Festiwal w Bamendou Un
Ostatni weekend spedzilem na wiejskim festiwalu w miejscowosci Bamendou Un, na ktory zaprosil mnie Bernis, tutejszy MCVP Finance. Festiwal zaczynal sie w sobote rano, wiec w piatek po pracy i malym drinku u mnie dla osob z firmy, w czasie ktorego kilka osob podzielilo sie ze mna refleksja, ze na moim miejscu nigdzie by sie noca nie wybierali, przebralem sie, spakowalem i okolo 10 wieczorem wyszedlem z domu.
Zaraz na pierwszym skrzyzowaniu kierowca przejezdzajacego auta na moj widok opuszcza szybe i, mimo ze jego samochod nie wygladal na taksowke, pyta gdzie chce jechac. Jakos bardzo mnie to nie zaskoczylo, odpowiadam wiec pospiesznie, ze wybieram sie na dworzec autobusowy. 2500 frankow. Nie ma szans, specjalnie dowiadywalem sie wczesniej u Bernisa, ile powinienem zaplacic za transport na dworzec i nie powinno to byc wiecej niz 500. No to kierowca, ze za 1000 moze mnie zawiezc do punktu przesiadkowego, gdzie znajde taksowke dalej. Powtarzam wiec moja cene, a widzac, ze za nim zatrzymuje sie kolejne auto, juz mam machnac na niego reka, gdy rzuca, ze podwiezie mnie za darmo. Nieufny, ale skuszony oferta wsiadam i ruszamy.
Kierowca nazywa sie Caesar i zarabia na zycie pracujac jako nietypowy taksowkarz. Nietypowy, bo nie jezdzi zolta Toyota probujac zlapac przypadkowych ludzi w najbardziej uczeszczanych punktach. Specjalizuje sie w turystach, marynarzach i innych obcokrajowcach przybywajacych do Kamerunu, najczesciej zawierajac z nimi niepisane umowy, ze np przez 2 miesiace bedzie ich podwozil do i z pracy. Podwiezienie mnie traktuje chyba troche jak inwestycje, bo pod koniec wspolnej podrozy wymusza na mnie zapisanie swojego numeru. Tak na wszelki wypadek, gdybym kiedys potrzebowal taksowki.
Co prawda nie podwozi mnie do samego dworca, a jedynie do punktu, gdzie bezczynnie oczekuje na klientow grupa motocyklistow, ale za to pomoga mi wytlumaczyc, dokad zmierzam, i wynegocjowac cene. Okazuje sie, ze dotarcie na dworzec bedzie nieco bardziej zawile niz myslalem. Motocyklista zawozi mnie tylko do kolejnego punktu przesiadkowego, skad dopiero lapie taksowke do Gare Routiere. Jadac przez zaciemniona Douale pomyslalem, ze na dobra sprawe nie mam zielonego pojecia, czy jedziemy tam gdzie trzeba. I ze gdyby tylko kierowca zechcial, moglby mnie wywiezc w jakis ciemny zaulek, a tam okrasc, zgwalcic i zabic, w dowolnej kolejnosci. Nic takiego sie oczywiscie nie dzieje, a po mniej wiecej 20 minutach jazdy wysiadam w okolicach dworca.
Slowem wyjasnienia - nie jest to ten sam dworzec, co ten, z ktorego jechalem do Yaounde. W zasadzie w ogole ciezko to nazwac dworcem. Ot, w pewnym momencie po obu stronach drogi pojawiaja sie autobusy i busiki nalezace do roznych firm i zmierzajace do roznych miejscowosci. Kierowca, wiedzac, ze jade do Dschang, zostawia mnie przed odpowiednia firma, wiec po krotkich [nieudanych] negocjacjach i oplaceniu 4000 frankow moge wsiasc do wlasciwego busa.
Bus jest zniszczony, wokol mrok, a ludzie patrza na mnie troche nieufnie, wiec nie czuje sie zbyt pewnie. Jednak kiedy siada obok mnie mezczyzna w muzulmanskiej czapeczce, od razu sie uspokajam. To efekt wspomnien z Kirgistanu - praktykujacy muzulmanie, ktorych tam spotkalem, zawsze byli bardzo otwartymi i uprzejmymi ludzmi. To tak a propos stereotypow, ktorych mozna sie pozbyc w czasie zagranicznej praktyki.
Niemal wszystkie miejsca sa juz zajete, ale przez dobre pol godziny nie ruszamy, wiec zaczynam sie nieco niecierpliwic. Pytam mojego sasiada, kiedy wyjedziemy i otrzymuje odpowiedz, jakiej powinienem sie spodziewac po lekturze 'Hebana' Kapuscinskiego. Gdy zbiora sie ludzie.
W miedzyczasie ludzie zaczynaja do mnie zagadywac, pytaja, skad jestem, co robie w Kamerunie, dokad jade... Gdy tlumacze, ze jade na festiwal do Bamendou, jedna z pasazerek oferuje, ze pojedzie ze mna. Nie, nie oferuje. Stwierdza. Pojedzie ze mna zobaczyc festiwal, a ja oplace jej podroz. Udaje ze nie rozumiem. Inna zaczyna domagac sie, bym kupil jej wode. Moj francuski wlasnie stal sie na tyle ubogi, bym zrozumial, ze to ona oferuje mi wode. Grzecznie, choc bardzo niepoprawnie gramatycznie odpowiadam, ze nie chce mi sie pic. Po kilku nieudanych probach wytlumaczenia mi o co jej naprawde chodzi, wspolpasazerka sama wychodzi z autokaru i idzie ugasic pragnienie na wlasny koszt.
W trasie musimy sie kilka razy zatrzymac na roznych punktach kontrolnych. Zawsze, gdy tylko bus zaczyna zwalniac, natychmiast otacza nas grupa przydroznych sprzedawcow pomaranczy, mandarynek, orzeszkow ziemnych i innych specjalow. Krzycza, bija w szyby, dobijaja targow. Jesli ktos nie ma drobnych, biora banknoty i znikaja w ciemnosci, by po chwili pojawic sie z reszta. Nie oszukuja, a przeciez wystarczyloby wziac zaplate i zniknac - nikt nie wysiadlby z autobusu, zeby ich gonic.
Jakies pol godziny przed dotarciem do Dschang zatrzymujemy sie na dluzej. Cala jezdnia zablokowana jest pojazdami, w wiekszosci nalezacymi do firm przewozowych, na ulicy pelno jest ludzi, handluja, rozmawiaja, zalatwiaja swoje potrzeby. Jest moze 5. rano, ale ruch na tym prowizorycznym targowisku jest ogromny. Przeciskam sie miedzy pojazdami, a gdy probuje dowiedziec sie, co ma do sprzedania jedna z przekupek, z pomoca mojemu ubogiemu francuskiemu przychodzi anglojezyczny wspolpasazer. Po dobiciu targu [m.in. zmielone orzeszki ziemne zawiniete w torebki z lisci i woda w plastikowym woreczku] zagaduje mojego tlumacza o cel wizyty w Dschang. Jedzie pochowac babcie, palcem wskazuje mi drewniana trumne przytroczona wraz z bagazami innych podroznych do dachu busa. Mowie, ze przykro mi z powodu jej smierci, na co on odpowiada 'No sorry. Congratulations!'. Babcia zyla prawie 100 lat, czas juz byl na nia najwyzszy!
W Dschang jestesmy o swicie, miasto dopiero budzi sie do zycia. Nie musze sie spieszyc do Bamendou, jestem zreszta pewien, ze tam jeszcze wszyscy spia. Na sniadanie kupuje sobie jakas zielona papke z duza kluska jako zagryzka - jedzenie jest ostre, ale da sie wytrzymac. Przechadzam sie troche po miescie, robie kilka zdjec. Gdy ide poboczem, przejezdzajacy bus zwalnia na chwile, drzwi sie otwieraja i osobnik ze srodka krzyczy 'Dokad?'. Autobus zdazyl juz zaczac przyspieszac, jakby kierowca nie wierzyl, ze moge jechac w ta sama strone co on i jego pasazerowie. 'Bamendou'. Pojazd hamuje gwaltownie, a ten, ktory zawolal mnie wczesniej, krzyczy do mnie cene. 500 frankow brzmi rozsadnie, wsiadam wiec i ruszamy dalej.
Bamendou jest wioska o burzliwej historii. Kilkadziesiat lat temu wybuchl tutaj bunt przeciw rzadzacego wowczas rezimowi, co skonczylo sie otoczeniem wioski przez wojsko i fala przemocy. Wojsko wyznaczylo dwa obszary na terenie wsi, gdzie mogli przebywac ludzie. Kazdy, kto znalazl sie poza nimi, byl uznawany za jednego z bojownikow i zabijany na miejscu. Rodziny, ktore nie opuscily swoich domow, zginely w calosci.
Do rozpoczecia festiwalu wciaz zostalo sporo czasu, wiec urzadzam sobie spacer po centralnej czesci wioski. Bardzo rzadko zdarza sie, zeby jakis bialy tu zawital, dlatego mieszkancy przygladaja mi sie z ciekawoscia. Najczesciej napotykajac moj wzrok usmiechaja sie i pozdrawiaja mnie, odpowiadaja tez na moje usmiechy, wiec nie przeszkadza mi to zbytnio. Wiekszosc z nich chetnie pozuje do zdjec, zwlaszcza, ze wszyscy sa zaszokowani obrazem pojawiajacym sie niemal natychmiast na ekranie aparatu.
