sobota, 27 października 2007

Pierwszy projekt

(troszke mi sie ten post przelezal... ale nie stracil nic na aktualnosci :))

Po dobrych trzech tygodniach platnego obijania sie w biurze zostalem w koncu przydzielony do projektu. Projektu, dodajmy, dosc nietypowego jak na moja firme, bo nie majacego wiele wspolnego ze statutowym audytem.

Zacznijmy od tego, ze Kamerun jest krajem posiadajacym zloza ropy naftowej i gazu ziemnego, ulokowane glownie na szelfie na granicy z Nigeria. Oczywiscie, jako kraj rozwijajacy sie, nie ma ani funduszy, ani odpowiednich specjalistow, by na wlasna reke prowadzic drogie badania geologiczne, nie mowiac juz o rozpoczeciu wydobycia. W zwiazku z tym do udzialu w korzystaniu ze zloz zaproszone zostaly miedzynarodowe koncerny naftowe. Zalozony zostal rowniez narodowy koncern SNH dzierzacy monopol na przydzielanie licencji i zezwolen na prace eksploracyjne i wydobywcze. Lokalne oddzialy globalnych potentatow zakladaja z SNH spolki joint-venture, okreslajac w umowach zalozycielskich jaki procent wydobytej ropy zostanie przyznany SNH, a jaki zasili magazyny zachodnich kapitalistow oraz jakie koszty beda ponoszone wspolnie i w jakich proporcjach. SNH na dobra sprawe nie bierze bezposredniego udzialu w absolutnie zadnych dzialaniach operacyjnych, ot, dostaje raz na jakis czas odpowiednia ilosc ropy oraz faktury kwartalne z podsumowanymi wydatkami do pokrycia. Wychodzi na tym wcale niezle, bo otrzymuje ok. 60% wydobytej ropy i ponosi ok. 40% kosztow.

Egzekucja takiej umowy wymaga od SNH przeprowadzania czestych kontroli, bo nietrudno sobie wyobrazic, ze udzial ropy zostajacej w Kamerunie moglby zaczac niebezpiecznie sie obnizac albo ze wsrod wydatkow do refundacji znalazlyby sie koszty wydobycia z Brazylii czy Norwegii.

Naszym zadaniem na projekcie bylo przeprowadzenie wlasnie cost control w lokalnym oddziale jednego z globalnych koncernow, aby upewnic sie, ze koszty w ktorych partycypuje SNH nie sa napompowane. Tyle formalnie, w praktyce oznaczalo to tyle, ze cos znalezc trzeba, zeby odpracowac nasze wynagrodzenie [ktore swoja droga jakies wysokie nie bylo] z odpowiednio duza nawiazka.

Glowna trudnoscia od poczatku byl konflikt interesow miedzy nami, a firma w ktorej robilismy kontrole. My oczywiscie chcielismy jak najszybciej dostac wszystkie potrzebne dokumenty, przejrzec je i przerachowac, zweryfikowac i pogrupowac, a nastepnie znalezc dziure w [nie takim znowu] calym. Nasza petrofirma, zdajac sobie sprawe, ze mamy tylko 5 tygodni [na tyle bowiem opiewal nasz kontrakt], starala sie opozniac dostarczanie dokumentow, dawala nam albo dane sumaryczne, z ktorych niewiele mozna bylo wyczytac o rzeczywistej naturze kosztow, albo przeciwnie, zalewala nas drobiazgami, zmuszajac do Excelowej kreciej roboty przy podsumowaniach i porownaniach... Absolutnym hitem bylo dla mnie, gdy okazalo sie, ze firma nie ma listy posiadanych aktywow. Nie ma i juz. Jak naliczaja amortyzacje? Maja sumaryczne dane kwartalne na temat zakupow poszczegolnych rodzajow dobr [np. "wyposazenie techniczne zwiazane z wydobyciem"] i takimi grupami wlasnie naliczaja co 3 miesiace odpowiednie odpisy. No dobrze, ale co jesli chcemy sprawdzic, czy te wydatki rzeczywiscie poniesione zostaly na dobra odpowiadajace nazwom grup? No tak, przeciez zawsze mozemy przejrzec i podsumowac faktury...

Tym niemniej to byla trudnosc, z ktorej zdawalismy sobie sprawe od poczatku, bo nasza firma przeprowadzila juz podobna kontrole w zeszlym roku. Gorzej, ze po drodze wylonily sie dodatkowe problemy. Krotkie wprowadzenie: struktura zespolu projektowego wyglada w CAC tak, ze jest partner odpowiedzialny za projekt, ktory jednak ma w nim znikomy udzial, jego zadaniem jest jedynie upewnianie sie, ze wszystko gra. Partnerow w CAC jest tylko 2, wiec i nie dziwi, ze nie poswiecaja zbyt wiele czasu poszczegolnym zleceniom. Nastepnie mamy menedzera, ktory zarzadza projektem. To on najczesciej rozmawia z klientem, nadaje generalny kierunek pracom oraz doradza gdy pojawiaja sie problemy. Wiekszosc pracy operacyjnej wykonywana jest przez seniora, ktory koordynuje prace juniorow, i samych juniorow.

W przypadku naszego projektu bylo troche inaczej. Po pierwsze, juniorami w naszym projekcie byl Eugene, praktykant zrekrutowany w lutym, i ja, zupelny swiezak. Po drugie, nie mielismy formalnego seniora. W tej roli wystepowal Felix, junior pracujacy w firmie juz od dwoch lat, z doswiadczeniem w branzy paliwowej [z wyksztalcenia inzynier, pracowal na platformach m.in. w Norwegii i Stanach], ktory byl juz na podobnych projektach. Felix wkrotce awansuje i bedzie seniorem, co nie zmienia faktu, ze po raz pierwszy mial koordynowac prace innych osob. Gorzej (i to jest po trzecie), ze mniej wiecej po tygodniu dowiedzielismy sie, ze nasz menedzer odchodzi za kilka dni z firmy. A to oznaczalo, ze nasz [jeszcze nie do konca] senior bedzie musial wystepowac takze w roli menedzera. I to menedzera-seniora zarzadzajacego [jeszcze nie do konca] juniorami.

Efekty tego byly dwa. Raz, ilosc pracy na glowe znaczaco wzrosla. I to nie tylko dlatego, ze bylo nas mniej, ale tez dlatego, ze Felix, chcac sie wykazac na swoim pierwszym zleceniu w tak odpowiedzialnej roli, postanowil, ze zrobimy troche rzeczy spoza uzgodnionego na poczatku z klientem zakresu pracy. Dwa, Felix moze i byl na podobnym projekcie rok wczesniej jako junior, ale czasem czuc bylo, ze nie do konca ogarnia, co i jak powinno zostac zrobione. Bywalo wiec, ze robilismy rzeczy nie do konca sensowne, troche na zasadzie 'to Wy to zrobcie, a ja w tym czasie pomysle, czym naprawde powinnismy sie zajac'.

Podsumowujac te przydlugie rozwazania: pracowalismy od poniedzialku do piatku od 8 do 22 - 23, plus w weekendy (tak, w niedziele tez) po 4 do 8 godzin dziennie.

Jesli chodzi o konkretne zadania, to dosc szybko okazalo sie, ze jestem lokalnym demonem Excela. Stanowilo to dla mnie zaskoczenie o tyle, ze glowna roznica miedzy wiedza moja a kolegow bylo to, ze wiedzialem do czego sluzy funkcja Help i nie omieszkalem z niej korzystac. W sumie nawet fajnie sie zlozylo, bo dostawalem rozne zadania zwiazane z prosta analiza danych, wyszukiwaniem informacji itp, dzieki temu podszkolilem sie troche z uzywania tabel przestawnych i roznych nie do konca typowych funkcji Excela. Nie byly to na pewno zadne intelektualne Himalaje, ale calkiem przyjemna robota, ktora pozwolila mi sporo dowiedziec sie o tym, jak funkcjonuja finanse w firmie opierajacej swoje planowanie na centrach kosztow. Poza tym poznalem przemysl paliwowy po stronie upstream, czyli od wydobycia do eksportu. Szczegolnie interesujace byly rozmowy z Felixem, ktory bardzo dobrze zna angielski (zrobil dyplomy z civil engineering i industrial engineering w Stanach, potem, tak jak wspomnialem, pracowal dla Schlumberger w roznych zakatkach swiata), a przy tym opowiada duzo i barwnie. Abstrahujac od wgladu w techniczne, polityczne i komercyjne aspekty wydobycia, zyskalem tez wiedze o jego nastawieniu do sypiania z kobietami w roznych czesciach swiata ('Jesli tego nie zrobisz, potem bedziesz zalowal') oraz poznalem liste krajow oflagowanych 'tasted'. Robi wrazenie.

Taka sielanka wsrod arkuszy i formul skonczyla sie jednak po trzech tygodniach, gdy przyszedl czas vouchowania. Pod tym byc moze ciekawie dla Was brzmiacym terminem kryja sie... fakturki! Tak jest, nietypowosc tego projektu polegala takze na tym, ze bite dwa tygodnie musielismy przegladac faktury wystawione na kwoty powyzej naszego poziomu istotnosci, spisywac dane takie jak data wystawienia, kwota, dostawca... hrrrmpff... szszsz... hrrrmpfff... szszsz. Celem tego jakze pasjonujacego etapu naszej pracy bylo znalezienie kosztow, ktore nie powinny zostac uznane za zwiazane z dzialalnoscia spolki joint-venture. Felix od razu zapowiedzial nam, ze w wiekszosci przypadkow taka praca nie konczy sie znalezieniem niczego istotnego, ale ma nadzieje, ze nam akurat sie uda.

Poniewaz etap ten jest bardzo czasochlonny, a Felix mial sporo roboty na wyzszym szczeblu, wiec na ten czas zeslany do nas zostal Romuald, kolejny tegoroczny narybek firmy. I tak oto nasza trojka wyrobnikow przychodzila co rano do pracy o 8 i do 22 zanurzala sie w swiecie wynajmowanych samolotow i statkow, odwiertow, instalacji, konsultantow przylatujacych ze Stanow itp. Gdy o tym czytacie, to pewnie w glowie sam kreuje sie obraz mordegi galernikow popedzanych przez tego, ktory juz przez to przeszedl i za zadne skarby nie chce wrocic pod poklad... Ale powiem Wam, ze bylo calkiem fajnie. Jest to wrazenie totalnie irracjonalne, ale po prostu sporo frajdy sprawialo mi takie niemal bezmyslne zajecie, ktore jednak wymaga na tyle duzo koncentracji, by czlowiek nie myslal o tej calej masie mniej i bardziej istotnych rzeczy, ktore nie pozwalaja umyslowi odpoczac gdy naprawde sie nic nie robi. Taka mniej efektowna odmiana medytacji...

A najlepsze bylo to, ze to bezmyslne vouchowanie, wbrew temu co zapowiadal Felix, okazalo sie calkiem efektywne. Nasza petrofirma probowala obciazyc SNH m.in. kosztami swojego audytu wewnetrznego, audytu zwiazanego z Sarbanes-Oxley, a nawet... zwrotem podatku dochodowego zaplaconego przez jednego z inzynierow w jego ojczystym kraju. Uzbieralo sie tego lacznie chyba z milion dolcow. Przedstawiciele SNH byli ponoc bardzo zadowoleni... mimo, ze dla nich milion z te czy we wte to drobiazg, bo firma przynosi dochod na czysto o zupelnie innej ilosci zer.

Na koniec, troche w charakterze zapowiedzi jednego z kolejnych postow: troche sie zdziwilem, gdy robiac podsumowania naszej pracy (pamietajcie - demon Excela) odkrylem, ze sam przerobilem ponad 60% faktur, znalazlem 90% blednie naliczonych kosztow i zrobilem zdecydowana wiekszosc tego, co sie znalazlo w finalnym raporcie. Uwaga, nie chwale sie. Dlaczego tak sie stalo, dowiecie sie... jak mi sie znow zbierze na pisanie o pracy.

Etykiety:

niedziela, 29 lipca 2007

Pierwsze dni w pracy

[Ogloszenia techniczne - 1. umozliwilem pisanie komentarzy osobom nie zalogowanym na bloggera. Dziekuje za dotychczas pozostawione opinie i czekam na kolejne. 2. Nie mialem przez jakis czas dostepu do netu i modyfikowalem offline poprzedniego posta. Poza kilkoma drobiazgami redakcyjnymi jest nowy akapit o taksowkach i z jedno zdanie o nazewnictwie ulic. Zmiany te sa wpisane kursywa, wiec mozecie je latwo odnalezc.]

Za mna dwa pierwsze dni w pracy i musze Wam powiedziec, ze jest naprawde duzo lepiej niz myslalem. Moim szefom udalo sie wykreowac duze oczekiwania, mam tylko nadzieje, ze beda w stanie je potem spelnic. Aha - jestem strasznie rozentuzjazmowany, dlatego ponizszy post moze Wam wydac sie dosc samochwalczy. Mam nadzieje, ze Wam to nie przeszkadza.

Moja firma nazywa sie Cameroon Audit Conseil i jest swoistym pogrobowcem Ernst & Young na Afryke Srodkowa. CAC bylo przedstawicielstwem EY przez ponad 20 lat, ale niecale dwa lata temu stracilo licencje. Dlaczego? Wedlug Wilfreda dlatego, ze nie sprostali kryteriom dotyczacym wypracowanego dochodu. Wedlug Jacquesa Ndjamby, wiceprezesa i bylego MCP AIESEC w Kamerunie, z powodu pietrzacych sie nieporozumien. Czyli pewnie z powodu pietrzacych sie nieporozumien o kryterium wypracowanego dochodu.

Firma zajmuje sie tym wszystkim, czym wczesniej zajmowal sie EY, czyli audytem finansowym, konsultingiem i doradztwem prawnym. Posiada biura w Douali [ok. 50 osob] i Brazzaville, stolicy Konga [tego spokojnego, nie w b. Zairze; ok. 10 osob], planuje otworzyc biuro w Czadzie, choc na razie problemem jest brak odpowiednio wykwalifikowanych osob na miejscu [dopiero ostatnio sytuacja w Czadzie zaczela sie stabilizowac]. Na tych 3 panstwach firma koncentruje niemal cala swoja dzialalnosc.

Jezeli chcecie dowiedziec sie wiecej, na www.bmajewski.com umiescilem ulotke o firmie, sa w niej linki do stron odpowiednich dla kazdego panstwa.

No, to pora na konkrety.

Po pierwsze - co bede robil?
Otoz odpowiedz jest najlepsza z mozliwych - wszystko! Wedlug zapewnien moich szefow, bede zarowno przydzielany do projektow audytowych, jak i konsultingowych oraz zwiazanych z zagadnieniami prawnymi, dzieki czemu zyskam naprawde szerokie doswiadczenie. Co wazne, ze wzgledu na niewielka liczbe konsultantow w czasie projektu kazdy ma wiele odpowiedzialnosci, wiec nie bedzie takich smutow, jakie czesto zdarzaja sie w polskich oddzialach Wielkiej Czworki, gdzie mozna uslyszec teksty w stylu "w tym roku nauczysz sie audytowac kase, a za rok srodki trwale".

Jesli chodzi o branze, to panowie i panie zlosliwcy, ktorzy wrozyliscie mi m.in. restrukturyzacje domow z bali, wiedzcie, ze na razie bede siedzial glownie w paliwie i telekomach. Jest to dla mnie wybor optymalny, bo te sektory rozwijaja sie bardzo dynamicznie w zasadzie wszedzie na swiecie.

Hitem dla mnie bylo gdy uslyszalem, ze prawdopodobnie pod koniec roku wezme udzial w projekcie / projektach w Brazzaville. Super - zwiedzanie regionu za darmo, ba, jeszcze beda mi za to placic. Kazda taka podroz ma trwac 2 - 3 tygodnie, wiec na pewno znajdzie sie troche czasu na spacerek po miescie. Juz sie nie moge doczekac! Poza tym pewnie bedzie troche jezdzenia po Kamerunie, zwlaszcza do Yaounde, czyli politycznej stolicy kraju.

Naprawde bardzo bym chcial, zebym wracajac do tego posta za 3 miesiace, czy juz po praktyce widzial wszystkie wyzej wypisane oczekiwania zrealizowane. Trzymajcie kciuki.

Po drugie - atmosfera w pracy
Wspolpracownicy sa bardzo pomocni i otwarci, usmiechaja sie i zagaduja do mnie. Na relacje wplywa tez inne rozmieszczenie ludzi niz w polskich firmach Wielkiej Czworki, gdzie ludzi sadza sie teamami, w sklad ktorych wchodza ludzie od szeregowego konsultanta do dyrektora albo i partnera. Tutaj jest za malo pracownikow by mogly istniec wyspecjalizowane, waskie grupy, wiec jest po prostu jedna duza sala dla junior staff, siedzi nas tam z 15 - 20 osob, niemal wszyscy od 21 do 25 lat. Senior staff siedza po 3-5 osob w pokojach, menedzerowie po 2-3 osoby, dyrektorzy i partnerzy maja samodzielne biura. W naszej salce atmosfera jest mega luzna teraz, bo nie ma duzo pracy (sezon trwa tutaj od pazdziernika do kwietnia, tak jak u nas). Dziewczyna siedzaca kolo mnie spedza sporo czasu szukajac tekstow piosenek, a potem spiewajac je sobie pod nosem, pozostali pisza maile, gadaja, smieja sie. Ja poki co nie biore w tym udzialu, bo nic nie kumam po francusku. Jak dostane kompa w poniedzialek, to pewnie bede sie po prostu uczyl jezyka w godzinach pracy.

Po trzecie - profity
Jest niezle, naprawde niezle. Moja pensja to 400 000 frankow srodkowoafrykanskich [po opodatkowaniu], do tego dochodzi 2 pokojowe, klimatyzowane mieszkanie w centrum, w chronionym apartamentowcu z basenem [troche malym, niestety] oplacane razem z rachunkami przez firme, sluzbowa komorka zasilana 10 000 XUF co miesiac, sluzbowy laptop. Firma pokrywa tez oczywiscie wszystkie procedury wizowe i formalne, poza tymi wstepnymi, ktorych musialem dokonac przylatujac.

Po czwarte - 3 lyzeczki dziegciu
Coz, jesli chodzi o godziny pracy, to CAC nie przeszlo jeszcze takiego procesu ucywilizowania jak Wielka Czworka w Polsce. I tu i tam w sezonie audytowym siedzi sie w robocie od 8 do polnocy, a czasem i dluzej, ale o ile w Polsce w lecie, gdy nie ma tyle pracy, mozna przychodzic do biura pozniej i wychodzic o wiele wczesniej, o tyle tutaj trzeba wysiedziec od 8 do 18:30 [z przerwa na lunch]. Ma to swoja dobra strone - gdybym siedzial w domu, to pewnie bym sobie bimbal, a jesli bede w robocie, to przynajmniej poucze sie francuskiego.

Druga sprawa - poziom angielskiego nie zachwyca. Ja tam zadnym rzeznikiem nie jestem, ale tutaj moze ze 4 osoby mowia na moim poziomie lub lepiej. I mam tutaj na mysli wszystkich, od konsultanta do prezesa [ktory tez z angielskim jest troche na bakier]. Dogadac sie mozna, ale konwersacje, przynajmniej poki co, zbyt swobodne nie sa. To tez ma swoja dobra strone - mam nad tubylcami przewage komparatywna, ktora pewnie bedzie wykorzystywana przy projektach zwiazanych z zagranicznymi korporacjami i firmami rozmieszczonymi w anglojezycznej czesci Kamerunu.

No i trzecia - niestety, bede musial opuscic moje lokum we wrzesniu, gdyz przyjezdza wtedy drugi praktykant, a raczej praktykantka, Niemka o imieniu Christine. I wlasnie ze wgledu na plec firma chce, by to ona mieszkala w miejscu, gdzie klepie tego posta. W takich chwilach jestem za pelnym rownouprawnieniem... AIESEC ma mi znalezc inne mieszkanie o rownie wysokim standardzie, zreszta firma odrzucila juz kilka propozycji jako nie odpowiadajacych ich wymaganiom, ale nie jestem do konca przekonany czy wyjdzie z tego cos dobrego dla mnie.

Coz, na razie to tyle. Trzymajcie za mnie kciuki dzis, bo przygotowuje Polish Night dla AIESECowcow i praktykantow. Bedzie prezentacja, muza tradycyjna i wspolczesna, Baginski, Przystanek Woodstock, Walibu, polskie zupki w proszku i slodycze. Salut!

Etykiety: