Moj ojciec zwrocil mi ostatnio slusznie uwage, ze miasta portowe maja w wiekszosci swoj wlasny, dosc specyficzny klimat. Szczecin na przyklad, gdy moj ojciec przyjechal do niego na studia w 1981 roku, nazywany byl 'miastem dziwek, cinkciarzy, UBekow i marynarzy'.
W Douali nie spotkalem na razie tylko UBekow.
Zlodzieje wynagrodzili mi to z nawiazka.
Witamy w Douali - miescie portowym!
Miasto dziwek...Douala to jedna wielka kurwiarnia.
Nie, nie uzyje innego slowa, nie ogranicze sie eufemizmami, nie zajrze do slownika. Kilka osob, z ktorymi rozmawialem i korespondowalem przed i zaraz po przyjezdzie staralo mi sie to juz wczesniej przekazac w zawoalowanej formie, ale w zyciu bym sie nie domyslil, co zastane.
Kurwiarnia. Tak, to slowo, ktore idealnie oddaje to, co dzieje sie w miescie.
Nie chodzi nawet o to, ze prostytutek jest tu po prostu bez liku. Ze czasem, gdy akurat nie zlapie taksowki od razu pod praca i musze przejsc ze dwie przecznice, zdaze w tym czasie zostac zaczepiony przez 3 kobiety. Nadmienie tylko, ze nie licze tutaj tych, ktore zaledwie cmokaja na moj widok, bo to tutaj czesta forma przyciagania uwagi, takze w handlu ulicznym, wiec kto wie, moze akurat chca sprzedac mi orzeszki ziemne. Licze tylko te, ktore zastepuja mi droge i slodziutkim glosem pytaja "sa va?" ["jak leci?"], a kiedy mijam je bez slowa, probuja mnie zatrzymac lub odslaniaja czesc swych wdziekow. A jest przeciez dopiero 19 i jestesmy w centrum miasta!
Stare i mlode, smukle i grubaski. Wiele naprawde ladnych. Inne takie, ze az sie chce uciec na druga strone ulicy. Cen nie znam, ale mysle, ze miedzy 5 a 15 tys frankow za noc.
No ale przeciez napisalem, ze wcale nie chodzi o prostytutki.
Otoz moi drodzy, taniec godowy samca homo sapiens rasy kaukaskiej wokol samicy rodem z Douali, rozpisany na poszczegolne etapy najbardziej szczegolowo jak sie da, wraz ze wszysktimi niuansami i istotnymi dla powodzenia tego procesu drobiazgami znajdziecie ponizej.
1. Znalezc sie w polu widzenia samicy.
2. Sukces!
Nieskomplikowane, prawda? Na tyle nieskomplikowane, ze czasem mozna przez pomylke zostac uznanym za zainteresowanego.
Wybralismy sie grupa osob z pracy na clubbing w piatek. Prowadza mnie do jednego klubu, zamawiamy piwo i siadamy przy kontuarze: Eugene, Melissa, ja i Ruben. Nagle ktos klepie mnie po plecach, wiec odwracam sie myslac, ze to jeden z kumpli, ktorzy maja do nas dolaczyc. A tu prosze - jakas niewysoka murzynka koniecznie chce mnie poznac. Troche skolowany bakam, ze nie mowie po francusku. Jej najwyrazniej to nie przeszkadza i lamana angielszczyzna koniecznie probuje dowiedziec sie, jak mam na imie. Odpowiadam wiec i milkne, liczac, ze dziewcze sobie za chwile pojdzie. Ona jednak nie daje mi spokoju, az w pewnym momencie pyta mnie, czy Melissa to moja dziewczyna. Eureka! Spogladam na Melisse pytajacym wzrokiem, a widzac, ze chyba wie o co mi chodzi, odpowiadam, ze tak. Moja nowa znajoma rzuca cos do Melissy i oddala sie pospiesznie. Widac nagle stalem sie o wiele mniej interesujacy.
W tym klubie spedzilismy, chilloutujac sie, jakies 1,5h. To znaczy reszta sie chilloutowala, a ja srednio co 15 minut musialem sobie radzic z nowymi znajomymi co, zwazywszy, ze glupio mi bylo caly czas powolywac sie na Melisse, stawalo sie momentami bardzo uciazliwe.
