Dzien 4. mojej wyprawy zaczal sie od odwiedzenia jednego z mniejszych meczetow w Osz, za to niezwykle pieknego, polozonego w miasteczku akademickim. Zreszta byly to odwiedziny niezwykle nie tylko dla mnie - Barno, ktora mi towarzyszyla, widzac, ze nikogo nie ma w srodku, po raz pierwszy w zyciu odwazyla sie przestapic prog meczetu. Wkrotce potem postanowilem udac sie na najwiekszy bazar w calej dolinie Fergany, Kara-Suu, na ktory wedlug moich rozmowcow zjezdzaja sie handlarze i klienci z kilku panstw.
Targowisko rzeczywiscie robilo niezle wrazenie, mozna na nim kupic wszystko od workow z maka, przez ciuchy, po chinska elektronike. Poniewaz wszystkie marki to tak naprawde podroby, wiec i promocyjne zawieszki rzadko kiedy sa orginalne. Moja uwage przykula np. zawieszka promocyjna "Wranglera" przedstawiajaca... bohaterow Brokeback Mountain. Doprawdy, brakowalo tylko Janerki spiewajacego w tle "[...] moze bys tak Damian wpadl popedalowac [...]"... No, ale pewnie wsrod klientow zbyt wielu kinomanow nie ma, wiec i zawieszka role swoja spelnia przyzwoicie.
Ja zbyt wiele nie kupowalem, bo na odziezy ani bizuterii sie nie znam, wiec zamiast dobic dobrego targu moglbym kupic chlam za powazne pieniadze, glownie zatem przechadzalem sie miedzy rzedami wystawcow. Jak zglodnialem, to wpadlem do kawiarni, gdzie za porzadny obiad - duzy talerz lagman z lepioszka i czajnikiem herbaty - zaplacilem niecale 3 zlote. Ot, Azja. Pozniej w innej kawiarni zamowilem tylko czajnik herbaty, a gdy chcialem zaplacic, kelnerka powiedziala mi, ze nie mam za co. Milo, prawda?
Po tym jak nasycilem swoje oczy widokiem targowiska, zaczalem zabierac sie do szukania transportu do Jalal-Abad. Zapytalem jakiegos sympatycznie wygladajacego goscia w srednim wieku, czy nie wie skad odjezdzaja marszrutki w tamta strone, odparl, ze najlepiej wrocic do Osz i tam cos lapac... po czym zaproponowal mi, ze mnie podwiezie. Ot, Kirgistan - juz mnie takie rzeczy nie dziwia.
Wsiedlismy wiec razem do auta, moj nowy znajomy, jego wyraznie mlodsza zona, brat i dwoje malych dzieci oraz ja. Droga uplynela nam na sympatycznej rozmowie. W pewnym momencie, jak to zwykle bywa, temat zszedl na dziewczyny - czy mam jakas, czy mi sie Kirgizki podobaja... Zona mojego dobroczyncy zaproponowala, zebym sobie jakas zone w Kirgistanie znalazl i zabral ja do Polski. Odwrocilem sie - mimo ze juz matka dwojki dzieci, wciaz wygladala bardzo, bardzo pociagajaco.
Bardzo.
Moze i rzeczywiscie jest to jakis pomysl?
Tymczasem moi gospodarze podwiezli mnie pod sam postoj taksowek, ustalili cene z kierowca i pozegnali sie ze mna, a ja zajalem ostatnie wolne miejsce w Ladzie. W Jalal-Abad niestety nie mialem zadnego znajomego znajomego, ktory by mial znajomego, zreszta mialem ochote pobyc troche naprawde sam po 2 miesiacach ciaglego przebywania z ludzmi, wiec zdecydowalem sie na hotel. Jedyneczka, bez cieplej wody, w dosyc eleganckim budynku - 25 zl za noc. Da sie przezyc. Byl juz wieczor, wiec wyszedlem poszukac jakiegos sympatycznego miejsca, gdzie moglbym wypic piwo. Po przepytaniu kilku przypadkowo napotkanych osob zdecydowalem sie na poszukiwanie klubu Makarena. Ostatecznie mi sie to udalo, niestety, Rahmadan to Rahmadan, niedziela to niedziela, a Jalal-Abad to nie Biszkek i moja oaza rozrywki byla zamknieta.
