niedziela, 11 listopada 2007

Obrazki z Afryki II

W duzych miastach Kamerunu pracy nie ma zbyt wiele, dlatego wielu mieszkancow para sie handlem ulicznym. Chodniki pelne sa sprzedawcow oferujacych karty prepaidowe, zegarki, buty, owoce, paski, pieczone ryby, orzeszki ziemne, chipsy z plantain, krawaty czy szaszlyki. Co znaczniejsi maja jakis maly kramik, w ktorym wystawiaja swoje towary. Ci, ktorzy wybrali gastronomie, siedza przy swoich stoliczkach, na ktorych poustawiane sa flaszki po wodce i whisky wypelnione np caramel, czyli orzeszkami ziemnymi w karmelu obsypanymi cukrem. Pozostali, choc poruszajacy sie wsrod innych pieszych, sa latwo rozpoznawalni po tym, ze cali obwieszeni sa towarami. Lancuchy powiazanych butow, girlandy kart prepaidowych, petle z krawatow... Ci od obuwia to moi ulubiency - mimo, ze ciagle w ruchu, na glowie zawsze maja jednego buta, ktory z daleka sygnalizuje czym zajmuje sie utrzymujaca go postac. Takie chodzace reklamy Adidasa, przepraszam: 'Adidasa'.

Buty na glowie moze i wygladaja dziwnie, ale wcale nie wyczerpuja arsenalu mozliwosci transportowych tej - jak sie okazuje - pelnoprawnej ludzkiej konczyny. Plastikowy worek wypelniony drobnymi towarami o wysokosci rownej wzrostowi niosacego go czlowieka. Wiadro z ktorego az wylewa sie woda. Metalowa taca o polmetrowej srednicy, a na niej tuzin jajek, bagietki, sloik z majonezem, makaron... Wystarczy podejsc, a kilka sprawnych ruchow tragarza sprawi, ze bedziesz mogl napelnic zoladek typowym lokalnym zapychaczem. W wiekszosci wypadkow miedzy glowe a transportowane dobro wklada sie taka niby gabke z materialu, ktora pomaga utrzymac wszystko w pionie. Ludki sprzedajace buty sa jednak twardzielami i nie uciekaja sie do takich ulatwien.

Wracajac do aspektow ekonomicznych handlu ulicznego - konkurencja jest duza, a klientow niewielu. Dziewczyny siedzace po 2-3 miedzy zaparkowanymi samochodami, wolajace znudzonym glosem za przechodniami 'Orange? MTN?' sprzedaja moze 5 kart dziennie, i to przewaznie o niskich nominalach. Ilu przypadkowych pieszych kupi krawat? Handlarze zarabiaja grosze, sprzedajac marne towary biednym ludziom. Tylko ze tutaj zarabiac grosze, to troche co innego niz u nas. Z rozmow ze straznikami, kasjerami, kelnerami wynika, ze srednia placa dla pracownika niewykwalifikowanego to ok 30 - 40 tysiecy frankow miesiecznie. Od 60 do 80 dolarow. Moze wiec jednak kramarze wcale na swoim zajeciu nie wychodza zle...

Z racji tego, ze w dzielnicy gdzie znajduje sie nasz biurowiec ma swoja siedzibe wiele urzedow i instytucji, totez latwo mozna sie natknac na patrole wojska. Prawde mowiac, kojarza sie bardziej z bojowkarzami niz z regularnymi oddzialami - podwiniete rekawy, rozpiete pod szyja koszule, znudzona postawa. A do tego niejednolite uzbrojenie, bo Kamerun, jak wiekszosc krajow Afryki, nie opowiadal sie w czasie zimnej wojny po zadnej ze stron, co pozwolilo na duza dowolnosc w doborze dostawcow broni - choc wiekszosc sluzb posluguje sie francuskim sprzetem, swojskie Kalasznikowy tez nie sa rzadkoscia. Widok jadacego na motorowej taksowce soldata z wycelowanym w niebo karabinem nie jest tu wcale taki rzadki.

Etykiety:

wtorek, 28 sierpnia 2007

Obrazki z Afryki

Obiecalem przedstawic Wam Berta. Coz, mieszkamy razem niemal od momentu, kiedy sie tu wprowadzilem, choc biorac pod uwage, ze mnie przez wieksza czesc dnia nie ma, a i on traktuje nasze lokum bardziej jako miejsce, gdzie mozna zjesc, odpoczac i czasem spedzic noc, to jakos dobrze sie jeszcze nie poznalismy. Zreszta Bert w ogole sie nie odzywa, co mi absolutnie nie przeszkadza - wszak mialem mieszkac sam, wiec sama obecnosc wspollokatora czasem mnie nieco irytuje. W sumie to nawet bym sie zdziwil, gdyby Bert sie odezwal, bo kto to widzial gadajacego karalucha?

