoch muzykow, z ktorych jeden gra na kawalku metalowej rury, w ktory stuka drewnianymi paleczkami, a drugi na gitarze elektrycznej. Ale to wlasnie ten drugi stanowi dziwniejszy widok. Otoz ma on przyklejone tasma klejaca do paznokci na palcu wskazujacym i kciuku kawalki plastiku, ktorymi traca struny na wysokosci 18. progu. Specyficzne kostkowanie nadaje jego grze bardzo ciekawe brzmienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obiedzie 3 godzinna przerwa, gdyz wielu weselnikow przyjechalo Douali, co oznacza, ze tego dnia musieli zerwac sie o 5 rano i powoli zaczyna im sie to dawac we znaki. Wieczorem impreza w wynajetym klubie, znowu duzo dobrego jedzenia i napojow, fajnie grajacy zespol jazzowy [przynajmniej dopoki nie dolaczyl do nich wokalista bez glosu i z improwizacji nie przerzucili sie na weselne smuty] oraz mloda para wkraczajaca przy dzwiekach Vangelisowego motywu z 1492: Conquest of paradise. Chodzilo pewnie o paralele wielkiej podrozy, w ktora wyruszaja mlodzi, choc nie wiem czy ten, kto na to wpadl wie, jaki los spotkal Kolumba po odkryciu Ameryki; a spotkal go trud, znoj i niewdziecznosc. Wie czy nie, dla mnie to polaczenie bylo bardzo zabawne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilkadziesiat minut pozniej parkiet zajmuje zespol muzyczno-taneczny, skladajacy sie z 2 dziewczyn i chlopaka, nastolatkow plasajacych do dynamicznej muzyki z afrykanskim rytmem, oraz moze 20-letniej wokalistki, ktorej wyglad i glos przykuwaja wzrok i nie pozwalaja sie oderwac nawet na chwile. Nie chodzi o to, ze jest ladna, bo nie jest... Ale jej szczupla sylwetka podkreslona obcisla sukienka z cienkiego materialu, dlugie, geste, czarne wlosy z wplecionymi paciorkami, a zwlaszcza jej grubo zakreslone tuszem ciemne oczy po prostu hipnotyzuja. Wyglada, jakby duchem wcale jej tutaj nie bylo. Obled.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po ich wystepie DJ zapowiada czesc dyskotekowa imprezy, a z glosnikow zaczynaja wylewac sie afrykanskie rytmy. Nie mam pojecia jak sie do tego tanczy, ale bardzo chce sie nauczyc, wiec jestem jednym z pierwszych na parkiecie. Po chwili robi sie naprawde tloczno, a DJ co jakis czas rzuca kilka zdan do mikrofonu, co nie spotyka sie z zupelnie zadna reakcja tanczacych. Az tu nagle, po kolejnych moze 2 zdaniach DJa wszyscy jak na komende odwracaja sie w moja strone, przygladaja sie i klaszcza. Okazuje sie, ze dostalem od DJa pochwale, ze taki bialy, a jednak daje rade. Szok spowodowany tym wydarzeniem zmiata mnie z parkietu na dobre pol godziny.&lt;br /&gt;Aha, dla mnie to juz jest oczywiste, ale dla Was pewnie jeszcze nie - prawie wszedzie, gdzie sie pojawiam, jestem jedynym bialym. Jestem jedynym bialym w pracy, jedynym bialym w supermarkecie, jedynym bialym na ulicy, jedynym bialym na slubie, jedynym bialym na parkiecie. Nic dziwnego, ze sie wyrozniam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okolo 3 wracamy do hotelu, a ja z miejsca ide spac. Rano nie musimy sie nigdzie spieszyc, wiec wyleguje sie w lozku do 11, potem prysznic, ogarniecie rzeczy i jedziemy z Felicite na dworzec [Bernardine wrocila wczesnie rano]. Na miejscu okazuje sie jednak, ze bilety na klase Premium na 13:00 sa juz sprzedane, wiec albo musimy czekac do 16, albo pojedziemy o 13:30 autobusem Classic. Dla mnie wybor jest prosty, zwlaszcza, ze Classic kosztuje tylko 3500 frankow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Classic to dosc dowcipny eufemizm dla jakosci autobusu, ktory za chwile podstawia sie na dworcu. Co tu duzo mowic - pojazd okazuje sie byc tak bardzo classic, ze psuje sie w polowie drogi do Douali. Pasazerowie wysiadaja i bezradnie ustawiaja sie wzdluz drogi czekajac, az ktos sie zlituje i wezmie ich na stopa, oczywiscie bez rezultatu. Poczatkowo nie biore w tym udzialu, cykam zdjecia okolicy i licze po cichu, ze kierowca wynurzy sie za chwile spod autobusu z mina zwyciezcy i pojedziemy dalej, ewentualnie ze niedlugo przyjedzie autobus zastepczy. Czuje sie troche dziwnie w towarzystwie kilkudziesieciu ludzi w rozchelstanych koszulach, gdyz wciaz mam na sobie garnitut i pantofle. Co zaskakujace, tym razem nie jestem jedynym bialym, bo tym samym autobusem podrozuje [choc czas przeszly bylby chyba bardziej na miejscu] biala kobieta po 40tce. Strasznie sie piekli o nasze spoznienie, zarzeka sie, ze pozwie firme, na co ktos ze wspolpasazerow odpowiada, ze to jest Kamerun, na odszkodowanie i tak nie ma co liczyc, a jak bedzie sie tak zachowywac, to przewoznik moze jej nie wpuscic do autobusu zastepczego. Podzialalo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie podchodze i ja do skraju jezdni. Niemal odruchowo wyciagam przed siebie reke z wzniesionym kciukiem i od razu zatrzymuje sie elegancki mercedes. Nagle dzieje sie cos niesamowitego - caly ten zastygly tlum ludzi, ktory czekal bezczynnie przy drodze az ktos w koncu zdobedzie sie na ten wydatek energetyczny i podniesie reke by zasygnalizowac chec zlapania podwozki, zaczyna biec w kierunku auta. No i pojechalo 3 szczesliwcow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie przejmujac sie zbytnio tym niepowodzeniem zdobywam sie na kolejny wydatek energetyczny zwiazany z podniesieniem reki [ponownie tylko ja] i po kilku minutach znow mam szczescie. Tym razem jestesmy z Felicite lepiej przygotowani do wyscigu i po chwili zajmujemy juz wygodne miejsca z tylu kolejnego Mercedesa. W ciagu 1,5 godziny jestesmy w Douali, oplacamy podwozke [trzeba bylo wylozyc po 2 000], zegnamy sie i kazde rusza w swoja strone.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak zakonczyl sie moj pierwszy wyjazdowy weekend w Kamerunie - moze bez jakichs duzych szokow, ale na pewno calkiem przyjemnie. Na kolejny jade na jakies wiejskie swieto, wiec moze byc o wiele ciekawiej :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-144535928626588797?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/144535928626588797/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=144535928626588797' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/144535928626588797'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/144535928626588797'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/moje-wielkie-kamerunskie-wesele.html' title='Moje wielkie kamerunskie wesele'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-5534161572284812994</id><published>2007-08-03T00:28:00.000-07:00</published><updated>2007-08-03T00:32:09.504-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Moje perypetie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kamerun jako kraj'/><title type='text'>Douala - miasto portowe</title><content type='html'>Moj ojciec zwrocil mi ostatnio slusznie uwage, ze miasta portowe maja w wiekszosci swoj wlasny, dosc specyficzny klimat. Szczecin na przyklad, gdy moj ojciec przyjechal do niego na studia w 1981 roku, nazywany byl 'miastem dziwek, cinkciarzy, UBekow i marynarzy'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Douali nie spotkalem na razie tylko UBekow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zlodzieje wynagrodzili mi to z nawiazka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witamy w Douali - miescie portowym!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Miasto dziwek...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Douala to jedna wielka kurwiarnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, nie uzyje innego slowa, nie ogranicze sie eufemizmami, nie zajrze do slownika. Kilka osob, z ktorymi rozmawialem i korespondowalem przed i zaraz po przyjezdzie staralo mi sie to juz wczesniej przekazac w zawoalowanej formie, ale w zyciu bym sie nie domyslil, co zastane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kurwiarnia. Tak, to slowo, ktore idealnie oddaje to, co dzieje sie w miescie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chodzi nawet o to, ze prostytutek jest tu po prostu bez liku. Ze czasem, gdy akurat nie zlapie taksowki od razu pod praca i musze przejsc ze dwie przecznice, zdaze w tym czasie zostac zaczepiony przez 3 kobiety. Nadmienie tylko, ze nie licze tutaj tych, ktore zaledwie cmokaja na moj widok, bo to tutaj czesta forma przyciagania uwagi, takze w handlu ulicznym, wiec kto wie, moze akurat chca sprzedac mi orzeszki ziemne. Licze tylko te, ktore zastepuja mi droge i slodziutkim glosem pytaja "sa va?" ["jak leci?"], a kiedy mijam je bez slowa, probuja mnie zatrzymac lub odslaniaja czesc swych wdziekow. A jest przeciez dopiero 19 i jestesmy w centrum miasta!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stare i mlode, smukle i grubaski. Wiele naprawde ladnych. Inne takie, ze az sie chce uciec na druga strone ulicy. Cen nie znam, ale mysle, ze miedzy 5 a 15 tys frankow za noc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale przeciez napisalem, ze wcale nie chodzi o prostytutki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otoz moi drodzy, taniec godowy samca homo sapiens rasy kaukaskiej wokol samicy rodem z Douali, rozpisany na poszczegolne etapy najbardziej szczegolowo jak sie da, wraz ze wszysktimi niuansami i istotnymi dla powodzenia tego procesu drobiazgami znajdziecie ponizej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Znalezc sie w polu widzenia samicy.&lt;br /&gt;2. Sukces!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieskomplikowane, prawda? Na tyle nieskomplikowane, ze czasem mozna przez pomylke zostac uznanym za zainteresowanego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybralismy sie grupa osob z pracy na clubbing w piatek. Prowadza mnie do jednego klubu, zamawiamy piwo i siadamy przy kontuarze: Eugene, Melissa, ja i Ruben. Nagle ktos klepie mnie po plecach, wiec odwracam sie myslac, ze to jeden z kumpli, ktorzy maja do nas dolaczyc. A tu prosze - jakas niewysoka murzynka koniecznie chce mnie poznac. Troche skolowany bakam, ze nie mowie po francusku. Jej najwyrazniej to nie przeszkadza i lamana angielszczyzna koniecznie probuje dowiedziec sie, jak mam na imie. Odpowiadam wiec i milkne, liczac, ze dziewcze sobie za chwile pojdzie. Ona jednak nie daje mi spokoju, az w pewnym momencie pyta mnie, czy Melissa to moja dziewczyna. Eureka! Spogladam na Melisse pytajacym wzrokiem, a widzac, ze chyba wie o co mi chodzi, odpowiadam, ze tak. Moja nowa znajoma rzuca cos do Melissy i oddala sie pospiesznie. Widac nagle stalem sie o wiele mniej interesujacy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym klubie spedzilismy, chilloutujac sie, jakies 1,5h. To znaczy reszta sie chilloutowala, a ja srednio co 15 minut musialem sobie radzic z nowymi znajomymi co, zwazywszy, ze glupio mi bylo caly czas powolywac sie na Melisse, stawalo sie momentami bardzo uciazliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem przenieslismy sie do chyba najbardziej lanserskiego klubu w miescie, Royal, gdzie wejsc mozna praktycznie tylko grupa i to tylko, jesli kazdy wylozy po co najmniej 5 tys. Tutaj na szczescie na parkiecie bylo ok, poza tym zawsze mozna sie odsunac lub odwrocic, wiec w zasadzie jedynymi niebezpiecznymi momentami byly przejscia z i na parkiet oraz wycieczki do toalety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby okazalo sie, ze kobiety w Douali po prostu leca na Europejczykow jak dzikie, to jeszcze przeciez nie bylby powod, zeby okreslac miasto tak niepochlebnie jak to zrobilem. Gorzej, ze gdybym uwierzyl w to, ze nagle zaczalem wygladac jak Brad Pitt i rzeczywiscie sprowadzil jakas do domu, to najprawdopodobniej rano musialbym sie rozliczyc z nocnych igraszek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy uslyszalem o tym po raz pierwszy, nie moglem do konca w to uwierzyc. Zwlaszcza, ze powiedzial mi o tym lysiejacy Francuz pod 40-tke, ktory jeszcze chwile wczesniej sliniac sie obmacywal kelnerke ze slowami "Zona i dzieci wyjechaly na wakacje. Nareszcie mozna sie zabawic" w elitarnym (3,5 tys za piwo!) barze kolo mnie. Niezbyt plynnym (jesli nie liczyc alkoholu w wydychanym powietrzu), choc dosc poprawnym angielskim instruowal mnie, ze trzeba "widywac sie" w tym samym czasie z co najmniej dwiema dziewczynami i nie pozwalac zadnej byc ze soba dluzej niz miesiac. No i wytlumaczyl mi, ze zawsze rano trzeba sypnac 10 000 - 20 000. Zastanawialem sie na ile jego slowa moga byc miarodajne, wiec zapytalem kumpli z pracy, jak to z tym jest. Potwierdzili, choc podali kwoty w granicach 5 000 - 10 000. Nawet nie zapytalem, czy oni tez placa, czy sa to moze ceny tylko dla bialych. Chyba nie chce wiedziec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to jednak warto poznawac nowych ludzi, niezaleznie od ich sposobu prowadzenia sie. Pewnie gdybym poszedl do klubu bez tej wiedzy, bylbym bardzo dumny z powodzenia, jakim ciesze sie wsrod dziewczat o kasownikach w oczach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;...cinkciarzy...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Kamerun, jak zreszta wszystkie kolonie francuskie w srodkowej i zachodniej Afryce, ma ustalony sztywny kurs wobec Euro (wczesniej franka francuskiego), zas obrot waluta jest reglamentowany. Do jak absurdalnych sytuacji moze to prowadzic obrazuje historia dewaluacji franka srodkowoafrykanskiego. Dokonuje sie ich niezwykle rzadko, od lat 50. bodaj tylko 3 razy, za to ostatnia uciela tutejszemu frankowi polowe wartosci. Rozumiecie? Waluta z dnia na dzien stala sie o polowe tansza.&lt;br /&gt;Reglamentacja sprawia, ze pieniadze trzeba wymieniac na ulicy, u roznych pogodnych i absolutnie nie kryjacych sie ze swoim fachem handlarzy. Ich duze skupisko znajduje sie przed hotelem Akwa, najbardziej elitarnym i najdrozszym hotelem w miescie. Wymieniac mozna wiekszosc najpopularniejszych walut (niestety, nie zlotowki), co ciekawe, po dosc uczciwym kursie. Dwa tygodnie temu dostalem 480 frankow za kazdego dolara i jest to dokladnie taki kurs, jaki byl (dzis, co prawda) oficjalnie podawany. Nie wiem, czy fluktuacje byly w miedzyczasie duze, ale mysle, ze nie wieksze niz 3%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;...złodziei...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, ze niemal wszyscy tutaj staraja sie zedrzec ze mnie kase. Przejazdy taksowka za 2 stowy skonczyly sie z dniem, w ktorym zaczalem sam nimi jezdzic. Teraz juz wiem, ze o ile nie ustale ceny przed wsiasciem do samochodu, to do czasu jazdy bede musial doliczyc 5-10 minut na negocjacje na koniec, po ktorych i tak bede musial zaplacic ze 400. W czesci restauracji i knajp w menu nie ma cen, a kelnerki zadaja ode mnie srednio 2 razy wiecej niz od innych. Ludzie podchodza na ulicy proszac o pieniadze, potrafia byc strasznie natarczywi, kiedy jedni przestaja, podchodza kolejni i tak w kolko, az sie odechciewa wychodzic na miasto. Nawet ochrona przy bramie do mojego apartamentowca czasem prosila o stowke albo dwie. Zdecydowanie, choc uprzejmie odmawialem i na szczescie przestali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To zebractwo na ulicy potrafi przyjac niebezpieczne formy. W niedziele spacerowalem po Akwa, najbardziej chyba reprezentacyjnej ulicy miasta, kiedy dwoch malych urwisow podbieglo do mnie i zaczelo domagac sie pieniedzy. Wsadzilem rece do kieszeni, co by chronic portfel, ale jeden z maluchow (wpatrujac sie w moja twarz blagalnym wzrokiem) chyba tego nie zauwazyl i siegnal po niego. Nadzial sie na moja reke, co nie przeszkodzilo mu zgrywac dalej biednego zebraka dopoki nie przeszedlem przez jezdnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to pikus. We wtorek wyszedlem z kolacji ze znajomymi w centralnej czesci Akwa, wraz ze mna wyszla Collette, praktykantka z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Byla moze 9:30, na pewno przed 10 wieczorem, zaden tam srodek nocy. Collette miala jechac w jedna strone, ja w przeciwna, ale zaproponowalem, ze poniewaz jest ciemno, to poczekam z nia na taksowke po jej stronie ulicy. I wtedy zaczela sie akcja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podchodzi do nas jakis chlopak, moze 16 lat i prosi o pieniadze. Nie reagujemy, wiec odchodzi i znika gdzies w ciemnosciach. Po chwili podbiega do nas jakis dzieciak, ktory wydaje mi sie dziwnie znajomy. To ten sam, ktory probowal mnie skroic dwa dni wczesniej. Mowie mu, ze nie ma szans, zebym mu dal pieniadze. Podnosze wzrok, a tu przede mna 4 jego kolegow, w tym 2 dryblasow mojego wzrostu. Osaczyli nas polkolem. Chca pieniedzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sytuacja wyglada kiepsko. Za nami zaparkowane samochody. Przed nami oni. Taksowki nie chca sie zatrzymac. Sytuacja jest patowa. Zupelnie nie wiem co zrobic. Zwlaszcza, ze ze mna wciaz jest Collette.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W koncu po prostu ruszamy przed siebie, miedzy nimi, przez jezdnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zatrzymuja nas, nie ida za nami. Kiedy jestesmy po drugiej stronie jezdni, odwracamy sie. Tamtych juz nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odetchnelismy, a Collette zaczyna mnie przepraszac mowiac, ze nie wiedziala, ze tutaj tak jest, ze przeciez ona mieszka w Douali juz dobre pol roku i nigdy sie jej to nie zdarzylo. Ustalamy, ze wezmiemy taksowke do mnie, a potem ona juz cos zlapie do siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wtedy znow pojawia sie ten maly demon. Tym razem ma ze soba tego Pierwszego, ktory nas zaczepil i jeszcze innego, troche wyzszego ode mnie... i na pewno lepiej zbudowanego. Ten staje dokladnie przede mna, zebym nie mogl zlapac taksowki, Pierwszy staje za nami, maly jest przy mojej prawej rece, ktora mam wsadzona do kieszeni z portfelem. Znowu pat, znowu taksowki przejezdzaja nie zatrzymujac sie, a duzy z lekko zmruzonymi oczami domaga sie pieniedzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle maly przeklada reke pod moim ramieniem i lapie mnie za dlon, ktora mam na portfelu. Ten z tylu lapie za portfel. Instynktownie odkrecam sie przez lewe ramie. Pierwszy puszcza. Maly traci rownowage i leci za moim barkiem. Wciaz trzyma za dlon.