Potem przenieslismy sie do chyba najbardziej lanserskiego klubu w miescie, Royal, gdzie wejsc mozna praktycznie tylko grupa i to tylko, jesli kazdy wylozy po co najmniej 5 tys. Tutaj na szczescie na parkiecie bylo ok, poza tym zawsze mozna sie odsunac lub odwrocic, wiec w zasadzie jedynymi niebezpiecznymi momentami byly przejscia z i na parkiet oraz wycieczki do toalety.
Gdyby okazalo sie, ze kobiety w Douali po prostu leca na Europejczykow jak dzikie, to jeszcze przeciez nie bylby powod, zeby okreslac miasto tak niepochlebnie jak to zrobilem. Gorzej, ze gdybym uwierzyl w to, ze nagle zaczalem wygladac jak Brad Pitt i rzeczywiscie sprowadzil jakas do domu, to najprawdopodobniej rano musialbym sie rozliczyc z nocnych igraszek.
Gdy uslyszalem o tym po raz pierwszy, nie moglem do konca w to uwierzyc. Zwlaszcza, ze powiedzial mi o tym lysiejacy Francuz pod 40-tke, ktory jeszcze chwile wczesniej sliniac sie obmacywal kelnerke ze slowami "Zona i dzieci wyjechaly na wakacje. Nareszcie mozna sie zabawic" w elitarnym (3,5 tys za piwo!) barze kolo mnie. Niezbyt plynnym (jesli nie liczyc alkoholu w wydychanym powietrzu), choc dosc poprawnym angielskim instruowal mnie, ze trzeba "widywac sie" w tym samym czasie z co najmniej dwiema dziewczynami i nie pozwalac zadnej byc ze soba dluzej niz miesiac. No i wytlumaczyl mi, ze zawsze rano trzeba sypnac 10 000 - 20 000. Zastanawialem sie na ile jego slowa moga byc miarodajne, wiec zapytalem kumpli z pracy, jak to z tym jest. Potwierdzili, choc podali kwoty w granicach 5 000 - 10 000. Nawet nie zapytalem, czy oni tez placa, czy sa to moze ceny tylko dla bialych. Chyba nie chce wiedziec.
Jak to jednak warto poznawac nowych ludzi, niezaleznie od ich sposobu prowadzenia sie. Pewnie gdybym poszedl do klubu bez tej wiedzy, bylbym bardzo dumny z powodzenia, jakim ciesze sie wsrod dziewczat o kasownikach w oczach.
...cinkciarzy...Kamerun, jak zreszta wszystkie kolonie francuskie w srodkowej i zachodniej Afryce, ma ustalony sztywny kurs wobec Euro (wczesniej franka francuskiego), zas obrot waluta jest reglamentowany. Do jak absurdalnych sytuacji moze to prowadzic obrazuje historia dewaluacji franka srodkowoafrykanskiego. Dokonuje sie ich niezwykle rzadko, od lat 50. bodaj tylko 3 razy, za to ostatnia uciela tutejszemu frankowi polowe wartosci. Rozumiecie? Waluta z dnia na dzien stala sie o polowe tansza.
Reglamentacja sprawia, ze pieniadze trzeba wymieniac na ulicy, u roznych pogodnych i absolutnie nie kryjacych sie ze swoim fachem handlarzy. Ich duze skupisko znajduje sie przed hotelem Akwa, najbardziej elitarnym i najdrozszym hotelem w miescie. Wymieniac mozna wiekszosc najpopularniejszych walut (niestety, nie zlotowki), co ciekawe, po dosc uczciwym kursie. Dwa tygodnie temu dostalem 480 frankow za kazdego dolara i jest to dokladnie taki kurs, jaki byl (dzis, co prawda) oficjalnie podawany. Nie wiem, czy fluktuacje byly w miedzyczasie duze, ale mysle, ze nie wieksze niz 3%.
...złodziei...Zacznijmy od tego, ze niemal wszyscy tutaj staraja sie zedrzec ze mnie kase. Przejazdy taksowka za 2 stowy skonczyly sie z dniem, w ktorym zaczalem sam nimi jezdzic. Teraz juz wiem, ze o ile nie ustale ceny przed wsiasciem do samochodu, to do czasu jazdy bede musial doliczyc 5-10 minut na negocjacje na koniec, po ktorych i tak bede musial zaplacic ze 400. W czesci restauracji i knajp w menu nie ma cen, a kelnerki zadaja ode mnie srednio 2 razy wiecej niz od innych. Ludzie podchodza na ulicy proszac o pieniadze, potrafia byc strasznie natarczywi, kiedy jedni przestaja, podchodza kolejni i tak w kolko, az sie odechciewa wychodzic na miasto. Nawet ochrona przy bramie do mojego apartamentowca czasem prosila o stowke albo dwie. Zdecydowanie, choc uprzejmie odmawialem i na szczescie przestali.
To zebractwo na ulicy potrafi przyjac niebezpieczne formy. W niedziele spacerowalem po Akwa, najbardziej chyba reprezentacyjnej ulicy miasta, kiedy dwoch malych urwisow podbieglo do mnie i zaczelo domagac sie pieniedzy. Wsadzilem rece do kieszeni, co by chronic portfel, ale jeden z maluchow (wpatrujac sie w moja twarz blagalnym wzrokiem) chyba tego nie zauwazyl i siegnal po niego. Nadzial sie na moja reke, co nie przeszkodzilo mu zgrywac dalej biednego zebraka dopoki nie przeszedlem przez jezdnie.
Ale to pikus. We wtorek wyszedlem z kolacji ze znajomymi w centralnej czesci Akwa, wraz ze mna wyszla Collette, praktykantka z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Byla moze 9:30, na pewno przed 10 wieczorem, zaden tam srodek nocy. Collette miala jechac w jedna strone, ja w przeciwna, ale zaproponowalem, ze poniewaz jest ciemno, to poczekam z nia na taksowke po jej stronie ulicy. I wtedy zaczela sie akcja.
Podchodzi do nas jakis chlopak, moze 16 lat i prosi o pieniadze. Nie reagujemy, wiec odchodzi i znika gdzies w ciemnosciach. Po chwili podbiega do nas jakis dzieciak, ktory wydaje mi sie dziwnie znajomy. To ten sam, ktory probowal mnie skroic dwa dni wczesniej. Mowie mu, ze nie ma szans, zebym mu dal pieniadze. Podnosze wzrok, a tu przede mna 4 jego kolegow, w tym 2 dryblasow mojego wzrostu. Osaczyli nas polkolem. Chca pieniedzy.
Sytuacja wyglada kiepsko. Za nami zaparkowane samochody. Przed nami oni. Taksowki nie chca sie zatrzymac. Sytuacja jest patowa. Zupelnie nie wiem co zrobic. Zwlaszcza, ze ze mna wciaz jest Collette.
W koncu po prostu ruszamy przed siebie, miedzy nimi, przez jezdnie.
Nie zatrzymuja nas, nie ida za nami. Kiedy jestesmy po drugiej stronie jezdni, odwracamy sie. Tamtych juz nie ma.
Odetchnelismy, a Collette zaczyna mnie przepraszac mowiac, ze nie wiedziala, ze tutaj tak jest, ze przeciez ona mieszka w Douali juz dobre pol roku i nigdy sie jej to nie zdarzylo. Ustalamy, ze wezmiemy taksowke do mnie, a potem ona juz cos zlapie do siebie.
I wtedy znow pojawia sie ten maly demon. Tym razem ma ze soba tego Pierwszego, ktory nas zaczepil i jeszcze innego, troche wyzszego ode mnie... i na pewno lepiej zbudowanego. Ten staje dokladnie przede mna, zebym nie mogl zlapac taksowki, Pierwszy staje za nami, maly jest przy mojej prawej rece, ktora mam wsadzona do kieszeni z portfelem. Znowu pat, znowu taksowki przejezdzaja nie zatrzymujac sie, a duzy z lekko zmruzonymi oczami domaga sie pieniedzy.
Nagle maly przeklada reke pod moim ramieniem i lapie mnie za dlon, ktora mam na portfelu. Ten z tylu lapie za portfel. Instynktownie odkrecam sie przez lewe ramie. Pierwszy puszcza. Maly traci rownowage i leci za moim barkiem. Wciaz trzyma za dlon.
Collette daje malemu w pysk, przebiega obok dryblasa i zatrzymuje przejezdzajaca taksowke. Wsiada. Duzy zastawia mi droge, odpycham go, Pierwszy szarpie mnie za reke, probuje zerwac ja z portfela. Wsiadam, ale drzwi sa wciaz otwarte. Pierwszy blokuje je cialem, wciaz szarpie mnie za reke. Taksowka nie rusza, Collette krzyczy na kierowce. Toczymy sie, ale wtedy Pierwszy zastawia sie i probuje wyciagnac mnie z auta. Odwijam sie do srodka samochodu, tamten traci rownowage, puszcza.
Jedziemy. Nikt sie nie odzywa.
...i marynarzy.Coz, marynarzy tak naprawde nie spotkalem, zreszta Douala wraz z szybkim wzrostem liczby ludnosci utracila czesciowo swoj charakter miasta zyjacego z morza. Nie przelozylo sie to, jak widac, na zmiane kultury mieszkancow.
Miejsce niegdysiejszych marynarzy zajeli pracownicy kontraktowi roznych spolek, najczesciej francuskich, zwiazanych z wydobywaniem i obrotem surowcami. Kolonizatorzy dzisiejszego swiata. Jednego takiego juz Wam przedstawilem.
Na pytanie, ile czasu siedzi w Kamerunie, odpowiada krotko "8 lat. Za dlugo". Siedzimy w barze, jest sroda, wiec knajpa swieci pustkami. Wlasnie wprowadzilem sie do mojego mieszkania i postanowilem troche poznac okolice i napic piwa w jakims przyjemnym miejscu. Braziliana Tropicana to pierwszy bar, jaki napotkalem. Wciaz mysle kategoriami europejskimi, wiec stwierdzam, ze wyglada ok, choc bez przesady, siadam na stolku przy kontuarze i zamawiam piwo. Pytam o cene i o malo nie krztusze sie pierwszym lykiem marki "33". 3500 frankow.
Francuz klei sie do wszystkich dziewczyn pracujacych w barze. Po tym jak naobmacywal sie kelnerki, zaczal lapac za reke barmanke i cos jej obiecywac. Ona wdzieczy sie do niego, choc niespecjalnie dobrze wychodzi jej udawanie. Na parkiet wychodza 4 tancerki w brazylijskich strojach karnawalowych i zaczynaja bujac sie do dudniacej muzyki z glosnikow. Nie wiem czy w calym klubie uzbiera sie z 10 gosci, ale praca to praca. Po skonczonym show podchodza podrygujac do mojego Francuza i krzyczac 'motivators! motivators!' czekaja na zachete do pomachania biustem specjalnie dla niego. On wyciaga jakies laminowane kupony i otrzymuje, co chcial. Pytam kelnerki, co to za motywatory, na co ona wyciaga spod lady wydrukowane karty z logo klubu o nominalach od 1000 do 5000 frankow. Mowi mi, ze jesli chce, to moze zaraz zawolac dziewczyny do mnie, abym je zmotywowal. Odpalam jej, ze poki nie mam 40 lat, brzucha i lysiny nie bede uciekal sie do motywatorow. Nie jestem pewny czy zrozumiala.
Sympatyczna kobieta swoja droga. Ma prawie 30 lat, choc nie wyglada, zreszta wciaz bardzo trudno mi ocenic wiek u tutejszych kobiet. Od ponad 2 lat pracuje w klubach nocnych, choc zdaje sie ze dopiero od niedawna jako barmanka. Nie pytam o szczegoly. Przed barami nocnymi byla kelnerka w restauracjach, ale rzucila to, bo tutaj lepiej placa. Ma coreczke, 8-latke, choc nie widuje jej za czesto - pracuje przez szesc nocy w tygodniu, a w ciagu dnia mala jest w szkole.
Chyba nie do konca slusznie interpretuje moje zainteresowanie, bo w pewnym momencie pyta, czy jesli to ona dla mnie zatanczy, to dostanie motywatory. To byl moj pierwszy wieczor na miescie (to bylo ponad tydzien temu), wiec po prostu uznalem, ze trafilem w nieodpowiednie miejsce. Podziekowalem, zaplacilem i wyszedlem.
Miasto grzechuNa koniec chce Wam wyjasnic, ze nie cierpie na negatywne objawy szoku kulturowego, nie mam dosc tego miejsca ani swojej praktyki, co wiecej, ciesze sie, ze Douala jest tak intensywnie rozna od czegokolwiek, czego dotychczas zaznalem. Ostatnie 2 tygodnie byly niesamowicie intensywnie, poznalem ponad 100 osob, dowiedzialem sie wiele o tym zakatku swiata i ludziach tutaj, a wciaz jeszcze tyle przede mna... A to, ze miasto pokazalo mi swoja brzydsza twarz wcale nie odbiera mu uroku.
Dzisiejszego posta dedykuje Bertowi, ktore caly czas krecil sie kolo mnie, gdy pisalem. Znacie Berta? Opowiem Wam o nim nastepnym razem.
Etykiety: Kamerun jako kraj, Moje perypetie