Karaczanow w moim mieszkaniu pojawia sie kilka, ale wiekszosc to standardowe, czarne owady o dlugosci nie przekraczajacej 3 cm. Bert jest inny. To brazowe, wielkie bydle o 5-centymetrowym korpusie, ktore od tylnych odnozy do konca czulkow mierzy lacznie z 15 centymetrow, potrafi wzbudzic respekt. Postanowilem go nie zabijac, bo i po co? Karaluchy generalnie szkodliwe nie sa, no i w przypadku wojny atomowej to im wrozy sie najpewniejsze przetrwanie. To swoiste zawieszenie broni traktuje wiec jako wyraz mojej dbalosci o istnienie zycia na Ziemi. Poza tym, czasem, gdy siedze na kanapie i patrze, jak Bert myje sobie czulki, mam poczucie jakby to byl moj zwierzak.

Prawda ze slodkie?

Na ulicy czesto zaczepiaja mnie kalecy. Najczesciej sa to ofiary polio, ktore latwo rozpoznac po poskrecanych i skarlowacialych konczynach. Wiele z nich porusza sie na prowizorycznych trojkolowych rowerach z pedalami obslugiwanymi rekami. Czasem zdarzaja sie jednak osoby o innych zwyrodnieniach. W czasie wizyty w Yaounde Melisse [kolezanke z pracy] zaczepil normalnie wygladajacy czlowiek. Ona ledwie spojrzala na niego i momentalnie odwrocila sie wzburzona. Mezczyzna skierowal twarz w moja strone i wtedy zrozumialem o co chodzi. Jego prawa polowa twarzy, dotychczas niewidoczna dla mnie, zwisala luzno. Doprawdy nie wiem jak to opisac, jakby caly jego prawy profil mial na sobie dwa, trzy razy za duzo skory. Albo jakby ktos nalozyl na niego gruba warstwe jakiejs masy, ktora zaczela teraz splywac. Czolo zaslanialo oko, nos zwisal ponizej linii ust, policzek konczyl sie tuz nad obojczykiem. Nie wygladalo to na efekt zadnej choroby, mysle, ze to wrodzona przypadlosc. Nie jestem specjalista, ale mysle, ze w Europie usuniecie tych fald nie byloby ani trudne, ani drogie. Ale w Afryce?

Ciekawa rzecz - albinosow jest tutaj chyba wiecej niz bialych. Czasem trudno w pierwszym momencie odroznic, czy dana osoba to albinos, czy bardzo blady bialy, zwlaszcza w przypadku kobiet. Czasem - choc rzadko - wygladaja jak Europejczycy z zespolem Downa. W wiekszosci wypadkow jednak ich widok nie budzi skojarzen z bialymi, przykuwaja po prostu wzrok nienawykly do ich ogladania.

Tutejsza fauna wciaz mnie zadziwia. Po ulicach biegaja dziesiatki jaszczurek dwoch rodzajow - zielone, dlugosci meskiej dloni oraz nieco wieksze, bardziej pstrokate. W wielu krajach afrykanskich miejscowi sprzedaja je naiwnym turystom jako krokodylatka, ktore po odkarmieniu maja stac sie kilkumetrowymi potworami. Popyt jest ponoc spory.

Gdy wyszedlem przewietrzyc sie troche w czasie nocnej imprezy weselnej w Yaounde, moj wzrok przyciagnal spory jak na europejskie standardy nietoperz. Nie zeby bylo to jakies zaskoczenie, bo nie byl to tez wcale rzadki widok w Kirgistanie. Zaczalem go jednak obserwowac i gdy krazyl wokol latarni zawieszonej na budynku, zauwazylem, ze jest z nim cos nie tak. To cma! Cma o skrzydlach wielkosci ludzkich dloni... Prawdziwego nietoperza zobaczylem nastepnego wieczoru, juz na mojej ulicy. Zreszta jego tez poczatkowo wzialem za ptaka, bo nie spodziewalbym sie ujrzec nietoperza o ponad metrowej rozpietosci skrzydel. Specyficzny, lamany tor lotu i skrzydla zagiete w dwoch miejscach nie pozostawialy jednak watpliwosci.

Co jakis czas budynek, gdzie siedzibe ma moja firma [jeden z najwyzszych w Douali], odwiedzany jest przez kilka jastrzebi. Przelatuja z duza predkoscia wzdluz okien, czasem laduja na metalowych kratach umieszczonych nad kazdym pietrem, ale tylko na krotka chwile, ledwie wystarczajaca, by wyznaczyc sobie nowy cel. Komunikuja sie glosnymi, przeciaglymi skrzekami, ktorych pierwsza czesc jest wznoszaca, potem nastepuje krotka przerwa i czesc druga, opadajaca. Piekne ptaki.

Hotel w Yaounde. Telefon w moim pokoju. Wiekowy to malo powiedziane. Klasyczny, rzeklbym. Nawet nie sprawdzilem czy dziala.