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Collette daje malemu w pysk, przebiega obok dryblasa i zatrzymuje przejezdzajaca taksowke. Wsiada. Duzy zastawia mi droge, odpycham go, Pierwszy szarpie mnie za reke, probuje zerwac ja z portfela. Wsiadam, ale drzwi sa wciaz otwarte. Pierwszy blokuje je cialem, wciaz szarpie mnie za reke. Taksowka nie rusza, Collette krzyczy na kierowce. Toczymy sie, ale wtedy Pierwszy zastawia sie i probuje wyciagnac mnie z auta. Odwijam sie do srodka samochodu, tamten traci rownowage, puszcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy. Nikt sie nie odzywa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;...i marynarzy.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Coz, marynarzy tak naprawde nie spotkalem, zreszta Douala wraz z szybkim wzrostem liczby ludnosci utracila czesciowo swoj charakter miasta zyjacego z morza. Nie przelozylo sie to, jak widac, na zmiane kultury mieszkancow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce niegdysiejszych marynarzy zajeli pracownicy kontraktowi roznych spolek, najczesciej francuskich, zwiazanych z wydobywaniem i obrotem surowcami. Kolonizatorzy dzisiejszego swiata. Jednego takiego juz Wam przedstawilem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pytanie, ile czasu siedzi w Kamerunie, odpowiada krotko "8 lat. Za dlugo". Siedzimy w barze, jest sroda, wiec knajpa swieci pustkami. Wlasnie wprowadzilem sie do mojego mieszkania i postanowilem troche poznac okolice i napic piwa w jakims przyjemnym miejscu. Braziliana Tropicana to pierwszy bar, jaki napotkalem. Wciaz mysle kategoriami europejskimi, wiec stwierdzam, ze wyglada ok, choc bez przesady, siadam na stolku przy kontuarze i zamawiam piwo. Pytam o cene i o malo nie krztusze sie pierwszym lykiem marki "33". 3500 frankow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Francuz klei sie do wszystkich dziewczyn pracujacych w barze. Po tym jak naobmacywal sie kelnerki, zaczal lapac za reke barmanke i cos jej obiecywac. Ona wdzieczy sie do niego, choc niespecjalnie dobrze wychodzi jej udawanie. Na parkiet wychodza 4 tancerki w brazylijskich strojach karnawalowych i zaczynaja bujac sie do dudniacej muzyki z glosnikow. Nie wiem czy w calym klubie uzbiera sie z 10 gosci, ale praca to praca. Po skonczonym show podchodza podrygujac do mojego Francuza i krzyczac 'motivators! motivators!' czekaja na zachete do pomachania biustem specjalnie dla niego. On wyciaga jakies laminowane kupony i otrzymuje, co chcial. Pytam kelnerki, co to za motywatory, na co ona wyciaga spod lady wydrukowane karty z logo klubu o nominalach od 1000 do 5000 frankow. Mowi mi, ze jesli chce, to moze zaraz zawolac dziewczyny do mnie, abym je zmotywowal. Odpalam jej, ze poki nie mam 40 lat, brzucha i lysiny nie bede uciekal sie do motywatorow. Nie jestem pewny czy zrozumiala.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sympatyczna kobieta swoja droga. Ma prawie 30 lat, choc nie wyglada, zreszta wciaz bardzo trudno mi ocenic wiek u tutejszych kobiet. Od ponad 2 lat pracuje w klubach nocnych, choc zdaje sie ze dopiero od niedawna jako barmanka. Nie pytam o szczegoly. Przed barami nocnymi byla kelnerka w restauracjach, ale rzucila to, bo tutaj lepiej placa. Ma coreczke, 8-latke, choc nie widuje jej za czesto - pracuje przez szesc nocy w tygodniu, a w ciagu dnia mala jest w szkole.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba nie do konca slusznie interpretuje moje zainteresowanie, bo w pewnym momencie pyta, czy jesli to ona dla mnie zatanczy, to dostanie motywatory. To byl moj pierwszy wieczor na miescie (to bylo ponad tydzien temu), wiec po prostu uznalem, ze trafilem w nieodpowiednie miejsce. Podziekowalem, zaplacilem i wyszedlem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Miasto grzechu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Na koniec chce Wam wyjasnic, ze nie cierpie na negatywne objawy szoku kulturowego, nie mam dosc tego miejsca ani swojej praktyki, co wiecej, ciesze sie, ze Douala jest tak intensywnie rozna od czegokolwiek, czego dotychczas zaznalem. Ostatnie 2 tygodnie byly niesamowicie intensywnie, poznalem ponad 100 osob, dowiedzialem sie wiele o tym zakatku swiata i ludziach tutaj, a wciaz jeszcze tyle przede mna... A to, ze miasto pokazalo mi swoja brzydsza twarz wcale nie odbiera mu uroku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszego posta dedykuje Bertowi, ktore caly czas krecil sie kolo mnie, gdy pisalem. Znacie Berta? Opowiem Wam o nim nastepnym razem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-5534161572284812994?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/5534161572284812994/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=5534161572284812994' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5534161572284812994'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5534161572284812994'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/douala-miasto-portowe.html' title='Douala - miasto portowe'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-405392080525528748</id><published>2007-08-02T00:21:00.000-07:00</published><updated>2007-08-02T00:23:01.962-07:00</updated><title type='text'>Invitation</title><content type='html'>Moi drodzy,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;chcialbym Was wszystkich serdecznie zaprosic do odwiedzenia mnie w Kamerunie. Wycieczka taka wcale nie musi byc droga, a przygoda - zapewniam - jest niezwykla. Na miejscu bedzie na Was czekalo wygodne mieszkanie i goscinny gospodarz, ktory bedzie potrafil doradzic, co warto zobaczyc i gdzie warto sie wybrac [choc przez pierwszy tydzien wystarczy Wam pewnie po prostu wyjscie na ulice i poczucie atmosfery miasta]. No i promese Wam zalatwie ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Optymalnie taki pobyt moze trwac okolo miesiaca, po pierwsze dlatego, ze wize na lotnisku dostaje sie na miesiac, a jej przedluzenie oznacza sporo formalnosci i troche kosztuje, po drugie dlatego, ze warunkiem wiekszosci promocji lotniczych do tego typu krajow jest pobyt nie dluzszy niz miesiac. No i ja tez chce sobie czasem pozyc sam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podstawowe koszty to:&lt;br /&gt;- szczepienia: zolta febra ok 150 zl,&lt;br /&gt;- wiza na lotnisku ok 280 zl&lt;br /&gt;- bilet lotniczy. I tu uwaga - czasami mozna dorwac takie promocje, ze glowa mala. W czerwcu na przyklad pojawila sie oferta Swiss, w ktorej bilet w dwie strony kosztowal 990 zl (pewnie plus oplaty) wlasnie z warunkiem pobytu nie dluzszego niz miesiac. Szukac trzeba na stronach Swiss, Air France, Kenyan Airways i bodaj Brussel Air... a moze znajdziecie inne linie latajace z Europy? Warto tez przekrecic do ich biur i zapytac, czy nie szykuje sie jakas promocja. A takze do kilku biur podrozy i posrednikow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyli jesli zalozymy cene biletu nawet 2000 zl (z oplatami), to za 2500 zl macie miesieczny pobyt w Kamerunie. Dla ludzi praktykujacych np. w Procterach to mniej niz miesieczna pensja, wiec mysle ze opcja "miesiac pracy - miesiac wakacji w Afryce" moze ich zainteresowac. A jesli bilet zhaltujecie za 1500, to juz w ogole nie ma sie co zastanawiac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koszty dodatkowe zaleza od tego, co chcecie tu porobic. Kilkudniowa wycieczka na safari na polnoc kraju kosztuje ok 300 USD z dojazdem, wyzywieniem, mieszkaniem, wstepem itp. To aktualna informacja, od Matthew, CEEDera z Kanady, ktory tydzien temu wrocil z takiej wyprawy. Pokazywal mi zreszta zdjecia lwow, jakie zrobil swoim cyfrakiem :) Wyzywic sie mozna taniutko, mieszkanie, jak juz wspomnialem, macie zapewnione. Mysle, ze poza safari koszt miesiecznego pobytu powinien spokojnie zamknac sie w 300 USD, z podrozowaniem po kraju wlacznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No, to mam nadzieje, ze zachecilem Was do przezycia przygody Waszego zycia. A jak nie, to nic, naprawde nic juz nie pomoze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[Drobnym druczkiem] oferta wazna do kwietnia / odwolania / wyczerpania zapasow.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-405392080525528748?