W drodze powrotnej wstapilem do malego klubiku w podziemiach hotelu. Ludzi nieduzo, kategoria wiekowa tez niespecjalnie moja, wiec dosiadlem sie do na wpol spiacej kelnerki i pogawedzilismy troche nad piwkiem. Kiedy zapytalem, dlaczego jest taka zmeczona i ile pracuje, odparla, ze 17 godzin. No dobrze, pol etatu, ale mi chodzilo o to ile dziennie pracuje. 17 godzin. Chyba sie nie rozumiemy.
Chyba jednak tak. Od 7 rano do polnocy. Potem dzien wolnego. I znow - 7 do 24. A na dodatek jest Rahmadan i caly dzien nic nie je ani nie pije. Imponujace.
Po skonczeniu piwka uznalem, ze dosc mam wrazen i wrocilem do swojego hotelu. Na parterze przyuwazylem otwarte jeszcze kasyno. Poczatkowo odstraszyla mnie wywieszka mowiaca, ze wstep kosztuje 100$, ale siedzaca obok wejscia kobitka pozwolila mi "laskawie" wejsc za darmo. Weszla zreszta zaraz za mna i wydarla sie na cala sale, ze jestem 'innostraniec', w sensie obcokrajowiec. Rownie dobrze moglbym sobie sprawic koszulke z napisem "Skrojcie mnie z kasy". Oczywiscie nie wplynelo to bardzo dodatnio na moja ochote do gry i po jakichs 15 minutach biernego przygladania sie 2 toczacym sie grom w pokera udalem sie na spoczynek.
Rano poszwedalem sie troche po miescie, niewielkim i bez znaczacych zabudowan. Z ciekawostek - sporo kawiarni urzadzonych jest w jurtach, do niektorych nawet wlasciciele wniesli wysokie stoly i krzesla, co robi komiczne wrazenie. Dworzec autobusowy zalatywal tak niesamowicie obrazkami znanymi z innych krajow 3. swiata, czy to w Afryce, czy w Azji Poludniowej, ze nie moglem sie powstrzymac, by nie trzasnac fotki - rozlatujace sie autobusy, piach i ludzie, ktorzy zdaja sie jechac do nikad. Podobnie gdy zobaczylem "zaklad rzemieslniczy" - totalnie zdezelowany budynek bez okien i drzwi, wewnatrz ktorego kilka osob zajmuje sie robotami wszelkimi. Zreszta zauwazyli mnie gdy robilem zdjecie, jeden z nich wyszedl i z mina bardzo niespecjalna zapytal, co robie. Zaczalem sie tlumaczyc, ze jestem turysta, ze dla mnie to interesujace, ale chyba po raz pierwszy naprawde nie bylem pewien czy utrzymam swoj stan posiadania jesli chodzi o elektronike i uzebienie. Tym niemniej po chwili facet zorientowal sie, ze naprawde nie jestem Rosjaninem, usmiechnal sie i pozegnalismy sie w cieplejszej atmosferze.
Zeby nie bylo - to nie moj rosyjski zrobil sie nagle taki dobry, to na poludniu Kirgi o wiele mniej osob posluguje sie sprawnie jezykiem Puszkina i Tolstoja.
Wkrotce dotarlem do jednego z bardziej reprezentacyjnych meczetow w Jalal-Abad, ktorego konstrukcja - drewniany, spadzisty dach i oszklone sciany - bardziej przypominala pagode niz swiatynie muzulmanow. Wszedlem do srodka i zapytalem pierwszego napotkanego mezczyzne, czy moge porobic troche zdjec. Blad, duzy blad.
Chwile potem siedzialem po turecku na podlodze otoczony 3 mezczyznami, ktorzy koniecznie chcieli wiedziec, jaka religie wyznaje, jakie sa moje poglady i co wiem o islamie. Ponad godzine rozmawialismy o religii, istotach boskich, ich ilosci i jakosci, co Allah chce, a czego nie, jakie obowiazki powinienem spelniac by dostac sie do raju, gdzie plyna 3 rzeki [z mlekiem, miodem i winem] i jak fajnie jest miec mlode hurysy. Na koniec poinstruowano mnie, bym odwiedzil www.islam.ru i puszczono wolno, bym wreszcie cyknal pare fotek.