Klub zorganizowany w bylym kinie - hall przerobiony na czesc pubowa, widownia zmieniona w parkiet i bar. Wchodzimy we trzech do pierwszej czesci, wielkiej, dwupoziomowej sali z drewnianymi balustradami, ktora kiedys, dawno, z pewnoscia uchodzila za szczyt elegancji, i zaczynamy grac w bilard na zmiane. Gdy akurat nie gram, ide obejrzec czesc klubowa. Ledwie przekraczam prog, a juz kilkanascie dziewczat oglada sie na mnie, kilka rusza szybkim krokiem w moja strone. Jeszcze nie zdazylem sie obrocic, a jedna juz mnie obejmuje, probujac sklonic mnie ruchami bioder do tanca. Delikatnie ja odpycham i robie krok w kierunku drzwi, ale tam kolejna, wchodzaca dziewczyna rzuca mi sie z ramionami na szyje. Jakos sie wyslizguje i niemal wybiegam do hallu. Koledzy smieja sie z mojego szybkiego powrotu, a gdy pytam o co chodzi, mowia, ze to klub, gdzie przyjezdzaja wszyscy marynarze z cumujacych w Douali statkow. Dopiero teraz rozgladam sie dokladniej - faktycznie, nawet w tej czesci w ktorej sie znajdujemy, niemal wszyscy goscie to albo kuso ubrane kobiety, albo azjaci lub biali. W klubie nie ma prawdopodobnie ani jednej dziewczyny, ktora nie bylaby prostytutka.

Wiele osob, gdy dowiaduje sie, ze jestem z Polski, wspomina mecz miedzy naszymi reprezentacjami pilki noznej z mistrzostw swiata w Hiszpanii w 1982 roku. Kto z Was wie, jaki byl wtedy wynik? Pewnie nikt, podobnie zreszta jak nikt nie pamieta, ze taki mecz w ogole mial miejsce. A tutaj ludzie pamietaja, ze bylo 0:0, dziwia sie, gdy mowie, ze Polska byla wowczas trzecia na mistrzostwach, pytaja co tam u Bonka slychac, czym sie teraz zajmuje. Karol Wojtyla, Lech Walesa i Zbigniew Boniek - oto co Polska mowi statystycznemu Kamerunczykowi. No, moze z tym Walesa to troche przesadzam. Za to podobnie jak w Kirgistanie co jakis czas ktos dworuje sobie z tego, ze naszym panstwem rzadza blizniaki. Dowcipnisie z kraju rzadzonego od 26 lat przez tego samego prezydenta.

W Kamerunie nikt nie zlomuje samochodow, dlatego zarowno w miastach, jak i przy trasach czesto mozna napotkac opuszczone wraki. Stoja na poboczach, w krzakach, miedzy domami, doszczetnie ograbione ze wszelkich czesci, ktore mogly sie jeszcze do czegos przydac. Ziejace otworami po lampach, poobijane nadwozia koroduja i zarastaja, stajac sie czescia krajobrazu. W Dschang, na tylach dworca autobusowego wrakow stoi kilkanascie, o tej porze roku na wpol utopionych w blocie.

Pralka jest rzadkim luksusem w Kamerunie, i to rzadkim do tego stopnia, ze ani moje mieszkanie, ani mieszkania innych konsultantow nie sa w nia wyposazone. Wiekszosc rzeczy pierze sie recznie, a garnitury, koszule czy koldry zanosi sie do jednej z licznych zarowno w Douali, jak i Yaounde pralni. Koszt nie jest maly - w pressing house niedaleko mnie wypranie kazdej koszuli to wydatek 900 CAF.

Tyle moich luznych spostrzezen z codziennego zycia w Douali. Mam nadzieje, ze lektura tego posta pomoze Wam poczuc klimat tego miejsca bardziej, niz opisy moich perypetii.

Etykiety:

piątek, 3 sierpnia 2007

Douala - miasto portowe

Moj ojciec zwrocil mi ostatnio slusznie uwage, ze miasta portowe maja w wiekszosci swoj wlasny, dosc specyficzny klimat. Szczecin na przyklad, gdy moj ojciec przyjechal do niego na studia w 1981 roku, nazywany byl 'miastem dziwek, cinkciarzy, UBekow i marynarzy'.

W Douali nie spotkalem na razie tylko UBekow.

Zlodzieje wynagrodzili mi to z nawiazka.

Witamy w Douali - miescie portowym!

Miasto dziwek...
Douala to jedna wielka kurwiarnia.

Nie, nie uzyje innego slowa, nie ogranicze sie eufemizmami, nie zajrze do slownika. Kilka osob, z ktorymi rozmawialem i korespondowalem przed i zaraz po przyjezdzie staralo mi sie to juz wczesniej przekazac w zawoalowanej formie, ale w zyciu bym sie nie domyslil, co zastane.

Kurwiarnia. Tak, to slowo, ktore idealnie oddaje to, co dzieje sie w miescie.

Nie chodzi nawet o to, ze prostytutek jest tu po prostu bez liku. Ze czasem, gdy akurat nie zlapie taksowki od razu pod praca i musze przejsc ze dwie przecznice, zdaze w tym czasie zostac zaczepiony przez 3 kobiety. Nadmienie tylko, ze nie licze tutaj tych, ktore zaledwie cmokaja na moj widok, bo to tutaj czesta forma przyciagania uwagi, takze w handlu ulicznym, wiec kto wie, moze akurat chca sprzedac mi orzeszki ziemne. Licze tylko te, ktore zastepuja mi droge i slodziutkim glosem pytaja "sa va?" ["jak leci?"], a kiedy mijam je bez slowa, probuja mnie zatrzymac lub odslaniaja czesc swych wdziekow. A jest przeciez dopiero 19 i jestesmy w centrum miasta!

Stare i mlode, smukle i grubaski. Wiele naprawde ladnych. Inne takie, ze az sie chce uciec na druga strone ulicy. Cen nie znam, ale mysle, ze miedzy 5 a 15 tys frankow za noc.