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/405392080525528748/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=405392080525528748' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/405392080525528748'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/405392080525528748'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/08/invitation.html' title='Invitation'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-5279083874902292755</id><published>2007-07-29T11:22:00.000-07:00</published><updated>2007-07-29T11:34:27.379-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='praca'/><title type='text'>Pierwsze dni w pracy</title><content type='html'>[Ogloszenia techniczne - 1. umozliwilem pisanie komentarzy osobom nie zalogowanym na bloggera. Dziekuje za dotychczas pozostawione opinie i czekam na kolejne. 2. Nie mialem przez jakis czas dostepu do netu i modyfikowalem offline poprzedniego posta. Poza kilkoma drobiazgami redakcyjnymi jest nowy akapit o taksowkach i z jedno zdanie o nazewnictwie ulic. Zmiany te sa wpisane kursywa, wiec mozecie je latwo odnalezc.]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za mna dwa pierwsze dni w pracy i musze Wam powiedziec, ze jest naprawde duzo lepiej niz myslalem. Moim szefom udalo sie wykreowac duze oczekiwania, mam tylko nadzieje, ze beda w stanie je potem spelnic. Aha - jestem strasznie rozentuzjazmowany, dlatego ponizszy post moze Wam wydac sie dosc samochwalczy. Mam nadzieje, ze Wam to nie przeszkadza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja firma nazywa sie Cameroon Audit Conseil i jest swoistym pogrobowcem Ernst &amp; Young na Afryke Srodkowa. CAC bylo przedstawicielstwem EY przez ponad 20 lat, ale niecale dwa lata temu stracilo licencje. Dlaczego? Wedlug Wilfreda dlatego, ze nie sprostali kryteriom dotyczacym wypracowanego dochodu. Wedlug Jacquesa Ndjamby, wiceprezesa i bylego MCP AIESEC w Kamerunie, z powodu pietrzacych sie nieporozumien. Czyli pewnie z powodu pietrzacych sie nieporozumien o kryterium wypracowanego dochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Firma zajmuje sie tym wszystkim, czym wczesniej zajmowal sie EY, czyli audytem finansowym, konsultingiem i doradztwem prawnym. Posiada biura w Douali [ok. 50 osob] i Brazzaville, stolicy Konga [tego spokojnego, nie w b. Zairze; ok. 10 osob], planuje otworzyc biuro w Czadzie, choc na razie problemem jest brak odpowiednio wykwalifikowanych osob na miejscu [dopiero ostatnio sytuacja w Czadzie zaczela sie stabilizowac]. Na tych 3 panstwach firma koncentruje niemal cala swoja dzialalnosc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jezeli chcecie dowiedziec sie wiecej, na www.bmajewski.com umiescilem ulotke o firmie, sa w niej linki do stron odpowiednich dla kazdego panstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No, to pora na konkrety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Po pierwsze - co bede robil?&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Otoz odpowiedz jest najlepsza z mozliwych - wszystko! Wedlug zapewnien moich szefow, bede zarowno przydzielany do projektow audytowych, jak i konsultingowych oraz zwiazanych z zagadnieniami prawnymi, dzieki czemu zyskam naprawde szerokie doswiadczenie. Co wazne, ze wzgledu na niewielka liczbe konsultantow w czasie projektu kazdy ma wiele odpowiedzialnosci, wiec nie bedzie takich smutow, jakie czesto zdarzaja sie w polskich oddzialach Wielkiej Czworki, gdzie mozna uslyszec teksty w stylu "w tym roku nauczysz sie audytowac kase, a za rok srodki trwale".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesli chodzi o branze, to panowie i panie zlosliwcy, ktorzy wrozyliscie mi m.in. restrukturyzacje domow z bali, wiedzcie, ze na razie bede siedzial glownie w paliwie i telekomach. Jest to dla mnie wybor optymalny, bo te sektory rozwijaja sie bardzo dynamicznie w zasadzie wszedzie na swiecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hitem dla mnie bylo gdy uslyszalem, ze prawdopodobnie pod koniec roku wezme udzial w projekcie / projektach w Brazzaville. Super - zwiedzanie regionu za darmo, ba, jeszcze beda mi za to placic. Kazda taka podroz ma trwac 2 - 3 tygodnie, wiec na pewno znajdzie sie troche czasu na spacerek po miescie. Juz sie nie moge doczekac! Poza tym pewnie bedzie troche jezdzenia po Kamerunie, zwlaszcza do Yaounde, czyli politycznej stolicy kraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprawde bardzo bym chcial, zebym wracajac do tego posta za 3 miesiace, czy juz po praktyce widzial wszystkie wyzej wypisane oczekiwania zrealizowane. Trzymajcie kciuki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Po drugie - atmosfera w pracy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Wspolpracownicy sa bardzo pomocni i otwarci, usmiechaja sie i zagaduja do mnie. Na relacje wplywa tez inne rozmieszczenie ludzi niz w polskich firmach Wielkiej Czworki, gdzie ludzi sadza sie teamami, w sklad ktorych wchodza ludzie od szeregowego konsultanta do dyrektora albo i partnera. Tutaj jest za malo pracownikow by mogly istniec wyspecjalizowane, waskie grupy, wiec jest po prostu jedna duza sala dla junior staff, siedzi nas tam z 15 - 20 osob, niemal wszyscy od 21 do 25 lat. Senior staff siedza po 3-5 osob w pokojach, menedzerowie po 2-3 osoby, dyrektorzy i partnerzy maja samodzielne biura. W naszej salce atmosfera jest mega luzna teraz, bo nie ma duzo pracy (sezon trwa tutaj od pazdziernika do kwietnia, tak jak u nas). Dziewczyna siedzaca kolo mnie spedza sporo czasu szukajac tekstow piosenek, a potem spiewajac je sobie pod nosem, pozostali pisza maile, gadaja, smieja sie. Ja poki co nie biore w tym udzialu, bo nic nie kumam po francusku. Jak dostane kompa w poniedzialek, to pewnie bede sie po prostu uczyl jezyka w godzinach pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Po trzecie - profity&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jest niezle, naprawde niezle. Moja pensja to 400 000 frankow srodkowoafrykanskich [po opodatkowaniu], do tego dochodzi 2 pokojowe, klimatyzowane mieszkanie w centrum, w chronionym apartamentowcu z basenem [troche malym, niestety] oplacane razem z rachunkami przez firme, sluzbowa komorka zasilana 10 000 XUF co miesiac, sluzbowy laptop. Firma pokrywa tez oczywiscie wszystkie procedury wizowe i formalne, poza tymi wstepnymi, ktorych musialem dokonac przylatujac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Po czwarte - 3 lyzeczki dziegciu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Coz, jesli chodzi o godziny pracy, to CAC nie przeszlo jeszcze takiego procesu ucywilizowania jak Wielka Czworka w Polsce. I tu i tam w sezonie audytowym siedzi sie w robocie od 8 do polnocy, a czasem i dluzej, ale o ile w Polsce w lecie, gdy nie ma tyle pracy, mozna przychodzic do biura pozniej i wychodzic o wiele wczesniej, o tyle tutaj trzeba wysiedziec od 8 do 18:30 [z przerwa na lunch]. Ma to swoja dobra strone - gdybym siedzial w domu, to pewnie bym sobie bimbal, a jesli bede w robocie, to przynajmniej poucze sie francuskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga sprawa - poziom angielskiego nie zachwyca. Ja tam zadnym rzeznikiem nie jestem, ale tutaj moze ze 4 osoby mowia na moim poziomie lub lepiej. I mam tutaj na mysli wszystkich, od konsultanta do prezesa [ktory tez z angielskim jest troche na bakier]. Dogadac sie mozna, ale konwersacje, przynajmniej poki co, zbyt swobodne nie sa. To tez ma swoja dobra strone - mam nad tubylcami przewage komparatywna, ktora pewnie bedzie wykorzystywana przy projektach zwiazanych z zagranicznymi korporacjami i firmami rozmieszczonymi w anglojezycznej czesci Kamerunu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i trzecia - niestety, bede musial opuscic moje lokum we wrzesniu, gdyz przyjezdza wtedy drugi praktykant, a raczej praktykantka, Niemka o imieniu Christine. I wlasnie ze wgledu na plec firma chce, by to ona mieszkala w miejscu, gdzie klepie tego posta. W takich chwilach jestem za pelnym rownouprawnieniem... AIESEC ma mi znalezc inne mieszkanie o rownie wysokim standardzie, zreszta firma odrzucila juz kilka propozycji jako nie odpowiadajacych ich wymaganiom, ale nie jestem do konca przekonany czy wyjdzie z tego cos dobrego dla mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coz, na razie to tyle. Trzymajcie za mnie kciuki dzis, bo przygotowuje Polish Night dla AIESECowcow i praktykantow. Bedzie prezentacja, muza tradycyjna i wspolczesna, Baginski, Przystanek Woodstock, Walibu, polskie zupki w proszku i slodycze. Salut!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-5279083874902292755?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/5279083874902292755/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=5279083874902292755' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5279083874902292755'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/5279083874902292755'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/pierwsze-dni-w-pracy.html' title='Pierwsze dni w pracy'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-242467796908032272</id><published>2007-07-24T02:23:00.000-07:00</published><updated>2007-07-29T11:31:27.826-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kamerun jako kraj'/><title type='text'>Pierwsze wrazenia z Kamerunu</title><content type='html'>Ten kraj jest niesamowity. Miasto wyglada tak, jakby caly czas toczyla sie w nim walka miedzy silami natury a ludzka kreacja - a inicjatywa wcale nie lezala po stronie ludzi. Palmy i inne rosliny wyrastaja doslownie wszedzie, niszcza asfalt, wciskaja sie w szczeliny miedzy plytami chodnikowymi [jesli juz gdzies takie sa], wspinaja po budynkach. Po ulicach biegaja pstro ubarwione jaszczurki, w domach pelno jest mrowek i komarow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zreszta same domy zbudowane sa tak, jakby mieszkancy zakladali, ze tej wojny z roslinnoscia nie wygraja. Wiekszosc domow ma co prawda glowna konstrukcje z cegiel, ale czesto za okap czy w ogole za dach robia dziwaczne polaczenia drewna, kartonu i blachy falistej. Jezeli juz gdzies jest cos na ksztalt werandy, to jest to prawdziwy popis budowania czegos z niczego. Drzwi czasem sa, czasem ich nie ma, podobnie okna - wszak dziura z siatka chroniaca przed komarami spelni swoja funkcje tak samo dobrze. Wszedzie pelno jest budynkow, ktore wygladaja jakby ktos zaczal je budowac, ale w polowie skonczyly sie pieniadze. Mimo to mieszkaja w nich ludzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiscie 90% budynkow jest niepomalowanych, ani od zewnatrz, ani od wewnatrz. Czasem, choc i to nie zawsze, sciany sa po prostu pobielone, choc deszcz zdazyl juz wytworzyc na nich wielkie zacieki. Dom kazdy buduje sobie sam, nie konsultujac sie z nikim, ciezko wiec mowic o jakichs ulicach - sa to raczej sciezki miedzy domami, oczywiscie nie wylozone niczym. Ot, piasek i skala, czasem jakies elementy betonowe. Takie baraki to tutaj najbardziej typowa zabudowa. &lt;em&gt;Z tego powodu, poza kilkoma glownymi traktami, ulice nie maja nazw, lecz numery. Okolice domku MC maja numery w okolicach 1.400.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;W centrum jest troche inaczej - sa szerokie ulice wylane asfaltem, choc tak dziurawe, ze chyba tylko auta terenowe sa w stanie jakos sie trzymac w tych warunkach. Wplywa to na sposob, w jaki ludzie traktuja tutaj samochody. Niemal wszystkie sa poobijane, maja popekane szyby, wiszace lusterka - troche jak z tej reklamy Peugota 206 ze sloniem. Widac jesli cos jest jeszcze w stanie jezdzic, to nie jest wazne jak wyglada nadwozie. Skoro zas nie jest wazne, jak wyglada nadwozie, to... nie ma co uwazac na inne pojazdy sunace ulicami, czy stojace na parkingu. Naprawde, ruch w miescie to jedna wielka anarchia, samochody wciskaja sie w wolne miejsca miedzy innymi autami tworzac sobie 3 pas ruchu na jezdni 2 pasmowej, wymuszajac pierwszenstwo [ale czy tu w ogole sa zasady pierwszenstwa?], zajezdzajac sobie droge. Cos takiego widzialem dotad tylko na filmach z Indii. Roznica miedzy ruchem tam i tu polega chybe glownie na tym, ze o ile w Indiach podstawowym wyposazeniem samochodu jest klakson, to tutaj klaksonu prawie nikt nie uzywa. Widac, ludzie bardziej ufaja czujnosci innych. Widac, nie do konca slusznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Podobnie jak w Kirgistanie, taksowki sa tanie jak barszcz [o ile to porownanie ma jakikolwiek sens ekonomiczny tutaj], co, w polaczeniu z brakiem publicznego transportu sprawia, ze praktycznie wszedzie jezdzi sie rzucajacymi sie w oko zoltymi autami lub motorami. Wszystkie taksowki to Toyoty Corolle. Wilfred mowi, ze to po prostu dlatego, ze sa najtansze, ale jakos wierzyc mi sie nie chce, zeby taka spojnosc byla mozliwa do osiagniecia w sposob niewymuszony. Z drugiej strony, nie wydaje mi sie, zeby istniala tu jakas korporacja taksowkarska. Ot, zagwozdka. Z jednej dzielnicy do drugiej przewoz kosztuje ok 200 frankow. Troche taniej jest wspomnianymi juz motorami i ostatnio preferuje ten wlasnie srodek transportu. Przygoda jest niezla. Wyobrazcie sobie super zatloczone i dziurawe jak powierzchnia Ksiezyca ulice, totalna anarchie na drodze, pieszych wciskajacych sie miedzy auta, motory zajezdzajace sobie droge, a Wy w srodku tego wszyskiego suniecie sobie 50 na godzine na bagazniku rzezacego motoru bez lusterek i sprawnych hamulcow. Wrazenie jest tak niesamowite i odstajace od czegokolwiek do czego jestem przyzwyczajony, ze czuje sie jakbym uczestniczyl w grze komputerowej. Zwlaszcza, ze jestem wyzszy od kierowcow, wiec perspektywa jest jak wyjeta z jakiegos Moto Racera.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Jedzenie? Coz, generalnie nie zdarzylo mi sie jeszcze jesc czegos identycznego jak w Polsce. W knajpie niedaleko mieszkania MC w menu jest m.in. mieso krokodyla, choc ostatnio akurat sie skonczylo, wiec jeszcze go nie probowalem. Wczoraj jadlem na lunch pieczonego jezozwierza, wczesniej bulion z nogi wolowej [nie zadne tam smaczne miesko, tylko kawal kosci z zylami] z jakimis dziwnymi warzywami o francuskiej nazwie ails, troche przypominajacymi kartofle... ale tylko troche. Generalnie w miejsce naszych polskich kartofli stosuje sie tutaj wlasnie ails, ryz, makaron lub kassawe, czyli inny rodzaj warzywa, przemielony i podgrzany nad ogniem. Ludzie tutaj jedza, rzeklbym, bardziej intensywnie. Jesli jedza ostro, to dla Polaka jest to naprawde ostro. Wczoraj na przyklad, jak sobie dolozylem czerwonego pieprzu do jezozwierza, to lzy naplynely mi do oczu po pierwszym kesie. Jesli zas jedza slodko, to az do mdlosci. Tam gdzie jemy sniadania i kolacje do picia mozna zamowic mleko, nesquick, kawe oraz napoj czekoladowy. Mleko to nie zadne mleko od krowy, ale zageszczone mleko rozpuszczone we wrzatku. Do tego mozna zamowic spaghetti z awokado, takze polane zageszczonym mlekiem. Jakby tego bylo malo, ludzie czesto slodza sobie dodatkowo to 'mleko' lub napoj czekoladowy kilkoma kostkami cukru. Coz, jestem pewien, ze taki zestaw sniadaniowy daje wiele energii, i o to chodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie z MC, a zwlaszcza Wilfred, sa wielbicielami piwa. Czesto zdarza im sie wypic piwo zamiast kolacji, a z tego co mowi Wilfred, wiele ludzi w Kamerunie preferuje piwo zamiast sniadania. Standardowy rozmiar butelki to 0,65l, sprzedawanych w przydroznych 'knajpkach' [czyli domkach, przed ktorymi stoja ze 3 stoliki z plastikowymi krzeslami]. Musze przyznac, ze w tym klimacie wypicie dwoch piw do lunchu potrafi czlowieka troche wytracic z rownowagi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobrze, akurat wczoraj rzeczywiscie w porze lunchowej bylo goraco, ale to, co mnie bardzo zaskoczylo po przyjezdzie tutaj to fakt, ze klimat jest naprawde przyjemny. Caly czas jest cieplo, ale raczej nie goraco, gdyz slonce ciagle przykryte jest chmurami. Niby jest pora deszczowa, ale pada rzadko i raczej niezbyt intensywnie. Taka nasza wczesna jesien, tylko 10 st. Celsjusza wiecej. Zapewne wynika to z bliskosci oceanu, a miejscowi mowia, ze jeszcze bede odszczekiwal slowa o przyjemnym klimacie gdy przyjdzie pora sucha... Ale poki co nie martwie sie tym zbytnio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ceny sa bardzo zroznicowane, w zaleznosci od tego czy kupuje sie dobra przetworzone czy nieprzetworzone. Jedzenie jest niesamowicie tanie - duze sniadanie, dobry obiad, porzadna kolacje, kazde z nich tak duze, ze nie potrafie zjesc ich do konca, mozna kupic po 500 frankow. Piwko do lunchu to kolejne 500 frankow. Zatem juz za 2000 frankow dziennie mozna sie obzerac do woli. Poniewaz jest bardzo cieplo, to na razie niemal nie czuje glodu, wiec jem razem z miejscowymi. A Ci jedza jeden, dwa posilki dziennie, wiec koszty sa jeszcze nizsze. Ostatnio zamiast w okolicy domku MC jedlismy w centrum Douali. Lunch kosztowal 1000 frankow i Wilfred byl tym wyraznie wzburzony. Kiedy nie dojadlem mojej porcji, wzial ja ode mnie ze slowami 'Zaplacilismy za to 1000 frankow, wiec trzeba zjesc do konca'. Przy okazji tego samego lunchu kupilismy od ulicznego sprzedawcy, chlopca moze 8-, moze 10-letniego, plyte Richarda Bony. Piracka rzecz jasna, ale cena i tak mnie zaskoczyla. Z poczatkowego 1000 frankow szybciutko zjechalismy do 500. Plyta za dolara? Ja wiem jak niskie sa koszty, ale ze komus chce sie w ten sposob zarabiac...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony wczoraj wybralem sie na zakupy chemiczne i ceny mydla, czy pianki do golenia byly na poziomie europejskim. Problemem jest niedobor towarow. Bylem chyba w dwoch najwiekszych centrach handlowych [ekhm] i w jednym z nich nie bylo w ogole przyborow do golenia i tylko jeden proszek do prania, jakis noname - przynajmniej jak dla mnie. W drugim sklepie bylo troche lepiej, ale tez nie mialem problemow z nadmiarem artykulow do wyboru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coz, tyle na razie jesli chodzi o moje obserwacje. Wkrotce napisze wiecej co sie dzieje u mnie osobiscie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-242467796908032272?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/242467796908032272/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=242467796908032272' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/242467796908032272'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/242467796908032272'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/pierwsze-wrazenia-z-kamerunu.html' title='Pierwsze wrazenia z Kamerunu'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-8927704559949113266</id><published>2007-07-22T04:52:00.000-07:00</published><updated>2007-07-24T02:31:18.170-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Moje perypetie'/><title type='text'>Nareszcie w Kamerunie</title><content type='html'>Basen. To pierwsze skojarzenie jakie mialem po ladowaniu. Wedlug informacji podawanych na pokladzie samolotu, temperatura powietrza to ok 25 st. Celsjusza. Faktycznie nie jest goraco, raczej parno. Wrazenie przebywania w szatni na basenie podkreslane jest tez przez drobne kafelki, jakimi wylozone jest lotnisko. Jakos nie moge przyzwyczaic mojego umyslu do mysli, ze po wyjsciu z budynku nie bede mogl odetchnac swiezym powietrzem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie. Pokazuje paszport i karte szczepienia przeciw zoltej febrze i zostaje poinstruowany, by odebrac bagaz, a potem zglosic sie do policji lotniskowej. W holu jest tloczno. Szukam wzrokiem kogos, kto moglby mnie oczekiwac. Nie jest to proste, bo ludzie zlewaja mi sie w jedna czarna mase, dojrzenie trzymanych przez nich kartek jest niemal niemozliwe. Nagle podchodzi do mnie jakis chlopak, wyciaga reke i mowi, ze jest Mark. Witam sie z nim i przedstawiam sie rowniez - nie jestem pewien, czy oczekiwal mnie, czy po prostu dojrzal okazje do zarobienia kilku groszy. Czeka ze mna na bagaz, potem prowadzi do kobiety, ktora sprawdza czy bagaz faktycznie nalezy do mnie. Prowadzi mnie do biura policji lotniskowej. Idzie kilka metrow przede mna, i to z moja walizka, a ja staram sie nadazyc za nim myslac ze zgroza, co by bylo, gdyby nagle zaczal wyrywac do przodu. Kilka maluchow zaczepia mnie z pytaniem, czy moga jakos pomoc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W biurze policji lotniskowej spotykam Wilfreda, ktory zaczyna rozmawiac z policjantem o mojej wizie. Cala procedura, lacznie z wycieczka do kantora, zeby wymienic pieniadze, trwa moze 15-20 minut. Kiedy juz mamy sie zbierac do biura wchodzi drugi policjant i zaczyna cos mowic wskazujac glowa na mnie. Wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich - oczywiscie - le blanc, "bialy". Wilfred mowi mu, ze nie znam francuskiego. No i sie zaczyna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowy policjant z usmiechem zadaje mi jakies pytania, przy ktorych drugi z nich i Wilfred chichocza pod nosem. A ja znowu wylapuje tylko pojedyncze slowa, wsrod nich "femme". No tak, to samo bylo w Kirgistanie - zarty na temat pieknych lokalnych kobiet uwodzonych przez obcokrajowcow, zyczenia znalezienia zony itp. Zreszta po chwili Wilfred potwierdza moje przypuszczenia. Okazuje sie, ze policjanci zyczyli mi znalezienia wielu zon w Kamerunie (wielozenstwo jest tutaj, przynajmniej wedlug tradycji, dozwolone). Odpowiadam powoli po angielsku, ze moja waliza nie pomiesci zbyt wielu kobiet. W koncu dochodzimy do konsensusu - bede mogl zabrac jedna jako partnerke, a jeszcze dwie do walizy. I tym konczy sie moja wizyta w biurze policji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazuje sie, ze Mark przez ten czas czekal na zewnatrz. Oczekuje ode mnie zaplaty za pomoc. Mam w reku plik banknotow 10,000 frankow srodkowoafrykanskich, reszta po wykupieniu wizy. Nie kumam jeszcze do konca ile sa warte, wiec pytam Wilfreda, ile powinienem mu dac. Wilfred rozmawia przez chwile z Markiem, nie moga dojsc do porozumienia, Mark chce widocznie stanowczo za duzo. Wilfred mowi do mnie 'Let's go' i rusza. Mark obskakuje nas po drodze, gestykulujac zywiolowo i podniesionym glosem domagajac sie zaplaty. W koncu wsiadamy do taksowki, ale Mark trzyma drzwi, kolo niego pojawia sie jeszcze dwoch jego kolego i wszyscy domagaja sie kasy. Kierowca rusza powoli, Mark przytrzymuje drzwi, wiec uderzamy nimi o jakis stojacy samochod. "Kaplica" mysle sobie, a tu nic - zero reakcji ze strony taksowkarza. Zatrzymuje sie tylko i zaczyna brac udzial w dyskusji. Nic nie kumam, ale chyba chodzi o to, ze uwaza, ze powinienem zaplacic. Wilfred sie z nim spiera, w koncu wyciaga 1,500 frankow i daje wyrostkom. Nareszcie ruszamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Troche rozmawiamy po drodze, ale glownie wlepiam wzrok w obrazki za szyba. Jeszcze na pokladzie samolotu dopadla mnie taka chwila zwatpienia, czy nie okaze sie, ze Douala to po prostu troche bardziej zacofane miasto typu europejskiego, czy nie okaze sie, ze moja praktyka bedzie doswiadczeniem porownywalnym z odbyciem stazu w, nie wiem, Skierniewicach czy Tomaszowie Jakimkolwiek. Ale to co roztacza sie przede mna w ogole nie przypomina Europy. Zrujnowane domy, ludzie jezdzacy kompletnie poobijanymi samochodami i motorami, zero zasad...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale o tym w jakiejs bardziej zebranej formie w kolejnym poscie. W ogole kolejne posty beda juz mniej narracyjne, a bardziej opisowe, wiec nie martwcie sie dlugoscia tego i poprzedniego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-8927704559949113266?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/8927704559949113266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=8927704559949113266' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8927704559949113266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8927704559949113266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/nareszcie-w-kamerunie.html' title='Nareszcie w Kamerunie'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-1138676348861648243</id><published>2007-07-22T03:00:00.000-07:00</published><updated>2007-07-24T02:31:18.170-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Moje perypetie'/><title type='text'>Jak NIE pojechalem do Kamerunu...</title><content type='html'>Powiem od razu, ze ten post bedzie malo interesujacy dla wiekszosci z Was, bo opisze w nim tylko pseudoprzygode, jaka mialem w zwiazku z formalnosciami na lotnisku w Warszawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale, ale - od poczatku. 16 kwietnia wyslalem maila do TN managera (osoby zajmujacej sie praktykodawca ze strony AIESEC) w sprawie stazu w firmie CAC, ktory znalazlem w naszym systemie komuterowym. 20 kwietnia bylismy juz w zasadzie dogadani, firma tez juz stwierdzila, ze im odpowiadam, wiec od strony AIESECowej wszystko bylu juz niemal gotowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;25 kwietnia - wyslalem Stephanie (TN managerowi) maila z pytaniem, czy powinienem zaczac proces aplikowania po wize. Tego samego dnia dostalem odpowiedz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"for the visa..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Don;t worry.. you will have it at the airport (for 1 month) then CAC will arrange for your residence permit."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to sprawdzilem jeszcze jak wyglada procedura wyrabiania wizy na kilku polsko- i obcojezycznych stronach, wlaczajac w to strone polskiego MSZ. Wszystkie te zrodla potwierdzaly wersje Stephanie, zreszta nie spodziewalem sie niczego innego. Tak wiec nasza komunikacja skoncentrowala sie na rzeczach takich jak wymagane szczepienia, praca, ktora bede wykonywal itp. Zaczalem tez mailowac z Malwina, Polka, ktora byla w Kamerunie prawie pol roku na praktyce wolontariackiej, oraz Andriejem, Ukraincem, ktory byl praktykantem w mojej firmie kilka miesiecy temu. Pozalatwialem rozne drobiazgi, w stylu miedznarodowego prawa jazdy, ot tak, bo przeciez moze sie przydac. Tak naprawde bylem do tego wyjazdu przygotowany lepiej, niz moglbym przypuszczac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wilfred (ktory przejal obowiazki Stephanie) byl ze mna w stalym kontakcie, dowiadywal sie, kiedy przylatuje i wytlumaczyl mi, ze potrzebuje tych danych, by zostawic podanie o wyrobienie mi wizy na lotnisku. Kamerun to jeden z najlepiej rozwinietych komitetow narodowych AIESEC w Afryce, organizujacy ponad 50 praktyk dla zagranicznych studentow rocznie, wiec bylem przekonany, dzieki ich doswiadczeniu o nic sie nie musze martwic. Zwlaszcza, ze Wilfred jest w AIESEC tutaj szefem wszystkich szefow (czyli MCP), w AIESEC juz bodaj 4 lata i generalnie robi wrazenie osoby bardzo 'do rzeczy'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przyjechalismy ze Swietka w piatek, 13 lipca (huhuhu) na lotnisko, bylo jeszcze zdrowo przed odprawa - chcielismy przejsc przez formalnosci jak najszybciej, zeby ewentualnie miec czas na drobne przepakowanie (w torbach bylo jakies 3 kilo nadbagazu, ale mialem nadzieje, ze ze wzgledu na dlugosc mojego pobytu w Kamerunie pracownicy lotniska przymkna na to oko). Ustawilem sie w kolejce jako pierwszy i gdy tylko rozpoczely sie odprawy, podszedlem do lady. Sympatyczna pani po sprawdzeniu biletu wklepala cos do komputera i zapytala, czy mam wize do Kamerunu. Odparlem wiec zgodnie z prawda ze nie i opisalem jej cala procedure, czyli ze na lotnisku w Douali juz czeka pismo o moim przylocie, dzieki czemu wyrobie sobie wize na miesiac, a potem - juz na miejscu - beda mogl ja przedluzyc na okres do pol roku. Sympatyczna pani odpowiedziala, ze musi sie z kims skonsultowac i zadzwonila po pracowniczke sekcji wizowej Okecia. Ta - nadmienie, ze juz nieco mniej sympatyczna - pani, gdy tylko mnie zobaczyla, zapytala, czy wiem, ze na wjazd do Kamerunu potrzebna jest wiza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"To Kamerun nie jest czlonkiem Unii Europejskiej?" - pozostawalo mi odpowiedziec, robiac mine bezbrzeznego zdziwienia, aby dopasowac sie do wyobrazenia kobiety o moim IQ. Nie zrobilem tego jednak i spokojnie (jeszcze) wytlumaczylem pani, jak wyglada sytuacja, czyli ze jade do pracy, ze wszystko zaaranzowala organizacja, ktora takich praktyk organizuje kilkadziesiat rocznie, a takze przedstawilem jej ponownie caly schemat postepowania wizowego, wraz z podaniem cen wiz. Kobitka na to, ze nie wpuszcza mnie na poklad samolotu, o ile nie mam promesy wizowej. Nie powiem, cala ta sytuacja zaczela mnie solidnie stresowac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieco-mniej-sympatyczna-pani odeszla gdzies, a ja w tym czasie zadzwonilem do Wilfreda z pytaniem, co to wszystko znaczy. On, zaspany, bo Kamerunie bylo jeszcze dobrze przed 7, nie bardzo wiedzial o co mi chodzi. Poradzil mi, zebym wytlumaczyl ludziom na lotnisku jak wyglada procedura. No, ale to juz przeciez zrobilem. W takim razie powinienem powiedziec im, ze AIESEC w Kamerunie robi wiele praktyk co roku i jeszcze sie nie zdarzyly takie problemy z wylotem. Hm... To tez juz przeciez zrobilem. Wilfred obiecal, ze postara sie odebrac ten list, ktory zostawil na lotnisku w mojej sprawie i przefaksowac go na lotnisko. Nie wygladalo to najlepiej, w Kamerunie bylo przed 7, a lotnisko w Douali to nawet nie Okecie, zeby pracowac w takich godzinach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczerze mowiac nie chcialo mi sie wierzyc, zeby Polacy, przy swoim generalnie elastycznym podejsciu do procedur, widzac, ze jestem kompetentny jesli chodzi o proces wizowy w Kamerunie (w szczegolnosci wiem, ze do Kamerunu wiza jest jednak potrzebna) mogli mnie nie puscic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieco-mniej-sympatyczna-pani przyszla po jakims czasie z wygladajaca-bardzo-powaznie-pania, ktorej z kolei powiedzialem, ze jesli jest taka potrzeba, to moge przedstawic list zapraszajacy od firmy oraz wszystkie pozostale dokumenty potrzebne do wyrobienia wizy na miejscu. Pani obiecala, ze sprawdzi jeszcze raz, czy moge leciec i oddalila sie. Dzwonilem i SMSowalem do Wilfreda, wciaz chyba jednak bardziej poirytowany tym trwajacym juz dobra godzine horrorem niz zdenerwowany mozliwoscia skreslenia mnie z listy pasazerow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W-b-p-p wrocila i powiedziala, ze jednak bez promesy mnie nie pusci. Zaoferowala w zamian, zebym poszedl do Swissa i przebukowal lot. Poprosilem, zeby poszla ze mna. Po drodze zapytalem, dlaczego w zasadzie nie chca mnie puscic, przeciez to ja ponosze ryzyko nie zostania przyjetym do kraju. Odpowiedziala, ze jesli nie bede mial wymaganych dokumentow, to urzednicy w Douali moga zazadac od Swiss odszkodowania. Zapytalem wiec, czy jesli wytlumacze pracownikom przewoznika jaka jest sytuacja, to czy oni moga sie zgodzic na moja odprawe. W-b-p-p zachnela sie, ale odpowiedziala, ze owszem, choc watpi, czy beda chcieli zrobic cos innego, niz ona radzi. Jej rola to po prostu bycie doradca w takich sytuacjach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszlismy do biura Swiss i w-b-p-p przywitala sie slowami "Dzien dobry paniom. Pan tutaj nie ma promesy, wiec go nie puscimy."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doradca...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiec jednak nigdzie nie polecialem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1,5 godziny nerwow i poczucie jakiejs takiej bezsily sprawilo, ze przez reszte dnia bylem nieobecny. Kto zawinil? Czy ja cos przegapilem? Czy to wina AIESEC na miejscu? Pracownikow lotniska? Generalnie staram sie internalizowac poczucie odpowiedzialnosci za to, co dzieje sie w moim zyciu. Wiec jednak ja nie dopilnowalem... Ale dlaczego nigdzie nie natrafilem na informacje na temat wymaganej promesy do Kamerunu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie kraje w jakich dotychczas bylem albo nie wymagaly wizy od Polakow (UE, Kirgistan, Balkany), albo mozna ja bylo wyrobic w kraju, w ktorym akurat bylem (Uzbekistan, Rosja). Generalnie niezle sie czuje z formalnosciami, kiedys np na granicy z Bialorusia bylem lepiej poinformowany od celnikow jesli chodzi o procedury wizowe w ZBiRze (choc Niezgi pewnie nie wspomina tego tak rozowo ;)). A tutaj cos takiego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bilet przebukowalem na kolejny piatek. Jeszcze tego samego dnia zadzwonilem do sekcji wizowej na Okeciu, by dowiedziec sie, jak taki dokument powinien wygladac. Potem napisalem do Wilfreda w tej sprawie. Wilfred na poczatku tygodnia zlozyl aplikacje na lotnisku w Douali, otrzymal podpis i przeslal mi zeskanowany dokument w srode wieczorem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czwartek rano podsylam go do sekcji wizowej na Okeciu z prosba o potwierdzenie jego waznosci. Odpowiedz - nie, dokument sie nie nadaje. Dzwonie do nich, odbiera jakis facet (na maila odpisywala mi kobieta, Anna Palka). Pytam co jest nie tak, tlumacze jeszcze raz, ze nikt na dobra sprawe w tym Kamerunie nie wie o co chodzi, ze to jest przeciez dokument podpisany przez urzednika lotniskowego. W koncu ustalamy, ze jesli w tym samym dokumencie zamiast "ask for your assistance" bedzie "ask you to confirm" w sprawie wyrobienia wizy, to bedzie ok. Hm, jesli urzad wydajacy wize (policja lotniskowa) podpisal, ze pomoze przy wyrobieniu wizy, to chyba... No niewazne, pisze i dzwonie do Wilfreda w tej sprawie, on mowi, ze postara sie to ad hoc zalatwic. Ja w tym czasie dzwonie do jakiegos biura podrozy zapytac, jak oni wyrabiaja promesy. Coz, oni wyrabiaja wizy przez partnerska firme w Kamerunie. Ambasada Kamerunu w Rosji nie odbiera, biuro w Bonn jest wiecznie zajete, biuro ds. wspierania turystyki w Kamerunie we Francji nie wie nic o promesie, ambasada w Paryzu nie odbiera, ambasada w Wielkiej Brytanii tez nic nie rozumie - albo wyrabiam wize w jakiejs ambasadzie, albo lece i probuje na lotnisku. Jaka promesa?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skolowany, dostaje wreszcie po poludniu dokument od Wilfreda. Juz bardziej explicite sie tego napisac nie da: biuro stwierdza, ze jesli bede mial wazny paszport, potwierdzenie szczepienia przeciw zoltej febrze, ubezpieczenie i 93 USD, to wyrobia mi wize.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Warszawy mam jechac nocnym. Generalnie szacuje, ze pociag moze sie spoznic do 2 godzin, potem nie zdaze oplacic doplaty do biletu i sie odprawic. Tymczasem pociag startuje ze Szczecina Glownego z 40 minutowym opoznieniem, tylko po to, by zatrzymac sie za 5 minut na kolejne 20 minut, podjechac jeszcze ze 3 kilometry i zatrzymac nastepne na 20 minut. Jakis pociag przed nami sie wykoleil. Konduktor nie chce mi powiedziec o ktorej realnie mozemy byc w Warszawie. To jakis spisek...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak ruszamy, w Szczecinie Dabiu jestesmy z ponad 1,5 godzinnym opoznieniem. Mam juz dosc, ide spac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak zdazylem. Na lotnisku horroru czesc kolejna. Przy odprawie ponownie pytanie o promese, wiec daje nowy dokument wyslany przez Wilfreda. Pani za bardzo sie on nie podoba, wiec wzywaja... Anne Palke, ktora rozpoznaje w pismie to samo, ktore wczoraj odrzucila. Klaruje jej, ze wcale nie, ze rozmawialem z jej kolega dzien wczesniej i pismo jest zmienione zgodnie z jego zyczeniem. Panna Anna znika z dokumentem i wraca gdzies po 20 minutach. Jej pierwsze slowa "Nie mam dla pana dobrych wiadomosci" faktycznie nie wroza nic dobrego. No i slysze, ze znowu nie polece. Powtarzam wiec, ze rozmawialem z jej kolega, na co pani Ania mi przerywa i mowi, ze ona z nim rozmawiala i na pewno nic takiego nie powiedzial.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nozem ja..?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie dosc ze maja mnie za idiote, to jeszcze za klamce lub schizofrenika. Naprawde mam tego dosc, ale starajac sie (ze srednim powodzeniem) zachowac spokoj powtarzam moja mantre, ze nikt w Kamerunie, ani ich przedstawicielstwach z ktorymi rozmawialem, nie wie nic o zadnej promesie, ze chce zeby mnie puscili, ze organizacja, praca itp. W koncu pani Ania dzwoni do swojego szefa i tlumaczy mu moja sprawe mnie wiecej tak: "Bo pan tutaj ma aplikacje w ktorej prosi o wyrobienie wizy, podpisana nieczytelnie przez jakas osobe, ktorej nie znam". Koszmar jakis, doradcy-decydenci i samodzielni modyfikatorzy pism. Ciekawe czy zdusilaby z testu werbalnego 20 centyli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szef mowi gora dwa zdania i sie rozlacza, a pani Ania - niepyszna - oddaje mi dokument mowiac, ze szef wyrazil zgode, ale dla niej to wcale nie wyglada na dokument urzedowy. Jej kolezanka mowi, ze mozna jeszcze zadzwonic do kogos innego, moze on sie nie zgodzi. Horror! Boze, zaraz zacznie sie szukanie na lotnisku kogos, kto moglby sie nie zgodzic. Pracownikow jest duzo, kogos na pewno uda sie namowic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani Ania chwile sie wacha, powtarza, ze dla niej nie jest to dokument urzedowy, ale kaze mnie odprawic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zakonczenie powiem, ze wize na lotnisku w Kamerunie wyrobiono mi w 15 minut, bez najmniejszych problemow, wrecz z pocalowaniem w raczke, ze byla wczesniej informacja o moim przylocie. Na zakonczenie urzednik pozyczyl mi znalezienia wielu zon w Kamerunie i sie pozegnalismy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Epilog jest taki: nigdy wiecej nie lece z Okecia do panstwa, do ktorego nie bede mial wizy. Cala ta zabawa w telefony miedzynarodowe i przebukowywanie biletow kosztowala moja rodzine kolo 1000 zl, a jesli doliczyc utracone wynagrodzenie, to ponad 1500 zl. Wszystko to po to, bym mogl sie stac byc moze jedynym posiadaczem promesy do Kamerunu na swiecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I rady dla Was:&lt;br /&gt;1. Nawet jesli wszyscy twierdza, ze formalnosci sa dopelnione, to trzeba sie upewniac w biurze wizowym na Okeciu. Oni wiedza lepiej.&lt;br /&gt;2. Rozmowy z pracownikami nagrywac.&lt;br /&gt;3. Tak chyba najprosciej - z Okecia nie latac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe ile osob dotarlo do konca tego posta. Nie planowalem, ze bedzie az tak dlugi, ale na samo wspomnienie wciaz mnie nosi. Trauma po prostu no...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale spoko, kolejne posty beda juz o Kamerunie. Obiecuje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-1138676348861648243?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/1138676348861648243/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=1138676348861648243' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/1138676348861648243'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/1138676348861648243'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/jak-nie-pojechalem-do-kamerunu.html' title='Jak NIE pojechalem do Kamerunu...'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-6089779123788330563</id><published>2007-07-17T06:29:00.000-07:00</published><updated>2007-07-17T06:32:03.051-07:00</updated><title type='text'>Skad ten Kamerun?</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;Moi drodzy, nauczony doswiadczeniem bloga z Kirgistanu, na ktory wchodzily osoby nie zawsze zwiazane z AIESEC (wsrod slow kluczowych, ktore zaprowadzily ludzi na tamtego bloga sa m.in. "nekrofili xxx" i "wisielczy humor wikipedia" i "jaksie kochala caryca"), postanowilem rozpoczac publikowanie od krotkiego wyjasnienia, jak znalazlem prace w Kamerunie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;AIESEC, ktorego bylem czlonkiem, to globalna organizacja studencka, ktorej celem jest rozwijanie mlodych ludzi, by mogli miec pozytywny wplyw na spoleczenstwo. Rozwoj odbywa sie na 3 rozne sposoby: przez zdobywanie doswiadczenia jako lider projektu lub oddzialu organizacji; uczestnictwo w warsztatach, uczenie sie od innych czlonkow; uczestnictwo w miedzynarodowych stazach.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;Do AIESEC przystapilem jesienia 2004 roku, bedac na I roku studiow i przez nieco ponad 2 lata dlubalem przy roznych rzeczach, zdobywajac doswiadczenie na dwa z wyzej wymienionych sposobow. Od dluzszego czasu nosilem sie z zamiarem skorzystania takze i z trzeciego, wiec zaczalem szukac sobie odpowiedniej praktyki. Jakos w kwietniu natrafilem na interesujaca praktyke w Kamerunie, nawiazalem kontakt z sympatyczna Kanadyjka pracujaca dla tamtejszego AIESEC i w cztery dni bylismy dogadani.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;AIESEC na miejscu zawsze zajmuje sie wszelkimi formalnosciami. Moim zadaniem przed wyjazdem bylo w zasadzie kontrolowanie ich od czasu do czasu, porobienie szczepien itp...&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;Juz na miejscu czlonkowie AIESEC pomagaja znalezc mieszkanie, ogarnac sie ze wszystkimi formalnosciami, kontroluja czy wszystko gra w pracy. W razie konfliktow z pracodawca zajmuja sie mediacja, a jesli praktyka zostanie przerwana nie z winy praktykanta (choc rzadko dochodzi do tak powaznych problemow), to AIESEC na miejscu ma obowiazek zapewnic inna o podobnym standardzie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;Slowem - super sprawa, wyjazd stosunkowo bez ryzyka do krajow nieco innych niz te w stylu Work and Travel. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;Wiecej informacji na www.aiesec.pl&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style=""&gt;&lt;span style="font-size: 10pt; font-family: Arial;"&gt;PS. Oczywiscie w tej idylli czasem trafiaja sie przygody takie jak moja... ale o tym w kolejnym poscie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-6089779123788330563?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/6089779123788330563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=6089779123788330563' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6089779123788330563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/6089779123788330563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/skad-ten-kamerun.html' title='Skad ten Kamerun?'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2599988428080494619.post-8006904948233510295</id><published>2007-07-17T06:26:00.000-07:00</published><updated>2007-07-17T06:28:41.103-07:00</updated><title type='text'>Raz pierwszy</title><content type='html'>Witam na blogu dokumentujacym moja podroz do Kamerunu. Czeka nas kilka miesiecy wspolnego poznawania kolejnego fascynujacego zakatka planety. Fajnie, co? :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na razie wyjasnie tylko pochodzenie nazwy bloga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otoz moja pierwotna data wylotu byl piatek, 13 lipca. Bilet powrotny wystawiony mam natomiast na 13 kwietnia. Wydawalo mi sie to niesamowicie zabawne, dopoki z powodu splotu roznych czynnikow nie zostalem zatrzymany na Okeciu w ow felerny dzien. Kolejna proba w najblizszy piatek...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2599988428080494619-8006904948233510295?l=www.bmajewski.com%2Fwww%2Fcameroon%2Fblog' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/8006904948233510295/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='https://www.blogger.com/comment.g?blogID=2599988428080494619&amp;postID=8006904948233510295' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8006904948233510295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2599988428080494619/posts/default/8006904948233510295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://www.bmajewski.com/www/cameroon/blog/2007/07/raz-pierwszy.html' title='Raz pierwszy'/><author><name>Bartek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12952081839243162314</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:extendedProperty xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' name='OpenSocialUserId' value='00240727843004551691'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