W pobliskim budynku, gdzie chcialem skorzystac z toalety, spotkalem jednego z moich rozmowcow sprzed chwili, ktory pokazal mi, jak muzulmanie musza obmywac sie przed wejsciem do meczetu. Rece, nogi, glowa, uszy - wszystko po 3 razy, wszystko w ustalonej kolejnosci. Ja wszystko rozumiem, ale dlaczego oni wciagaja wode do nosa? Az tak higieniczny nie jestem, a uczucia wody w komorach nosowych nie znosze. Hurysy hurysami, ale sa jakies granice - poki co pozostaje agnostykiem.
Jalal-Abad slynie ze swojego kurortu, umiejscowionego na jednej z gor wokol miasta. Postanowilem spedzic tam popoludnie, zlapalem wiec taksowke i wkrotce moglem podziwiac miasto niemal z lotu ptaka. Zebralo mi sie, zeby zobaczyc co jest po drugiej stronie wzniesienia, wiec po 20 minutowym forsownym marszu rozciagnal sie przede mna widok gor i pagorkow w promieniu kilkunastu kilometrow. Wiatr dal mi w koszule, a ja jak okiem siegnac nie moglem dojrzec zadnej ludzkiej istoty.
Tylko ja i natura. Fantastyczne uczucie jednosci ze swiatem, niezaklocone obecnoscia innych osob. Ostatni raz cos takiego czulem schodzac z Orlej Perci w porze, gdy bycie w gorach jest objawem glupoty. Rewelacja...
Po kilkunastu minutach stanu na granicy jawy i medytacji wrocilem do kurortu. Gorskie powietrze usprawnia spalanie, wiec glod przegnal mnie do kawiarni, gdzie akurat jakas duza rodzina stolowala przy dlugim stole. Siadlem przy innym stoliku i czekalem spokojnie na kelnera. I czekalem. I czekalem. W koncu stwierdzilem, ze chyba w ogole nikogo z obslugi tutaj nie ma, a w glowie mej zrodzil sie cyniczny plan. Wstalem wiec, zblizylem sie do biesiadujacej rodziny i spytalem grzecznie, czy moge im cyknac fotke, po czym - zgodnie z moimi kalkulacjami - zostalem zaproszony do udzialu w uczcie.
Wkrotce na stol oprocz jedzenia wjechal tez wspomniany przeze mnie wczesniej Gradusss i nie bylo zmiluj - dwie setki za wieczyste szczescie rodziny rozbudzily jeszcze moj apetyt. A bylo w czym wybierac - mieso, owoce, slodycze... Po zaspokojeniu glodu stwierdzilem, ze robi sie pozno i pora znalezc sobie jakis transport do Biszkeku, podziekowalem wiec i pewnym krokiem udalem sie na poszukiwanie taksowki do centrum.
Po zabraniu rzeczy z hotelu pojechalem na dworzec, gdzie z miejsca otoczyli mnie taksowkarze oferujacy transport do stolicy. 1000 somow. Ja na to, ze za 500 moge pojechac. Narzekania na ceny paliwa odparlem narzekaniami na kieszen studencka. 900. To moze 700? I w koncu znalazlem takiego za 800. Niezle, Kirgistan to nie Turcja, tutaj sie o wiecej niz 30% ceny nie da zbic - a juz na pewno nie obcokrajowcowi z kiepskim rosyjskim. Poniewaz bylo pozno, dosyc dlugo czekalismy na innych klientow by zapelnic takse. Czas uprzyjemnilem sobie rozmowa z innym taksowkarzem i, nie wiedziec czemu, niemal od razu zostalem zapytany, czy sobie puknalem w Osz lub Jalal-Abad. I znowu rozmowa zboczyla na prostytutki, tym razem takze te z Biszkeku. Numerek mozna kupic w stolicy juz od 50 somow [~5 zl], cala noc z niezla laska to 800 do 1000 somow. Moze kogos to zacheci do przyjazdu na CEEDa =)
Kiedy juz, juz wydawalo sie, ze pojedziemy, zaczelo sie pasmo spotkan z dziwnymi osobnikami... Normalnie Rocky Horror Picture Show... Najpierw podszedl do mnie koles tak kompletnie pijany, ze moglbym go lekko popchnac i by sie przewrocil. Zreszta pare razy mialem na to niezla ochote, bo najwyrazniej mial jakis problem do mnie. Niestety, zarowno jego [mocno belkotliwy], jak i moj [mocno polskawy] rosyjski nie pozwolily na znalezienie plaszczyzny porozumienia.
Kiedy ostatecznie ruszylismy na polnoc, okazalo sie, ze pasazer na przednim siedzeniu ma jakies problemy z glowa. Zaczal do mnie mowic mieszajac slowa rosyjskie, kirgizkie i Bog wie jakie jeszcze, a kiedy dowiedzial sie, ze jestem z Polski, niestety okazalo sie, ze sluzyl we flocie baltyckiej i nabral ogromnej ochoty na konwersacje. Kiedy zatrzymalismy sie, by poczekac na kolejnego klienta, dojrzal knajpke przy ulicy... Knajpke? Raczej kiosk zbity z desek, w ktorym jednak mozna bylo kupic wodke. W chwile pozniej trzymalismy juz ufundowane przez naszego marynarza setki obrzydliwie cieplej wodki. I wtedy sie zaczelo. On mowi - pij. Ja na to, ze wole poczekac i niech on pije pierwszy. Dla mnie byl to objaw szacunku wobec starszego. Dla niego - wprost przeciwnie. Wkrotce wybuchla klotnia, w ktorej gotowy bylem juz zgodzic sie na dowolna kolejnosc picia, czego moj sponsor zupelnie nie zauwazal i wciaz powtarzal, ze go 'nie uwazaje' - czyli nie szanuje. Ostatecznie jednak uspokoil sie i juz pogodzeni oproznilismy dwie czy trzy setki.
Klient, na ktorego czekalismy, jakos nie chcial sie pojawic. Tymczasem okazalo sie, ze dla tutejszych dzieci ramadan to czas niemal halloweenowy, kiedy w zamian za spiewanie piosenek religijnych oczekuja paru groszy... albo zaczynaja psocic. Po chwili nasza taksowka byla juz otoczona dzieciarnia, ktora walila w szyby i nie chciala sie uspokoic. Zaczeli rzucac w poblize auta petardami, swiadomie nie trafiajac, jakby oczekujac, ze sama demonstracja sily wystarczy, by zachecic nas do datkow. Zauwazylem, ze jedno z dzieci nie ma nogi i porusza sie na kulach. Wrazenie, jakie na mnie zrobil - obdarty, kaleki maly mieszkaniec kraju, gdzie nawet zdrowi ledwo wiaza koniec z koncem, do dzis sprawia, ze nie smiem narzekac na swoj los.
Nareszcie jest! Dlugo oczekiwany znajomy naszego taksowkarza nareszcie wsiadl na tylne siedzenie naszego samochodu, tuz kolo mnie. A ja za chwile zalowalem, ze nie usiadlem z przodu. Facet smierdzial przetrawionym alkoholem, gnijacymi zebami, zakrzeplym potem, ubraniami nie pranymi od tygodni, moze miesiecy. W Polsce bardzo rzadko zdarza mi sie - i to tylko na chwile - poczuc takie wonie, gdy np. pijani bezdomni wchodza do komunikacji miejskiej. Tutaj niestety czekala mnie 10 godzinna jazda przez noc, kiedy nawet na chwile nie moglem sie odsunac od zrodla dyskomfortu, gdyz siedzielismy stloczeni we trzech na tylnym siedzeniu.
To byla ciezka noc... Na szczescie dojechalismy do Biszkeku we wczesnych godzinach porannych, kolo 6. I tak zakonczyl sie moj wyjazd krajoznawczy do poludniowej czesci Kirgistanu.