No ale przeciez napisalem, ze wcale nie chodzi o prostytutki.

Otoz moi drodzy, taniec godowy samca homo sapiens rasy kaukaskiej wokol samicy rodem z Douali, rozpisany na poszczegolne etapy najbardziej szczegolowo jak sie da, wraz ze wszysktimi niuansami i istotnymi dla powodzenia tego procesu drobiazgami znajdziecie ponizej.

1. Znalezc sie w polu widzenia samicy.
2. Sukces!

Nieskomplikowane, prawda? Na tyle nieskomplikowane, ze czasem mozna przez pomylke zostac uznanym za zainteresowanego.

Wybralismy sie grupa osob z pracy na clubbing w piatek. Prowadza mnie do jednego klubu, zamawiamy piwo i siadamy przy kontuarze: Eugene, Melissa, ja i Ruben. Nagle ktos klepie mnie po plecach, wiec odwracam sie myslac, ze to jeden z kumpli, ktorzy maja do nas dolaczyc. A tu prosze - jakas niewysoka murzynka koniecznie chce mnie poznac. Troche skolowany bakam, ze nie mowie po francusku. Jej najwyrazniej to nie przeszkadza i lamana angielszczyzna koniecznie probuje dowiedziec sie, jak mam na imie. Odpowiadam wiec i milkne, liczac, ze dziewcze sobie za chwile pojdzie. Ona jednak nie daje mi spokoju, az w pewnym momencie pyta mnie, czy Melissa to moja dziewczyna. Eureka! Spogladam na Melisse pytajacym wzrokiem, a widzac, ze chyba wie o co mi chodzi, odpowiadam, ze tak. Moja nowa znajoma rzuca cos do Melissy i oddala sie pospiesznie. Widac nagle stalem sie o wiele mniej interesujacy.

W tym klubie spedzilismy, chilloutujac sie, jakies 1,5h. To znaczy reszta sie chilloutowala, a ja srednio co 15 minut musialem sobie radzic z nowymi znajomymi co, zwazywszy, ze glupio mi bylo caly czas powolywac sie na Melisse, stawalo sie momentami bardzo uciazliwe.

Potem przenieslismy sie do chyba najbardziej lanserskiego klubu w miescie, Royal, gdzie wejsc mozna praktycznie tylko grupa i to tylko, jesli kazdy wylozy po co najmniej 5 tys. Tutaj na szczescie na parkiecie bylo ok, poza tym zawsze mozna sie odsunac lub odwrocic, wiec w zasadzie jedynymi niebezpiecznymi momentami byly przejscia z i na parkiet oraz wycieczki do toalety.

Gdyby okazalo sie, ze kobiety w Douali po prostu leca na Europejczykow jak dzikie, to jeszcze przeciez nie bylby powod, zeby okreslac miasto tak niepochlebnie jak to zrobilem. Gorzej, ze gdybym uwierzyl w to, ze nagle zaczalem wygladac jak Brad Pitt i rzeczywiscie sprowadzil jakas do domu, to najprawdopodobniej rano musialbym sie rozliczyc z nocnych igraszek.

Gdy uslyszalem o tym po raz pierwszy, nie moglem do konca w to uwierzyc. Zwlaszcza, ze powiedzial mi o tym lysiejacy Francuz pod 40-tke, ktory jeszcze chwile wczesniej sliniac sie obmacywal kelnerke ze slowami "Zona i dzieci wyjechaly na wakacje. Nareszcie mozna sie zabawic" w elitarnym (3,5 tys za piwo!) barze kolo mnie. Niezbyt plynnym (jesli nie liczyc alkoholu w wydychanym powietrzu), choc dosc poprawnym angielskim instruowal mnie, ze trzeba "widywac sie" w tym samym czasie z co najmniej dwiema dziewczynami i nie pozwalac zadnej byc ze soba dluzej niz miesiac. No i wytlumaczyl mi, ze zawsze rano trzeba sypnac 10 000 - 20 000. Zastanawialem sie na ile jego slowa moga byc miarodajne, wiec zapytalem kumpli z pracy, jak to z tym jest. Potwierdzili, choc podali kwoty w granicach 5 000 - 10 000. Nawet nie zapytalem, czy oni tez placa, czy sa to moze ceny tylko dla bialych. Chyba nie chce wiedziec.

Jak to jednak warto poznawac nowych ludzi, niezaleznie od ich sposobu prowadzenia sie. Pewnie gdybym poszedl do klubu bez tej wiedzy, bylbym bardzo dumny z powodzenia, jakim ciesze sie wsrod dziewczat o kasownikach w oczach.

...cinkciarzy...
Kamerun, jak zreszta wszystkie kolonie francuskie w srodkowej i zachodniej Afryce, ma ustalony sztywny kurs wobec Euro (wczesniej franka francuskiego), zas obrot waluta jest reglamentowany. Do jak absurdalnych sytuacji moze to prowadzic obrazuje historia dewaluacji franka srodkowoafrykanskiego. Dokonuje sie ich niezwykle rzadko, od lat 50. bodaj tylko 3 razy, za to ostatnia uciela tutejszemu frankowi polowe wartosci. Rozumiecie? Waluta z dnia na dzien stala sie o polowe tansza.
Reglamentacja sprawia, ze pieniadze trzeba wymieniac na ulicy, u roznych pogodnych i absolutnie nie kryjacych sie ze swoim fachem handlarzy. Ich duze skupisko znajduje sie przed hotelem Akwa, najbardziej elitarnym i najdrozszym hotelem w miescie. Wymieniac mozna wiekszosc najpopularniejszych walut (niestety, nie zlotowki), co ciekawe, po dosc uczciwym kursie. Dwa tygodnie temu dostalem 480 frankow za kazdego dolara i jest to dokladnie taki kurs, jaki byl (dzis, co prawda) oficjalnie podawany. Nie wiem, czy fluktuacje byly w miedzyczasie duze, ale mysle, ze nie wieksze niz 3%.

...złodziei...
Zacznijmy od tego, ze niemal wszyscy tutaj staraja sie zedrzec ze mnie kase. Przejazdy taksowka za 2 stowy skonczyly sie z dniem, w ktorym zaczalem sam nimi jezdzic. Teraz juz wiem, ze o ile nie ustale ceny przed wsiasciem do samochodu, to do czasu jazdy bede musial doliczyc 5-10 minut na negocjacje na koniec, po ktorych i tak bede musial zaplacic ze 400. W czesci restauracji i knajp w menu nie ma cen, a kelnerki zadaja ode mnie srednio 2 razy wiecej niz od innych. Ludzie podchodza na ulicy proszac o pieniadze, potrafia byc strasznie natarczywi, kiedy jedni przestaja, podchodza kolejni i tak w kolko, az sie odechciewa wychodzic na miasto. Nawet ochrona przy bramie do mojego apartamentowca czasem prosila o stowke albo dwie. Zdecydowanie, choc uprzejmie odmawialem i na szczescie przestali.

To zebractwo na ulicy potrafi przyjac niebezpieczne formy. W niedziele spacerowalem po Akwa, najbardziej chyba reprezentacyjnej ulicy miasta, kiedy dwoch malych urwisow podbieglo do mnie i zaczelo domagac sie pieniedzy. Wsadzilem rece do kieszeni, co by chronic portfel, ale jeden z maluchow (wpatrujac sie w moja twarz blagalnym wzrokiem) chyba tego nie zauwazyl i siegnal po niego. Nadzial sie na moja reke, co nie przeszkodzilo mu zgrywac dalej biednego zebraka dopoki nie przeszedlem przez jezdnie.

Ale to pikus. We wtorek wyszedlem z kolacji ze znajomymi w centralnej czesci Akwa, wraz ze mna wyszla Collette, praktykantka z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Byla moze 9:30, na pewno przed 10 wieczorem, zaden tam srodek nocy. Collette miala jechac w jedna strone, ja w przeciwna, ale zaproponowalem, ze poniewaz jest ciemno, to poczekam z nia na taksowke po jej stronie ulicy. I wtedy zaczela sie akcja.

Podchodzi do nas jakis chlopak, moze 16 lat i prosi o pieniadze. Nie reagujemy, wiec odchodzi i znika gdzies w ciemnosciach. Po chwili podbiega do nas jakis dzieciak, ktory wydaje mi sie dziwnie znajomy. To ten sam, ktory probowal mnie skroic dwa dni wczesniej. Mowie mu, ze nie ma szans, zebym mu dal pieniadze. Podnosze wzrok, a tu przede mna 4 jego kolegow, w tym 2 dryblasow mojego wzrostu. Osaczyli nas polkolem. Chca pieniedzy.

Sytuacja wyglada kiepsko. Za nami zaparkowane samochody. Przed nami oni. Taksowki nie chca sie zatrzymac. Sytuacja jest patowa. Zupelnie nie wiem co zrobic. Zwlaszcza, ze ze mna wciaz jest Collette.

W koncu po prostu ruszamy przed siebie, miedzy nimi, przez jezdnie.

Nie zatrzymuja nas, nie ida za nami. Kiedy jestesmy po drugiej stronie jezdni, odwracamy sie. Tamtych juz nie ma.

Odetchnelismy, a Collette zaczyna mnie przepraszac mowiac, ze nie wiedziala, ze tutaj tak jest, ze przeciez ona mieszka w Douali juz dobre pol roku i nigdy sie jej to nie zdarzylo. Ustalamy, ze wezmiemy taksowke do mnie, a potem ona juz cos zlapie do siebie.

I wtedy znow pojawia sie ten maly demon. Tym razem ma ze soba tego Pierwszego, ktory nas zaczepil i jeszcze innego, troche wyzszego ode mnie... i na pewno lepiej zbudowanego. Ten staje dokladnie przede mna, zebym nie mogl zlapac taksowki, Pierwszy staje za nami, maly jest przy mojej prawej rece, ktora mam wsadzona do kieszeni z portfelem. Znowu pat, znowu taksowki przejezdzaja nie zatrzymujac sie, a duzy z lekko zmruzonymi oczami domaga sie pieniedzy.

Nagle maly przeklada reke pod moim ramieniem i lapie mnie za dlon, ktora mam na portfelu. Ten z tylu lapie za portfel. Instynktownie odkrecam sie przez lewe ramie. Pierwszy puszcza. Maly traci rownowage i leci za moim barkiem. Wciaz trzyma za dlon.

Collette daje malemu w pysk, przebiega obok dryblasa i zatrzymuje przejezdzajaca taksowke. Wsiada. Duzy zastawia mi droge, odpycham go, Pierwszy szarpie mnie za reke, probuje zerwac ja z portfela. Wsiadam, ale drzwi sa wciaz otwarte. Pierwszy blokuje je cialem, wciaz szarpie mnie za reke. Taksowka nie rusza, Collette krzyczy na kierowce. Toczymy sie, ale wtedy Pierwszy zastawia sie i probuje wyciagnac mnie z auta. Odwijam sie do srodka samochodu, tamten traci rownowage, puszcza.

Jedziemy. Nikt sie nie odzywa.

...i marynarzy.
Coz, marynarzy tak naprawde nie spotkalem, zreszta Douala wraz z szybkim wzrostem liczby ludnosci utracila czesciowo swoj charakter miasta zyjacego z morza. Nie przelozylo sie to, jak widac, na zmiane kultury mieszkancow.

Miejsce niegdysiejszych marynarzy zajeli pracownicy kontraktowi roznych spolek, najczesciej francuskich, zwiazanych z wydobywaniem i obrotem surowcami. Kolonizatorzy dzisiejszego swiata. Jednego takiego juz Wam przedstawilem.

Na pytanie, ile czasu siedzi w Kamerunie, odpowiada krotko "8 lat. Za dlugo". Siedzimy w barze, jest sroda, wiec knajpa swieci pustkami. Wlasnie wprowadzilem sie do mojego mieszkania i postanowilem troche poznac okolice i napic piwa w jakims przyjemnym miejscu. Braziliana Tropicana to pierwszy bar, jaki napotkalem. Wciaz mysle kategoriami europejskimi, wiec stwierdzam, ze wyglada ok, choc bez przesady, siadam na stolku przy kontuarze i zamawiam piwo. Pytam o cene i o malo nie krztusze sie pierwszym lykiem marki "33". 3500 frankow.

Francuz klei sie do wszystkich dziewczyn pracujacych w barze. Po tym jak naobmacywal sie kelnerki, zaczal lapac za reke barmanke i cos jej obiecywac. Ona wdzieczy sie do niego, choc niespecjalnie dobrze wychodzi jej udawanie. Na parkiet wychodza 4 tancerki w brazylijskich strojach karnawalowych i zaczynaja bujac sie do dudniacej muzyki z glosnikow. Nie wiem czy w calym klubie uzbiera sie z 10 gosci, ale praca to praca. Po skonczonym show podchodza podrygujac do mojego Francuza i krzyczac 'motivators! motivators!' czekaja na zachete do pomachania biustem specjalnie dla niego. On wyciaga jakies laminowane kupony i otrzymuje, co chcial. Pytam kelnerki, co to za motywatory, na co ona wyciaga spod lady wydrukowane karty z logo klubu o nominalach od 1000 do 5000 frankow. Mowi mi, ze jesli chce, to moze zaraz zawolac dziewczyny do mnie, abym je zmotywowal. Odpalam jej, ze poki nie mam 40 lat, brzucha i lysiny nie bede uciekal sie do motywatorow. Nie jestem pewny czy zrozumiala.

Sympatyczna kobieta swoja droga. Ma prawie 30 lat, choc nie wyglada, zreszta wciaz bardzo trudno mi ocenic wiek u tutejszych kobiet. Od ponad 2 lat pracuje w klubach nocnych, choc zdaje sie ze dopiero od niedawna jako barmanka. Nie pytam o szczegoly. Przed barami nocnymi byla kelnerka w restauracjach, ale rzucila to, bo tutaj lepiej placa. Ma coreczke, 8-latke, choc nie widuje jej za czesto - pracuje przez szesc nocy w tygodniu, a w ciagu dnia mala jest w szkole.

Chyba nie do konca slusznie interpretuje moje zainteresowanie, bo w pewnym momencie pyta, czy jesli to ona dla mnie zatanczy, to dostanie motywatory. To byl moj pierwszy wieczor na miescie (to bylo ponad tydzien temu), wiec po prostu uznalem, ze trafilem w nieodpowiednie miejsce. Podziekowalem, zaplacilem i wyszedlem.

Miasto grzechu
Na koniec chce Wam wyjasnic, ze nie cierpie na negatywne objawy szoku kulturowego, nie mam dosc tego miejsca ani swojej praktyki, co wiecej, ciesze sie, ze Douala jest tak intensywnie rozna od czegokolwiek, czego dotychczas zaznalem. Ostatnie 2 tygodnie byly niesamowicie intensywnie, poznalem ponad 100 osob, dowiedzialem sie wiele o tym zakatku swiata i ludziach tutaj, a wciaz jeszcze tyle przede mna... A to, ze miasto pokazalo mi swoja brzydsza twarz wcale nie odbiera mu uroku.

Dzisiejszego posta dedykuje Bertowi, ktore caly czas krecil sie kolo mnie, gdy pisalem. Znacie Berta? Opowiem Wam o nim nastepnym razem.

Etykiety: ,

wtorek, 24 lipca 2007

Pierwsze wrazenia z Kamerunu

Ten kraj jest niesamowity. Miasto wyglada tak, jakby caly czas toczyla sie w nim walka miedzy silami natury a ludzka kreacja - a inicjatywa wcale nie lezala po stronie ludzi. Palmy i inne rosliny wyrastaja doslownie wszedzie, niszcza asfalt, wciskaja sie w szczeliny miedzy plytami chodnikowymi [jesli juz gdzies takie sa], wspinaja po budynkach. Po ulicach biegaja pstro ubarwione jaszczurki, w domach pelno jest mrowek i komarow.

Zreszta same domy zbudowane sa tak, jakby mieszkancy zakladali, ze tej wojny z roslinnoscia nie wygraja. Wiekszosc domow ma co prawda glowna konstrukcje z cegiel, ale czesto za okap czy w ogole za dach robia dziwaczne polaczenia drewna, kartonu i blachy falistej. Jezeli juz gdzies jest cos na ksztalt werandy, to jest to prawdziwy popis budowania czegos z niczego. Drzwi czasem sa, czasem ich nie ma, podobnie okna - wszak dziura z siatka chroniaca przed komarami spelni swoja funkcje tak samo dobrze. Wszedzie pelno jest budynkow, ktore wygladaja jakby ktos zaczal je budowac, ale w polowie skonczyly sie pieniadze. Mimo to mieszkaja w nich ludzie.

Oczywiscie 90% budynkow jest niepomalowanych, ani od zewnatrz, ani od wewnatrz. Czasem, choc i to nie zawsze, sciany sa po prostu pobielone, choc deszcz zdazyl juz wytworzyc na nich wielkie zacieki. Dom kazdy buduje sobie sam, nie konsultujac sie z nikim, ciezko wiec mowic o jakichs ulicach - sa to raczej sciezki miedzy domami, oczywiscie nie wylozone niczym. Ot, piasek i skala, czasem jakies elementy betonowe. Takie baraki to tutaj najbardziej typowa zabudowa. Z tego powodu, poza kilkoma glownymi traktami, ulice nie maja nazw, lecz numery. Okolice domku MC maja numery w okolicach 1.400.

W centrum jest troche inaczej - sa szerokie ulice wylane asfaltem, choc tak dziurawe, ze chyba tylko auta terenowe sa w stanie jakos sie trzymac w tych warunkach. Wplywa to na sposob, w jaki ludzie traktuja tutaj samochody. Niemal wszystkie sa poobijane, maja popekane szyby, wiszace lusterka - troche jak z tej reklamy Peugota 206 ze sloniem. Widac jesli cos jest jeszcze w stanie jezdzic, to nie jest wazne jak wyglada nadwozie. Skoro zas nie jest wazne, jak wyglada nadwozie, to... nie ma co uwazac na inne pojazdy sunace ulicami, czy stojace na parkingu. Naprawde, ruch w miescie to jedna wielka anarchia, samochody wciskaja sie w wolne miejsca miedzy innymi autami tworzac sobie 3 pas ruchu na jezdni 2 pasmowej, wymuszajac pierwszenstwo [ale czy tu w ogole sa zasady pierwszenstwa?], zajezdzajac sobie droge. Cos takiego widzialem dotad tylko na filmach z Indii. Roznica miedzy ruchem tam i tu polega chybe glownie na tym, ze o ile w Indiach podstawowym wyposazeniem samochodu jest klakson, to tutaj klaksonu prawie nikt nie uzywa. Widac, ludzie bardziej ufaja czujnosci innych. Widac, nie do konca slusznie.

Podobnie jak w Kirgistanie, taksowki sa tanie jak barszcz [o ile to porownanie ma jakikolwiek sens ekonomiczny tutaj], co, w polaczeniu z brakiem publicznego transportu sprawia, ze praktycznie wszedzie jezdzi sie rzucajacymi sie w oko zoltymi autami lub motorami. Wszystkie taksowki to Toyoty Corolle. Wilfred mowi, ze to po prostu dlatego, ze sa najtansze, ale jakos wierzyc mi sie nie chce, zeby taka spojnosc byla mozliwa do osiagniecia w sposob niewymuszony. Z drugiej strony, nie wydaje mi sie, zeby istniala tu jakas korporacja taksowkarska. Ot, zagwozdka. Z jednej dzielnicy do drugiej przewoz kosztuje ok 200 frankow. Troche taniej jest wspomnianymi juz motorami i ostatnio preferuje ten wlasnie srodek transportu. Przygoda jest niezla. Wyobrazcie sobie super zatloczone i dziurawe jak powierzchnia Ksiezyca ulice, totalna anarchie na drodze, pieszych wciskajacych sie miedzy auta, motory zajezdzajace sobie droge, a Wy w srodku tego wszyskiego suniecie sobie 50 na godzine na bagazniku rzezacego motoru bez lusterek i sprawnych hamulcow. Wrazenie jest tak niesamowite i odstajace od czegokolwiek do czego jestem przyzwyczajony, ze czuje sie jakbym uczestniczyl w grze komputerowej. Zwlaszcza, ze jestem wyzszy od kierowcow, wiec perspektywa jest jak wyjeta z jakiegos Moto Racera.