Wokol tyle jest dzieci! Maluchy stanowia mniej wiecej polowe osob, ktore widze. Bose, w wiekszosci ubrane w byle jakie lachy, jedynie niektore maja na sobie stroje ludowe - zapewne z powodu festiwalu. Wszystie sa mizernej postury, wiele ma wzdete brzuszki... Niektore maja na policzkach plytkie naciecia, czasem w ksztalcie pojedynczych poziomych kresek, czasem podwojnych pionowych. W wiekszosci przypadkow takie naciecia maja sluzyc ochronie przed zlymi zakleciami i duchami.
Wiara w magie jest tu wciaz bardzo rozpowszechniona, a naciecia na twarzach stanowia tylko jeden jej aspekt. W poludnie nie wchodzi sie do tej czesci lasu, gdzie znajduje sie ujecie wody, bo wtedy grasuja tam duchy. Przed rozpoczeciem festiwalu zawsze oplaca sie szamana, aby zapewnic sobie dobra pogode. Szamanow jest w okolicznych wioskach kilku, a do ochrony wybiera sie tylko jednego, wiec natychmiast po jego wyborze inni zaczynaja rzucac zaklecia majace wywolac deszcz. Jezeli deszcz faktycznie spadnie, tegoroczny szaman najprawdopodobniej zostanie za rok zmieniony przez jednego z rywali. Przy drogach i sciezkach co jakis czas napotyka sie male domki z cegiel - miejsca, gdzie sklada sie dary bostwom, aby zapewnic sobie ich przychylnosc.
Tuz przed festiwalem spotkalem sie z innymi praktykantami AIESEC, ktorzy przyjechali na uroczystosc. Matthiew to CEEDer [AIESECowiec na wymianie wewnetrznej w innym komitecie] z Kanady, ktory przyjechal na 4 miesiace do Kamerunu, Monique to Meksykanka na praktyce wolontariackiej w NGO, Lilliane to pol-Niemka, pol-Tajwanka, rowniez wolontariuszka w NGO - obie pracuja w Buea, w anglojezycznej czesci Kamerunu.
Sam festiwal byl dosc rozczarowujacy i przypominal troche polskie festyny malomiasteczkowe. Przemowy dygnitarzy i gry dla tlumu organizowane przez ludzi przyslanych przez MTN, jeden z 2 telekomow w Kamerunie, nie zainteresowaly nikogo z nas. Jedynym jasniejszym punktem byl humorystyczny pokaz ju jitsu, w ktorym 5-letni chlopczyk rozkladal 4 razy wiekszego napastnika w pozorowanych starciach. A poza tym glosna muzyka z glosnikow, zawody w pilke nozna i reczna, wieczorem dyskoteka - zaden szok kulturowy.
Poszlismy wiec do pubu wypic piwko i pogawedzic o naszych wrazeniach z Kamerunu. I tak zszedl nam caly wieczor - rozmowy o jakosci praktyk, o zyciu tutaj, o powodach biedy w Afryce, ale tez o milosci, filmach i seksie. Bardzo otwarcie, bardzo ciekawie, wszak kazde z nas wyroslo w zupelnie innej kulturze. W pewnym momencie rozgladam sie po miejscu w ktorym siedzimy i rzucam luzno, ze takie miejsca jak to sa tak bardzo nie do opisania dla osob, ktore nigdy w nich nie byly. Zdjecia nie oddaja atmosfery takiego miejsca, a slowa? Czy jesli napisze Wam, ze siedzimy na kratach po piwie w izbie, ktora nie ma podlogi tylko ubita ziemie, ktora nie ma sufitu tylko podtrzymywany przez ladwo ociosane galezie dach z blachy falistej, a bar to budka z drewna i drucianej, pordzewialej siatki, to wybrazicie sobie to, co probuje opisac? Nawet jesli dodam, ze w rogu spi kura, obok na niemilosiernie odartym fotelu drzemie jakis facet, a z rzezacych glosnikow wydobywa sie walenie w bebny, to nie wierze, ze bedziecie w stanie wyobrazic sobie to miejsce.
Lilliane sie za mna zgodzila, podobnie Matthew. Monique zmarkotniala. 'Dla mnie' - powiedziala zagadnieta o powody milczenia - 'to jest Meksyk'.
Noc spedzilismy w domu Bernisa, spiac we czworo na jednym lozku. Dom nie wyroznia sie zbytnio wsrod innych - nie ma podlogi, pod stopami mamy jedynie ubita, czerwona ziemie. Czerwone sa tez sciany. Budowa kazdego domu zaczyna sie od polozenia kamieni w roli fundamentow. Nastepnie czerpie sie z wilgotnej gleby ziemie, ktora formuje sie drewniana forma w ksztalt duzych cegiel i zostawia na sloncu do wyschniecia. Skoro ziemia jest czerwona, wiec i sciany domu takie sa.
Po nocy spedzonej w niewygodzie tylko ja mam ochote na poranny spacer z Bernisem [nie ma to jak doswiadczenie z konferencji AIESECowych]. Zaraz za domem napotykamy drzewo guavy. Widzac moje zaskoczenie, Bernis wola swojego mlodszego, moze 8-letniego brata, by zerwal nam kilka sztuk. Maly zwinnie wspina sie po gladkich galeziach drzewa i po chwili rzuca nam kilka niewielkich, zielonych owocow, z zewnatrz przypominajacych limonke. Sa dosc cierpkie i w smaku ledwo przypominaja napoj, ktorym raczylem sie w drodze do Yaounde tydzien wczesniej. No, ale to akurat jest dziko rosnace drzewo, hodowlane odmiany zapewne smakuja lepiej. Znow zastanawiam sie, gdzie tkwi roznica, dlaczego to Kamerun importuje soki z guavy z Malezji, a nie odwrotnie.
Bernis pokazuje mi kolejne drzewo, z owocami przypominajacymi laminowane szyszki. Zacheca mnie, bym sprobowal, ale moje zeby slizgaja sie po ich twardej powierzchni. Jemu tez ugryzienie owoca nie przychodzi latwo, zreszta gra nie jest warta swieczki - skorupka jest niejadalna, wiec trzeba ja wypluc, a pestka zaczyna sie juz 3-4 milimetry pod jej powierzchnia, miazszu prawie nie widac. Kolejnym punktem spaceru jest drzewo planten, czyli owocu, ktore czesto tutaj wystepuje w roli kartofli w czasie posilkow. Wbrew temu, co kilka osob mowilo mi wczesniej, planten nie sa bananami zerwanymi przed dojrzeniem, choc faktycznie trudno jest odroznic jedne od drugich.
No i gwozdz programu - miejsce, skad rodzina Bernisa czerpie wode. Staw. Zawiesista woda pelna wszelkiego widocznego i niewidocznego plugastwa. Kijanki. Pajaki. Nie gotuja jej przed wypiciem.
Przy sniadaniu obchodze sie bez popitki, dopiero po poludniu na targu kupuje sobie butelkowana wode.
Dzien spedzamy na spacerze w pobliskich gorach, gdzie dotarlismy na motorach, po dwoch pasazerow plus kierowca na kazdym, wertepami lokalnych drozek. Ludzie ktorych mijamy machaja nam, usmiechaja sie, dzieciaki biegna za motorami, probuja przybic nam piatki. Zatrzymujemy sie w zagrodce na zboczu gory, gdzie mieszka jedna czesc rodziny Bernisa, w tym takze jego dziadkowie. Wszyscy sa bardzo mili, chetnie pozuja do zdjec, tez nie moga wyjsc z podziwu dla aparatow, ktore natychmiast wyswietlaja zdjecia. Jedynie dzieci sie wstydza, uciekaja przed nami ze smiechem.
Jestesmy na wysokosci okolo 1500 - 1700 metrow, las tropikalny zastapily geste krzewy, gdzieniegdzie przebijaja tez nagie skaly. Idziemy z jakims znajomym Bernisa, ktory toruje nam droge maczeta. Docieramy do skal, skad rozposciera sie piekny widok na doline... Choc moim zdaniem
Do Douali wracam ok. 10 wieczorem w niedziele, potwornie ublocony, ale szczesliwy. Festiwal moze i nie spelnil moich oczekiwan, ale dwa dni na wsi kamerunskiej pozwolily mi odrobine lepiej zrozumiec ten kraj i jego mieszkancow. Tutaj jest zupelnie inaczej niz w Kirgistanie... w Kirgi juz po kilkunastu dniach moglem wrzucac posty mowiaca generalnie o mentalnosci i kulturze tamtejszych ludzi, ktore z perspektywy czasu uwazam za trafne. Jednak sytuacja tego kraju i ludzi tu zyjacych jest tak rozna od tego, do czego jestem przyzwyczajony, ze potrzeba bedzie jeszcze wielu dni i wielu podobnych wycieczek, bym mogl napisac Wam o tutejszych ludziach cos, czego nie bede musial sie potem wstydzic.
Etykiety: Moje perypetie