Jedzenie? Coz, generalnie nie zdarzylo mi sie jeszcze jesc czegos identycznego jak w Polsce. W knajpie niedaleko mieszkania MC w menu jest m.in. mieso krokodyla, choc ostatnio akurat sie skonczylo, wiec jeszcze go nie probowalem. Wczoraj jadlem na lunch pieczonego jezozwierza, wczesniej bulion z nogi wolowej [nie zadne tam smaczne miesko, tylko kawal kosci z zylami] z jakimis dziwnymi warzywami o francuskiej nazwie ails, troche przypominajacymi kartofle... ale tylko troche. Generalnie w miejsce naszych polskich kartofli stosuje sie tutaj wlasnie ails, ryz, makaron lub kassawe, czyli inny rodzaj warzywa, przemielony i podgrzany nad ogniem. Ludzie tutaj jedza, rzeklbym, bardziej intensywnie. Jesli jedza ostro, to dla Polaka jest to naprawde ostro. Wczoraj na przyklad, jak sobie dolozylem czerwonego pieprzu do jezozwierza, to lzy naplynely mi do oczu po pierwszym kesie. Jesli zas jedza slodko, to az do mdlosci. Tam gdzie jemy sniadania i kolacje do picia mozna zamowic mleko, nesquick, kawe oraz napoj czekoladowy. Mleko to nie zadne mleko od krowy, ale zageszczone mleko rozpuszczone we wrzatku. Do tego mozna zamowic spaghetti z awokado, takze polane zageszczonym mlekiem. Jakby tego bylo malo, ludzie czesto slodza sobie dodatkowo to 'mleko' lub napoj czekoladowy kilkoma kostkami cukru. Coz, jestem pewien, ze taki zestaw sniadaniowy daje wiele energii, i o to chodzi.

Ludzie z MC, a zwlaszcza Wilfred, sa wielbicielami piwa. Czesto zdarza im sie wypic piwo zamiast kolacji, a z tego co mowi Wilfred, wiele ludzi w Kamerunie preferuje piwo zamiast sniadania. Standardowy rozmiar butelki to 0,65l, sprzedawanych w przydroznych 'knajpkach' [czyli domkach, przed ktorymi stoja ze 3 stoliki z plastikowymi krzeslami]. Musze przyznac, ze w tym klimacie wypicie dwoch piw do lunchu potrafi czlowieka troche wytracic z rownowagi.

No dobrze, akurat wczoraj rzeczywiscie w porze lunchowej bylo goraco, ale to, co mnie bardzo zaskoczylo po przyjezdzie tutaj to fakt, ze klimat jest naprawde przyjemny. Caly czas jest cieplo, ale raczej nie goraco, gdyz slonce ciagle przykryte jest chmurami. Niby jest pora deszczowa, ale pada rzadko i raczej niezbyt intensywnie. Taka nasza wczesna jesien, tylko 10 st. Celsjusza wiecej. Zapewne wynika to z bliskosci oceanu, a miejscowi mowia, ze jeszcze bede odszczekiwal slowa o przyjemnym klimacie gdy przyjdzie pora sucha... Ale poki co nie martwie sie tym zbytnio.

Ceny sa bardzo zroznicowane, w zaleznosci od tego czy kupuje sie dobra przetworzone czy nieprzetworzone. Jedzenie jest niesamowicie tanie - duze sniadanie, dobry obiad, porzadna kolacje, kazde z nich tak duze, ze nie potrafie zjesc ich do konca, mozna kupic po 500 frankow. Piwko do lunchu to kolejne 500 frankow. Zatem juz za 2000 frankow dziennie mozna sie obzerac do woli. Poniewaz jest bardzo cieplo, to na razie niemal nie czuje glodu, wiec jem razem z miejscowymi. A Ci jedza jeden, dwa posilki dziennie, wiec koszty sa jeszcze nizsze. Ostatnio zamiast w okolicy domku MC jedlismy w centrum Douali. Lunch kosztowal 1000 frankow i Wilfred byl tym wyraznie wzburzony. Kiedy nie dojadlem mojej porcji, wzial ja ode mnie ze slowami 'Zaplacilismy za to 1000 frankow, wiec trzeba zjesc do konca'. Przy okazji tego samego lunchu kupilismy od ulicznego sprzedawcy, chlopca moze 8-, moze 10-letniego, plyte Richarda Bony. Piracka rzecz jasna, ale cena i tak mnie zaskoczyla. Z poczatkowego 1000 frankow szybciutko zjechalismy do 500. Plyta za dolara? Ja wiem jak niskie sa koszty, ale ze komus chce sie w ten sposob zarabiac...

Z drugiej strony wczoraj wybralem sie na zakupy chemiczne i ceny mydla, czy pianki do golenia byly na poziomie europejskim. Problemem jest niedobor towarow. Bylem chyba w dwoch najwiekszych centrach handlowych [ekhm] i w jednym z nich nie bylo w ogole przyborow do golenia i tylko jeden proszek do prania, jakis noname - przynajmniej jak dla mnie. W drugim sklepie bylo troche lepiej, ale tez nie mialem problemow z nadmiarem artykulow do wyboru.

Coz, tyle na razie jesli chodzi o moje obserwacje. Wkrotce napisze wiecej co sie dzieje u mnie osobiscie.

Etykiety: