Thursday, November 02, 2006

Wylot!

Nie bede wdawal sie w szczegoly na temat tego, co dzialo sie po moim powrocie do Biszkeku, choc roboty bylo duzo - przyleciala Pinar, dyrektor strategiczny AI, wiec latalismy 3 dni po firmach i organizacjach, pedzac z jednego spotkania na kolejne. Zorganizowalismy promocje rekrutacji i sama rekrutacje, potem jeszcze konferencje dla nowych osob. Znalezlismy nowe biuro. Probowalismy zlozyc granta do Komisji Europejskiej.

W skrocie - dzialo sie sporo i kiedy zblizala sie data mojego wyjazdu nie moglem opedzic sie od wrazenia, ze gdybym od poczatku przyjechal z zalozeniem, ze lece do Kirgistanu by po prostu pracowac dla AIESEC tam, to moglibysmy narzucic takie tempo rozwoju od poczatku mojego pobytu. Przyjechalem jednak z nieokreslonym JD osoby, ktora ma doradzac i nadzorowac... choc przez znaczna czesc czasu nie bylo komu doradzac i czego nadzorowac. Tak naprawde dopiero odejscie Siergieja (w czasie, gdy bylem na poludniu Kirgistanu) wymusilo na nas zmiane formuly mojej obecnosci.

Ostatniego dnia wsiadlem w taksowke, ktora zabrala mnie na lotnisko, pokrecilem sie po po sklepach troche, az w koncu postanowilem przystapic do odprawy. Dalem wiec torbe do przejrzenia oraz paszport do sprawdzenia przedstawicielom sluzby lotniskowej i - nie spodziewajac sie zadnych problemow - czekalem spokojnie, myslami wedrujac juz ku Uzbekistanowi, czyli celowi mojego lotu. Z tego swoistego letargu wyrwalo mnie pytanie celnika 'a registracji u Was nietu?'.

Polacy nie potrzebuja wiz do Kirgistanu. Jedyne, co musza zrobic, to zglosic sie raz na miesiac do urzedu rejestracyjnego i w doslownie 5 minut oraz po uiszczeniu ok. 50 somow (czyli 5 zl) otrzymuja pieczec w paszporcie uprawniajaca do pobytu na terytorium kraju przez miesiac.

Ja bylem dwa razy. Potem, w tym calym szalenstwie przedrekrutacyjnym wypadlo mi to z glowy. A to oznacza, ze od dwoch tygodni bylem na terytorium Kirgistanu nielegalnie.

Sytuacja nie przedstawiala sie rozowo. Celnik wyjasnil mi, ze nigdzie nie lece, moja wiza do Uzbekistanu jest anulowana, a do paszportu wbity zostanie mi tzw. straf, czyli swoisty 'wilczy bilet' informujacy wszelkie instytucje, ze posiadaczowi tego dokumentu za bardzo ufac nie warto. Bardzo nieciekawa sytuacja zwazywszy, ze Kirgistan otoczony jest przez kraje, ktore wizy od Polakow wymagaja. Co wiecej, takze wszystkie loty z lotniska Manas w Biszkeku maja za cel kraje, gdzie wiza jest od Polakow wymagana. Bilety do Uzbekistanu i Rosji zapewne by przepadly. Niby moglbym kombinowac loty z przesiadka, bo wowczas nie wymaga sie wiz przy bardzo krotkich pobytach w krajach tranzytowych, ale o tym dowiedzialem sie pozniej.

W moim umysle juz powoli formowal sie obraz Kirgistanu jako wiezienia, z ktorego bede mogl sie wydostac nie-wiadomo-kiedy. Najblizsza Polska placowka - w Almaty w Kazachstanie - takze znajdowala sie w kraju wymagajacym wyrobienia wizy. W tej sytuacji ciezko bylo liczyc na jakakolwiek pomoc.

Zaczalem niezbyt skladnie tlumaczyc w jakim celu jestem w Kirgistanie, ze jestem studentem, ze mam przeciez 2 rejestracje, a teraz po prostu zapomnialem o tym obowiazku. Funkcjonariusz w odpowiedzi zaczal mnie prowadzic do jakiegos biura. Po drodze wyraznie staral sie rozladowac napiecie opowiadajac o swojej znajomosci polskich autorow takich jak Genryk Sienkiewicz (zabawne jak G i H sa zamieniane miedzy jezykiem polskim a innymi jezykami slowianskimi). Domyslilem sie, ze pewnie uda mi sie wywinac, martwilo mnie jedynie to, ze w portfelu malem naprawde malo kasy, co moglo rozezlic skorumpowanych celnikow kirgizkich.

Juz w biurze, gdzie do mnie i mojego oczytanego kolegi dolaczyl kolejny celnik, zaczelismy rozmawiac na tematy ogolne, a jednak o konkretnym celu. Jaka jest sytuacja gospodarcza w moim kraju? Czy studiuje? Co robia moi rodzice? A ile zarabiaja?

Po ostatnich dwoch pytaniach cieszylem sie, ze moja mama jest nauczycielka (chyba nie ma kraju na swiecie, gdzie uwazano by nauczycieli za ludzi dobrze zarabiajacych) i ze wyksztalcenie ojca uprawnia mnie do mowienia o nim jako o 'mechaniku' (co nie do konca jest prawda). Dzieki temu celnicy zadowolili sie moja gotowka (ok 200 somow i 10 dolarow), a nawet zostawili mi drobne na pamiatke ;) Przez pozostale kontrole przeszedlem juz bez najmniejszego klopotu.

Takim wiec epizodem zakonczyla sie moja przygoda z Kirgistanem, przygoda, ktora z pewnoscia wplynela na moje zycia bardziej, niz jakiekolwiek poprzednie 2,5 miesiaca mojego zycia. Ale podsumowanie wyjazdu to temat na zupelnie innego posta...

Wednesday, November 01, 2006

Reception Week #6 - Osh - Kara Suu - Jalal-Abad - Bishkek

Dzien 4. mojej wyprawy zaczal sie od odwiedzenia jednego z mniejszych meczetow w Osz, za to niezwykle pieknego, polozonego w miasteczku akademickim. Zreszta byly to odwiedziny niezwykle nie tylko dla mnie - Barno, ktora mi towarzyszyla, widzac, ze nikogo nie ma w srodku, po raz pierwszy w zyciu odwazyla sie przestapic prog meczetu. Wkrotce potem postanowilem udac sie na najwiekszy bazar w calej dolinie Fergany, Kara-Suu, na ktory wedlug moich rozmowcow zjezdzaja sie handlarze i klienci z kilku panstw.

Targowisko rzeczywiscie robilo niezle wrazenie, mozna na nim kupic wszystko od workow z maka, przez ciuchy, po chinska elektronike. Poniewaz wszystkie marki to tak naprawde podroby, wiec i promocyjne zawieszki rzadko kiedy sa orginalne. Moja uwage przykula np. zawieszka promocyjna "Wranglera" przedstawiajaca... bohaterow Brokeback Mountain. Doprawdy, brakowalo tylko Janerki spiewajacego w tle "[...] moze bys tak Damian wpadl popedalowac [...]"... No, ale pewnie wsrod klientow zbyt wielu kinomanow nie ma, wiec i zawieszka role swoja spelnia przyzwoicie.

Ja zbyt wiele nie kupowalem, bo na odziezy ani bizuterii sie nie znam, wiec zamiast dobic dobrego targu moglbym kupic chlam za powazne pieniadze, glownie zatem przechadzalem sie miedzy rzedami wystawcow. Jak zglodnialem, to wpadlem do kawiarni, gdzie za porzadny obiad - duzy talerz lagman z lepioszka i czajnikiem herbaty - zaplacilem niecale 3 zlote. Ot, Azja. Pozniej w innej kawiarni zamowilem tylko czajnik herbaty, a gdy chcialem zaplacic, kelnerka powiedziala mi, ze nie mam za co. Milo, prawda?

Po tym jak nasycilem swoje oczy widokiem targowiska, zaczalem zabierac sie do szukania transportu do Jalal-Abad. Zapytalem jakiegos sympatycznie wygladajacego goscia w srednim wieku, czy nie wie skad odjezdzaja marszrutki w tamta strone, odparl, ze najlepiej wrocic do Osz i tam cos lapac... po czym zaproponowal mi, ze mnie podwiezie. Ot, Kirgistan - juz mnie takie rzeczy nie dziwia.

Wsiedlismy wiec razem do auta, moj nowy znajomy, jego wyraznie mlodsza zona, brat i dwoje malych dzieci oraz ja. Droga uplynela nam na sympatycznej rozmowie. W pewnym momencie, jak to zwykle bywa, temat zszedl na dziewczyny - czy mam jakas, czy mi sie Kirgizki podobaja... Zona mojego dobroczyncy zaproponowala, zebym sobie jakas zone w Kirgistanie znalazl i zabral ja do Polski. Odwrocilem sie - mimo ze juz matka dwojki dzieci, wciaz wygladala bardzo, bardzo pociagajaco.

Bardzo.

Moze i rzeczywiscie jest to jakis pomysl?

Tymczasem moi gospodarze podwiezli mnie pod sam postoj taksowek, ustalili cene z kierowca i pozegnali sie ze mna, a ja zajalem ostatnie wolne miejsce w Ladzie. W Jalal-Abad niestety nie mialem zadnego znajomego znajomego, ktory by mial znajomego, zreszta mialem ochote pobyc troche naprawde sam po 2 miesiacach ciaglego przebywania z ludzmi, wiec zdecydowalem sie na hotel. Jedyneczka, bez cieplej wody, w dosyc eleganckim budynku - 25 zl za noc. Da sie przezyc. Byl juz wieczor, wiec wyszedlem poszukac jakiegos sympatycznego miejsca, gdzie moglbym wypic piwo. Po przepytaniu kilku przypadkowo napotkanych osob zdecydowalem sie na poszukiwanie klubu Makarena. Ostatecznie mi sie to udalo, niestety, Rahmadan to Rahmadan, niedziela to niedziela, a Jalal-Abad to nie Biszkek i moja oaza rozrywki byla zamknieta.

W drodze powrotnej wstapilem do malego klubiku w podziemiach hotelu. Ludzi nieduzo, kategoria wiekowa tez niespecjalnie moja, wiec dosiadlem sie do na wpol spiacej kelnerki i pogawedzilismy troche nad piwkiem. Kiedy zapytalem, dlaczego jest taka zmeczona i ile pracuje, odparla, ze 17 godzin. No dobrze, pol etatu, ale mi chodzilo o to ile dziennie pracuje. 17 godzin. Chyba sie nie rozumiemy.

Chyba jednak tak. Od 7 rano do polnocy. Potem dzien wolnego. I znow - 7 do 24. A na dodatek jest Rahmadan i caly dzien nic nie je ani nie pije. Imponujace.

Po skonczeniu piwka uznalem, ze dosc mam wrazen i wrocilem do swojego hotelu. Na parterze przyuwazylem otwarte jeszcze kasyno. Poczatkowo odstraszyla mnie wywieszka mowiaca, ze wstep kosztuje 100$, ale siedzaca obok wejscia kobitka pozwolila mi "laskawie" wejsc za darmo. Weszla zreszta zaraz za mna i wydarla sie na cala sale, ze jestem 'innostraniec', w sensie obcokrajowiec. Rownie dobrze moglbym sobie sprawic koszulke z napisem "Skrojcie mnie z kasy". Oczywiscie nie wplynelo to bardzo dodatnio na moja ochote do gry i po jakichs 15 minutach biernego przygladania sie 2 toczacym sie grom w pokera udalem sie na spoczynek.

Rano poszwedalem sie troche po miescie, niewielkim i bez znaczacych zabudowan. Z ciekawostek - sporo kawiarni urzadzonych jest w jurtach, do niektorych nawet wlasciciele wniesli wysokie stoly i krzesla, co robi komiczne wrazenie. Dworzec autobusowy zalatywal tak niesamowicie obrazkami znanymi z innych krajow 3. swiata, czy to w Afryce, czy w Azji Poludniowej, ze nie moglem sie powstrzymac, by nie trzasnac fotki - rozlatujace sie autobusy, piach i ludzie, ktorzy zdaja sie jechac do nikad. Podobnie gdy zobaczylem "zaklad rzemieslniczy" - totalnie zdezelowany budynek bez okien i drzwi, wewnatrz ktorego kilka osob zajmuje sie robotami wszelkimi. Zreszta zauwazyli mnie gdy robilem zdjecie, jeden z nich wyszedl i z mina bardzo niespecjalna zapytal, co robie. Zaczalem sie tlumaczyc, ze jestem turysta, ze dla mnie to interesujace, ale chyba po raz pierwszy naprawde nie bylem pewien czy utrzymam swoj stan posiadania jesli chodzi o elektronike i uzebienie. Tym niemniej po chwili facet zorientowal sie, ze naprawde nie jestem Rosjaninem, usmiechnal sie i pozegnalismy sie w cieplejszej atmosferze.

Zeby nie bylo - to nie moj rosyjski zrobil sie nagle taki dobry, to na poludniu Kirgi o wiele mniej osob posluguje sie sprawnie jezykiem Puszkina i Tolstoja.

Wkrotce dotarlem do jednego z bardziej reprezentacyjnych meczetow w Jalal-Abad, ktorego konstrukcja - drewniany, spadzisty dach i oszklone sciany - bardziej przypominala pagode niz swiatynie muzulmanow. Wszedlem do srodka i zapytalem pierwszego napotkanego mezczyzne, czy moge porobic troche zdjec. Blad, duzy blad.

Chwile potem siedzialem po turecku na podlodze otoczony 3 mezczyznami, ktorzy koniecznie chcieli wiedziec, jaka religie wyznaje, jakie sa moje poglady i co wiem o islamie. Ponad godzine rozmawialismy o religii, istotach boskich, ich ilosci i jakosci, co Allah chce, a czego nie, jakie obowiazki powinienem spelniac by dostac sie do raju, gdzie plyna 3 rzeki [z mlekiem, miodem i winem] i jak fajnie jest miec mlode hurysy. Na koniec poinstruowano mnie, bym odwiedzil www.islam.ru i puszczono wolno, bym wreszcie cyknal pare fotek.

W pobliskim budynku, gdzie chcialem skorzystac z toalety, spotkalem jednego z moich rozmowcow sprzed chwili, ktory pokazal mi, jak muzulmanie musza obmywac sie przed wejsciem do meczetu. Rece, nogi, glowa, uszy - wszystko po 3 razy, wszystko w ustalonej kolejnosci. Ja wszystko rozumiem, ale dlaczego oni wciagaja wode do nosa? Az tak higieniczny nie jestem, a uczucia wody w komorach nosowych nie znosze. Hurysy hurysami, ale sa jakies granice - poki co pozostaje agnostykiem.

Jalal-Abad slynie ze swojego kurortu, umiejscowionego na jednej z gor wokol miasta. Postanowilem spedzic tam popoludnie, zlapalem wiec taksowke i wkrotce moglem podziwiac miasto niemal z lotu ptaka. Zebralo mi sie, zeby zobaczyc co jest po drugiej stronie wzniesienia, wiec po 20 minutowym forsownym marszu rozciagnal sie przede mna widok gor i pagorkow w promieniu kilkunastu kilometrow. Wiatr dal mi w koszule, a ja jak okiem siegnac nie moglem dojrzec zadnej ludzkiej istoty.

Tylko ja i natura. Fantastyczne uczucie jednosci ze swiatem, niezaklocone obecnoscia innych osob. Ostatni raz cos takiego czulem schodzac z Orlej Perci w porze, gdy bycie w gorach jest objawem glupoty. Rewelacja...

Po kilkunastu minutach stanu na granicy jawy i medytacji wrocilem do kurortu. Gorskie powietrze usprawnia spalanie, wiec glod przegnal mnie do kawiarni, gdzie akurat jakas duza rodzina stolowala przy dlugim stole. Siadlem przy innym stoliku i czekalem spokojnie na kelnera. I czekalem. I czekalem. W koncu stwierdzilem, ze chyba w ogole nikogo z obslugi tutaj nie ma, a w glowie mej zrodzil sie cyniczny plan. Wstalem wiec, zblizylem sie do biesiadujacej rodziny i spytalem grzecznie, czy moge im cyknac fotke, po czym - zgodnie z moimi kalkulacjami - zostalem zaproszony do udzialu w uczcie.

Wkrotce na stol oprocz jedzenia wjechal tez wspomniany przeze mnie wczesniej Gradusss i nie bylo zmiluj - dwie setki za wieczyste szczescie rodziny rozbudzily jeszcze moj apetyt. A bylo w czym wybierac - mieso, owoce, slodycze... Po zaspokojeniu glodu stwierdzilem, ze robi sie pozno i pora znalezc sobie jakis transport do Biszkeku, podziekowalem wiec i pewnym krokiem udalem sie na poszukiwanie taksowki do centrum.

Po zabraniu rzeczy z hotelu pojechalem na dworzec, gdzie z miejsca otoczyli mnie taksowkarze oferujacy transport do stolicy. 1000 somow. Ja na to, ze za 500 moge pojechac. Narzekania na ceny paliwa odparlem narzekaniami na kieszen studencka. 900. To moze 700? I w koncu znalazlem takiego za 800. Niezle, Kirgistan to nie Turcja, tutaj sie o wiecej niz 30% ceny nie da zbic - a juz na pewno nie obcokrajowcowi z kiepskim rosyjskim. Poniewaz bylo pozno, dosyc dlugo czekalismy na innych klientow by zapelnic takse. Czas uprzyjemnilem sobie rozmowa z innym taksowkarzem i, nie wiedziec czemu, niemal od razu zostalem zapytany, czy sobie puknalem w Osz lub Jalal-Abad. I znowu rozmowa zboczyla na prostytutki, tym razem takze te z Biszkeku. Numerek mozna kupic w stolicy juz od 50 somow [~5 zl], cala noc z niezla laska to 800 do 1000 somow. Moze kogos to zacheci do przyjazdu na CEEDa =)

Kiedy juz, juz wydawalo sie, ze pojedziemy, zaczelo sie pasmo spotkan z dziwnymi osobnikami... Normalnie Rocky Horror Picture Show... Najpierw podszedl do mnie koles tak kompletnie pijany, ze moglbym go lekko popchnac i by sie przewrocil. Zreszta pare razy mialem na to niezla ochote, bo najwyrazniej mial jakis problem do mnie. Niestety, zarowno jego [mocno belkotliwy], jak i moj [mocno polskawy] rosyjski nie pozwolily na znalezienie plaszczyzny porozumienia.

Kiedy ostatecznie ruszylismy na polnoc, okazalo sie, ze pasazer na przednim siedzeniu ma jakies problemy z glowa. Zaczal do mnie mowic mieszajac slowa rosyjskie, kirgizkie i Bog wie jakie jeszcze, a kiedy dowiedzial sie, ze jestem z Polski, niestety okazalo sie, ze sluzyl we flocie baltyckiej i nabral ogromnej ochoty na konwersacje. Kiedy zatrzymalismy sie, by poczekac na kolejnego klienta, dojrzal knajpke przy ulicy... Knajpke? Raczej kiosk zbity z desek, w ktorym jednak mozna bylo kupic wodke. W chwile pozniej trzymalismy juz ufundowane przez naszego marynarza setki obrzydliwie cieplej wodki. I wtedy sie zaczelo. On mowi - pij. Ja na to, ze wole poczekac i niech on pije pierwszy. Dla mnie byl to objaw szacunku wobec starszego. Dla niego - wprost przeciwnie. Wkrotce wybuchla klotnia, w ktorej gotowy bylem juz zgodzic sie na dowolna kolejnosc picia, czego moj sponsor zupelnie nie zauwazal i wciaz powtarzal, ze go 'nie uwazaje' - czyli nie szanuje. Ostatecznie jednak uspokoil sie i juz pogodzeni oproznilismy dwie czy trzy setki.

Klient, na ktorego czekalismy, jakos nie chcial sie pojawic. Tymczasem okazalo sie, ze dla tutejszych dzieci ramadan to czas niemal halloweenowy, kiedy w zamian za spiewanie piosenek religijnych oczekuja paru groszy... albo zaczynaja psocic. Po chwili nasza taksowka byla juz otoczona dzieciarnia, ktora walila w szyby i nie chciala sie uspokoic. Zaczeli rzucac w poblize auta petardami, swiadomie nie trafiajac, jakby oczekujac, ze sama demonstracja sily wystarczy, by zachecic nas do datkow. Zauwazylem, ze jedno z dzieci nie ma nogi i porusza sie na kulach. Wrazenie, jakie na mnie zrobil - obdarty, kaleki maly mieszkaniec kraju, gdzie nawet zdrowi ledwo wiaza koniec z koncem, do dzis sprawia, ze nie smiem narzekac na swoj los.

Nareszcie jest! Dlugo oczekiwany znajomy naszego taksowkarza nareszcie wsiadl na tylne siedzenie naszego samochodu, tuz kolo mnie. A ja za chwile zalowalem, ze nie usiadlem z przodu. Facet smierdzial przetrawionym alkoholem, gnijacymi zebami, zakrzeplym potem, ubraniami nie pranymi od tygodni, moze miesiecy. W Polsce bardzo rzadko zdarza mi sie - i to tylko na chwile - poczuc takie wonie, gdy np. pijani bezdomni wchodza do komunikacji miejskiej. Tutaj niestety czekala mnie 10 godzinna jazda przez noc, kiedy nawet na chwile nie moglem sie odsunac od zrodla dyskomfortu, gdyz siedzielismy stloczeni we trzech na tylnym siedzeniu.

To byla ciezka noc... Na szczescie dojechalismy do Biszkeku we wczesnych godzinach porannych, kolo 6. I tak zakonczyl sie moj wyjazd krajoznawczy do poludniowej czesci Kirgistanu.

Monday, October 30, 2006

Announcement

Szczerze mowiac myslalem juz, ze nie uda mi sie uzupelnic bloga o zapisy z Reception Weeka i tego, co po nim - w Biszkeku nie szlo oddac sie moim ciagotom pisarskim, teraz transport przez Azje do Europy, czyli brak pradu i netu, potem konferencje... Na szczescie jednak w pociagu sypialnym z Moskwy do Warszawy znalazlem dzialajace gniazdko, wiec nie tylko sie wyspalem, ale i sporo czasu na pisanie sie znalazlo. W koncu podroz trwa 21 godzin...

Tym samym udalo mi sie opisac do konca moj Reception Week. Podzielilem go na 4 posty, z ktorych 3 wrzucam dzisiaj. Chcialem wrzucac powoli i po kolei, ale moze byc z tym ciezko...

Koniec pitu pitu, zapraszam do lektury 3 nowych postow!

Reception Week #5 - Osh 3

Byly takie czasy, kiedy wydawalem pieniadze na rzeczy tak absurdalne jak karty do gry Magic: The Gathering. Wady kupowania kartonikow za kilkanascie / kilkadziesat zlotych sa oczywiste, wsrod zalet mozna wymienic estetyke ich wykonania. Oprocz trafiajacych do wyobrazni obrazkow na kazdej z nich widniala inskrypcja pochodzaca ze swiata gry. Szczegolnie do gustu przypadla mi jedna: "It is no coincidence that every civilization developed the art of distilation". Coz, moj pobyt w Kirgistanie rzucil wyzwanie temu pogladowi, gdyz dopoki do tej krainy nie przybyli Rosjanie, w zasadzie jedyne czym sie tutaj odurzano, to kymyz. Kymyz, czyli lekko alkoholowy trunek z mleka klaczy, nie pozwala na porzadne zerowanie sie, i przez dluzszy czas zachodzilem w glowe, dlaczego Kirgizi nie grzali tak jak ludzie Zachodu.

Gdy po wieczorze w Koreanie szukalem toalety po raz bodaj 6, przez chwile odpowiedz wydala mi sie, ze tak powiem, na wyciagniecie reki.

Nie pisalem o tym wczesniej, bo temat jakos nie pasowal mi do zadnego posta, ale skoro juz zaczalem zaglebiac sie w takie szczegoly, to musicie wiedziec, ze wizyta w toalecie moze byc dla Europejczyka malym szokiem kulturowym. Otoz, mili Panstwo, wiekszosc toalet tutaj... nie ma sedesu. Czyli generalnie masz dziure w ziemi, kucasz i starasz sie oddac precyzyjny zrzut. W czasie kilku pierwszych wizyt czulem sie troche jak operator Enola Gay... No dobra, obiecuje ze nie bede sie wiecej zaglebial w tak przyziemnie ludzkie tematy.

'Zaglebial'... hu hu hu...

Skoro juz wiecie jak minal mi wieczor i poranek, dzien 2, mozemy przejsc do dalszej czesci relacji.

Dzien 3. uplynal mi glownie pod znakiem wizyty na bazarze w Osz. No... wreszcie cos, co przypomina hollywoodzkie filmy - masa ludzi, przyprawy, krzyki, negocjacje, warzywa, egzotyczne owoce, z ktorych czesci nawet nie potrafilem nazwac. Wystarczylo, ze zatrzymalismy sie przy jakims stoisku na pare sekund, a juz otaczaly nas kobiety i mezczyzni oferujac swoje wyroby, przekrzykujac sie coraz nizszymi cenami. Wystarczylo spojrzec na jakies dobro, bo sprzedawczyni podala cene... Nie zdazysz zareagowac, a ona juz daje 10% nizsza... Skrzywisz sie, bo nie zrozumiales, a ona traktuje to jako wyraz dezaprobaty i podaje kolejna, juz 20% nizsza. 'Odkuda wy? Z Polszy?' i nagle okazuje sie ze Polacy to najchetniej witany narod tutaj, a dzieki mojemu pochodzeniu moge nabyc dobro juz za 70% poczatkowej wartosci.

Niestety, nie mialem za duzo gotowizny przy sobie, a bankomat jest urzadzeniem niezwykle trudnym do znalezienia w miastach Centralnej Azji, wiec kupilem tylko kilka drobiazgow.

W pewnym momencie moja uwage przykuly malenkie woreczki z czarnymi kuleczkami, przypominajacymi pieprz. To naswaj, wyrob pochodny tytoniowi, ktory wedlug zapewnien wszystkich, z ktorymi rozmawialem, mial dawac niezle w palnik. Kupilem wiec toto, bo tanie, a w myslach juz kreowalem niecny plan odurzania znajomych w Polsce. Niestety, naswaj za mocny nie jest, a efekt jego dzialania mozna porownac do wypalenia papierosa.

Serdecznie pozdrawiam rodzicow, ktorzy pewnie teraz czuja sie jak po wypaleniu co najmniej paczki =)

No i mili Panstwo, znalazlem McDonaldsa! Moze nie jest to do konca oficjalne przedstawicielstwo... Ale za to byc moze jedno z najslawniejszych - kiedy strzelalem fotke, jeden z klientow powiedzial mi, ze wszyscy turysci robia sobie z nim zdjecie.

Mialem okazje sprobowac masy rzeczy po raz pierwszy w zyciu, od wysuszonych pestek brzoskwini i suszonych pomidorow, przez granaty, niezwykle soczyste zolte owoce, ktorych nazwy nie znam, po konine - to ostatnie bez rewelacji. Nie wiem czy to tylko moje wrazenie, ale wyglada na to, ze polowa rzeczownikow w kirgizkim to kumyz tudziez kymyz. Napoj z mleka konia - kymyz. Konina - kumyz. Instrument ludowy dety gliniany - kymyz. Instrument ludowy ustno-brzdakany - kymyz. Przy czym szczerze mowiac nie wiem, czy te drobne roznice w pisowni nie zostaly przeze mnie urojone.

Kiedy wrocilismy do centrum, mialem okazje sprobowac slawnego na caly Kirgistan oszskiego plow - miesa z ryzem i papryka. Plow mozna kupic we wszystkich panstwach Centralnej Azji, ale to wlasnie oszski plow, przyrzadzany na modle uzbecka, jest najslawniejszy w Kirgizji. Fakt... Pychota =)

Po powrocie do mieszkania Akmala mialem okazje poznac jego zone, ktora wrocila od rodziny. Ona od razu przyjela bezpieczna pozycje na tyle odlegla, bym nie przezyl ponownie szoku probujac podac jej reke. Chwile potem sie przedstawila. I samo to wystarczyloby za wszystkie przygody w czasie Reception Weeka.

Ale zanim przejdziemy do sedna sprawy, przerwa na dygresje. Niemal wszystkie slowa jakie znam po kirgizku, poznalem dzieki rozszyfrowywaniu imion. Np. Aigul to ksiezycowy kwiat. Ainura - ksiezycowy promien. Ailar - podobna ksiezycowi. Nazik - powabna, delikatna.

Na imie jej Nazgul. Czyli 'delikatny kwiatuszek'. Zebralo sie Tolkienowi na zarty, nie?

Przyjrzalem sie jej uwazniej - niewysoka, niepozorna kobietka o lagodnych rysach twarzy. O ile nie trzyma czarnego rumaka wraz z 1,5 metrowym mieczem w ktorejs z szaf, to chyba moge czuc sie bezpiecznie. Mam tez nadzieje, ze dzieki malej lekcji kirgizkiego nie myslicie, ze mamusia nie kochala mojej gospodyni i dlatego pokarala ja takim imieniem.

Wieczorem wybralismy sie do kawiarni, gdzie moglem sprobowac innych typowo oszskich potraw - samsy z koscia i samsy z zupa w srodku. Bez przesadnej rewelacji.

Ech, ludzie tutaj sa naprawde niesamowici - tak otwarci, ciepli, mili... Niesamowite dla osoby takiej jak ja, o systemie wartosci opartym na jednostce, a nie spolecznosci. Niesamowite i... zmuszajace do myslenia.

Reception Week #4 - Osh 2

Nie ma to jak obudzic sie w czasie urlopu z radosnym poczuciem, ze trzeba gdzies leciec, jakas spotkanie poprowadzic czy cos... Cale szczescie, ze prezentacja miala byc dla grupki studentow, wolontariuszy Biura Karier, wiec wrzucilem T-shirt, golenia nie uznalem za konieczne i ruszylem w kierunku Uniwersytetu Uzbecko - Kirgizkiego, 3. co do wielkosci placowki edukacyjnej w Kirgistanie, alma mater 20 000 studentow.

Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy na miejscu zostalem przedstawiony szefowi biura wspolpracy z zagranica, Muzzafarowi, a zaraz potem poinformowano mnie, ze za 15 minut mam spotkanie z rektorem. Wchodzimy, siadamy, rozmawiamy, a jakis gosc cale spotkanie filmuje, wszystko oficjalnie i kurtuazyjnie... W sumie wyszlo calkiem spoko, rektor bardzo by chcial, zeby AIESEC otworzyl biuro w Osz, bylby nawet otwarty na zatrudnienie praktykanta MT, ktory by sie tym zajal. Przez chwile wydalo mi sie to wcale dobrym pomyslem - miasto liczy 300 tys. mieszkancow, jest kilka uniwerkow, a sam Uzbecko - Kirgizki jest, jak juz wspomnialem, calkiem spory. Niestety, kiedy wieczorem probowalem wyciagnac od moich 'filmowych' kolegow nazwy kilku wiekszych firm obecnych w Osz, rozmowa wygladala mniej wiecej tak:

"No, jest np. XXX"
"Co Ty, upadli w 3 lata temu".

I po kilku probach poddali sie.

Spotkanie z rektorem to byl jednak dopiero poczatek niespodzianek. Kiedy wszedlem do sali, gdzie oczekiwalem 5 - 8 osob, moim oczom ukazala sie grupa nieco ponad 50 studentow. Dla pewnosci zapytalem, czy na pewno wszyscy wiedza, ze bede prezentowal jak dzialaja biura karier w Polsce. Po otrzymaniu odpowiedzi twierdzacej chcialem zapytac, czy nie maja czegos lepszego do roboty, ale pomysl zarzucilem i przeszedlem do zgrywania specjalisty. Wyszlo mi widocznie wcale niezle, bo jedno z pierwszych pytan od publiki dotyczylo ilosci panstw, ktore juz odwiedzilem z ta prezentacja i od jak dawna zajmuje sie edukowaniem na ten temat. Moja zgodna z prawda odpowiedz, ze prezentacje daje 2. raz i Kirgistan jest pierwszym krajem nawiedzonym przez moje nowe alter ego doradcy ds. biur karier wzbudzila lekka konsternacje, choc wydaje mi sie, ze wszyscy i tak byli zadowoleni.

Po powrocie do biura przedstawiono mi pracowniczke biura karier, ktora, gdy chcialem podac jej reke, odskoczyla jak oparzona.

W moich myslach boki fryzjera wlasnie konczyly sie przypiekac, a ja bralem do reki obcegi, gdy wytlumaczono mi, ze jako muzulmance, nie wolno jej wchodzic w jakiekolwiek kontakty fizyczne z obcymi mezczyznami. Fryzjer - niczym Kmicic - zdolal sie wywinac.

Dowiedzialem sie wkrotce, ze jeszcze dzis spodziewaja sie wizyty kogos z fundacji USAID, bardzo aktywnej w regionie Centralnej Azji, dostarczajacej fundusze dla wielu organizacji. Pomyslalem sobie - urlop jak urlop, ale nie ma co szansy przepuszczac. Czekalem, czekalem... no i sie doczekalem. Juz kiedy sie sobie przedstawialismy Valery zrobil na mnie silne wrazenie. Mocno pijanego, niestety. Z zadumy nad tym, czy to co czuje w jego oddechu to przypadkiem nie wodka Gradusss, wyrwal mnie pytaniem czy pracuje dla Open Society Institute, USAID czy amerykanskiego rzadu. Westchnalem w myslach, bo powiedzialem mu juz wczesniej, ze jestem z AIESEC, ale gdy zaczalem mu klarowac ponownie o naszej organizacji, przerwal mi, przyciagnal mnie do siebie [Gradusss jak nic] i dosc obcesowo wyklarowal, ze ludzie tutaj sa z roznych organizacji, ale tak naprawde kazdy jest z OSI, USAID lub pracuje dla Stanow. Eeech... Tyle jesli chodzi o networking.

Potem jeszcze spotkanie we wlasciwym gronie wolontariuszy Biura Karier, nieduzym, ale bardzo sympatycznym i juz bylem wolny. 4 po poludniu. Urlop, jak widac, mijal mi szybko.

Nie tracac czasu postanowilem poszwedac sie troche po miescie i cyknac pare fotek. Tak, Osz jest zdecydowanie bardziej muzulmanski - wiele kobiet ma zakryte glowy, niektore nosza kompletne czadory, w miescie jest tez kilka meczetow. Niestety, nie sa moze imponujace, ani jakos specjalnie urzadzone, ale i tak jest to postep w stosunku do Biszkeku.

W czasie mojego radosnego spaceru napotkalem nie mniej radosna grupe oprawiajaca owce przed blokiem. Ot, wisiala taka zawieszona za tylne nogi, juz bez glowy, broczaca krwia, a oni obdzierali ja ze skory. U nas to przed blokiem co najwyzej dzieci bawiace sie na trzepaku mozna zobaczyc. Nie ma to jak lokalny koloryt.

Udalo mi sie dotrzec na bazar, niestety, pora byla juz mocno popoludniowa, wiec wiekszosc stoisk byla zamknieta... Nie pozostalo mi wiec nic innego jak spotkac moich znajomych celebrities. Trzasnelismy sobie po piwie, a potem zaproponowali mi, ze moga pokazac mi gdzie jest najlepszy lokalny klub. Dlaczegoby nie, pomyslalem, w koncu jest piatek wieczor.

Koreana, bo tak sie ow przybytek nazywal, nie byla tak siermiezna jak sie spodziewalem. W sumie nawet fajne miejsce... Niestety, Rahmadan to Rahmadan i wszystkiego razem bylo tam moze 30 osob. Poniewaz poczatkowo bylem sam, siadlem przy barze i zaczalem rozmawiac z barmanem przy piwie. Barmani to taki sort ludzi, ktorzy sa z zawodu o wiele bardziej poblazliwi dla ludzkich pomylek jezykowych i potrafia wylapac sens nawet z bulgotania. Nie wiem czy bylo to czynnikiem decydujacym, ale gadalismy po rosyjsku dobra godzine, moze nie o filozofii ani systemie politycznym, ale i tak przyjemnie sie gawedzilo. Troche zmartwilo mnie tylko to, ze dosyc szybko barman zaczal mnie wypytywac czy wiem, gdzie w Osz sa prostytutki, a gdy odparlem ze nie, dosc dokladnie mnie pointruowal. Czy ja wygladam na az tak wyglodzonego?

Reception Week #3 - Osh 1

Sasza zgodnie z umowa podrzucil mnie pod szkole Makarenki, gdzie mialem spotkac sie z kolezanka Ainury z czasow szkolnych, obecnie nauczycielka Fizkultury, Barno. Po drobnych perypetiach [ja szukalem jej w budynku, ona mnie na drodze] ostatecznie wybralismy sie na sniadanie, podczas ktorego dowiedzialem sie, ze muzulmanie maja od dobrego tygodnia Rahmandan. Coz, moja dotychczasowa nieswiadomosc na ten temat moze Wam pomoc w uswiadomieniu sobie, jak religijni sa ludzie w Bishkeku. Barno rowniez bardzo zacieta w wierze nie jest, zreszta trudno byloby mi sobie wyobrazic nauczycielke W-F, ktora dotrzymywalaby postu. Coz, wyobrazni zbytnio wytezac nie musialem, bo za chwile dolaczyl do nas jej kolega Akmal, rowniez wuefista, ktory jednak obowiazki relgijne traktuje powaznie.

Kolejnym przystankiem na naszej drodze bylo mieszkanie Akmala, bo wlasnie u niego mialem sie zatrzymac w czasie pobytu w Osz. W drodze moj nowy gospodarz kilkakrotnie powtorzyl, ze on bardzo przeprasza, ze u niego kiepski standard i prosil, zebym sie nie przejmowal. Generalnie w pewnym momencie zaczalem sie zastanawiac, czy przypadkiem nie zaprowadzi mnie do groty jakiejs, albo szalasu. Ale nie, blok jak blok, mieszkanie tez wcale w porzadku, 2 pokoje, zabudowany balkon, lazienka, kuchnia, przedpokoj... W Polsce powiedzialbym ze bardzo ubogo urzadzone, ale po 2 miesiacach w Kirgi spodziewalem sie czegos gorszego. Zwlaszcza, ze ta lazienka z prysznicem [co prawda bez cieplej wody] to i tak skok jakosciowy w porownaniu z moim miejscem zakwaterowania w Biszkeku. Pogawedzilismy troszeczke - Akmal niestety nie znal angielskiego, ale i tak bylo calkiem sympatycznie. Jak sie w wkrotce dowiedzialem, w lokalu mieszka 5 osob: Akmal z zona i bratem oraz jego siostra, ktora wkrotce skonczy studia medyczne, wraz z dzieckiem. Zreszta maja zamiar sie niedlugo przeprowadzic, bo czynsz za wysoki. 60 dolarow / mc. Zdziwieni? Tak to juz tutaj jest, Akmal pracuje w szkole i na uniwersytecie, i na tych dwoch etatach zarabia lacznie 120 dolarow miesiecznie, jego zona nie pracuje, siostra niby cos zarabia, ale to jakies grosze sa...

Inny swiat...

Uwaga, uwaga! Okazuje sie, ze bezczelnie oczernilem Megacom piszac, ze dziala tylko w Biszkeku - otoz w Osz [i, jak sie pozniej okazalo, w Jalal-Abad] rowniez lapalem bezproblemowo zasieg. No, ale z drugiej strony ostatnio przyprawilem niektorych AIESECowow o palpitacje serca, gdyz przez 2 dni nie szlo sie do mnie dodzwonic, nikt nie wiedzial gdzie jestem, ani czy zyje.. A skad mialem wiedziec ze jak nie mam kasy na karcie to rozmowy przychodzace sa tez zablokowane? No skad? Ze niby te SMSy po rosyjsku co je co rano dostawalem mialy mnie uswiadomic?

I po reklamie.

Poniewaz wkrotce po przyjezdzie do Osz zadzwonil do mnie Adylbek, kolega Bakyta, ktory okazal sie osoba wladajaca jezykiem Szekspira [z biegloscia Tarzana co prawda, no ale], wiec udalismy sie z Akmalem na jego spotkanie. No niestety, Osz wciaz nie wygladal mi na az tak azjatycki, jak bym sobie tego zyczyl, tym niemniej mimo wysokiej temperatury ciezko bylo dopatrzyc sie dziewczat, ktore odslanialyby cos wiecej niz dlonie i twarze. Co jakis czas mijalismy tez zupelnie zawolaowane kobiety, choc byly to prawdopodobnie mieszkanki Uzbekistanu.

Po 'przejeciu' mnie przez Adylbeka [ktory wygladal troche jak Laurence Fishbourne z czasow Otella] i jego dwoch znajomych [z ktorych jeden wygladal jak Charlie Sheen z czasow Wall Street] udalismy sie na obiad. I tutaj pierwsza ciekawostka. Wyobrazcie sobie ludzi siedzacych na kocach wokol niskiego stolu. Teraz umiesccie to, co zrodzilo sie w Waszych glowach na metalowej kontrukcji wysokosci ok. 70 cm, przypominajacej troche stare, duze lozka - Kirgizi nazywaja to tapczanem. Tak sie tutaj jada w wiekszosci kawiarni. Dla porownania, w Biszkeku tylko raz zdarzylo mi sie trafic do podobnego miejsca. Dla mnie to oczywiscie niezla frajda, choc probujac usiasc po turecku na waskiej lawie raz jeszcze zdalem sobie sprawe, ze powinienem czesciej sie rozciagac.

W czasie posilku dojrzalem niedaleko cos, co przykulo moja uwage - 3 poziomowa jurte. Niezla sprawa, nie? W srodku miesci sie nieduze muzeum, do ktorego wszedlem jako pelnoprawny Kirgiz, zeby oszczedzic kase...

No wlasnie, w Kirgistanie moglem wielokrotnie przyjrzec sie jak wyglada model monopolisty roznicujacego ceny w praktyce... W sensie dyskryminacja: jesli pochodzisz z CSI [Commonwealth of Independent States - nie wiedziec czemu to 'wealth' w nazwie nieodmiennie mnie bawi] to placisz jedna kwote, ale jesli spoza, to cena moze byc i 4 razy wyzsza. Tutaj czesto ludzie mowia mi, ze wygladam jak Rosjanin, co oczywiscie wcale [wcale!] nie wynika z mojej fryzury, bo troche mi juz wlosy zdazyly odrosnac, co z innych cech fizjonomii. Ben na przyklad zwrocil mi uwage, ze Anglosasi maja obwisle platki uszne, a Slowianom ucho 'wchodzi' w glowe. Ot, ciekawostka. Efekt jest taki, ze moge wchodzic za mniejsze kwoty, przynajmniej dopoki nikt nie zaskoczy mnie zadnym pytaniem wielokrotnie zlozonym.

Cholera, powinienem przestac zbaczac z tematu Reception Weeka, jesli chce skonczyc tego posta dzisiaj.

W samym muzeum nie bylo jakos olsniewajaco duzo eksponatow, wiec zeby uatrakcyjnic sobie wyprawe, moi towarzysze postanowili przywdziac bojowe eksponaty, a nastepnie strzelic sobie fotke. Osobiscie czulem sie co najmniej dziwnie [ech, to wychodzwanie w poszanowaniu regul], ale naturalnosc, z jaka wprowadzili swoj plan w zycie, oslabila moje sumienie i wkrotce zostalem uwieczniony jako chan plemienia.

Kirgistan nie ma specjalnie wielu bohaterow w swojej historii. W zasadzie w czasie mojego dotychczasowego pobytu zdazylem zapoznac sie z dwoma - Manasem, o ktorym pisalem w relacji z poprzedniego Reception Weekendu, oraz Karmandzan Datka. Kobieta ta, nazywana rowniez czasem 'Caryca poludnia', przewodzila obronie Kirgizow przed armia carska. To znaczy tak twierdza rdzenni mieszkancy tych ziem, bo wedlug Siergieja byla to osoba, ktora naklonila poludnie do poddania sie wplywom cywilizacji [ke?] rosyjskiej. Na jednym z wiszacych na scianie obrazow dostrzeglem scene z zycia Datki. Adylbek objasnil mi, ze przedstawia on egzekucje jej syna, zarzadzona przez rosyjskiego administratora tych ziem. 'Caryca' przygladala sie jej ze spokojem, argumentujac, ze skoro jest winny, to powinien poniesc kare. Nietuzinkowa to musiala byc postac, skoro w zmaskulinizowanym swiecie muzulmanow stala sie postacia tak znaczaca. Nietuzinkowa, skoro potrafila tak chlodno obserowac usmiercanie jej syna.

Osz ma pewna charakterystyczna ceche - otoz niemal w samym centrum miasta ma... gore. I to nie jakis tam pagorek, tylko porzadny kawal skaly wysoki na jakies 150 - 200 metrow. Jest to jedna z atrakcji turystycznych miasta, totez zaraz po zaprestaniu bezczeszczenia eksponatow skierowalismy ku niej swoje kroki. I znowu bramka przy wejsciu, i znowu szwindel - jeden z towarzyszy Adylbeka [ten, ktory akurat nie przypominal zadnego bohatera filmowego] jest dziennikarzem, wiec przekonal mila pania, ze wchodzi wraz z nami w celach sluzbowych, totez placic mu nie przystoi.

Wdrapujac sie na gore moglismy podziwiac odslaniajaca sie przed nami panorame miasta. Osz jest miastem bardzo 'plaskim', w sensie nie ma w nim wysokich budynkow, gdyz jest to teren zagrozony trzesieniami ziemi. Przynajmniej tak wytlumaczyl mi ten fakt Adylbek vel Otello... Coz, mysle ze nie bez znaczenia jest tez fakt, ze w jedynych budynkach w miescie majacych wiecej niz 5 pieter na najwyzszych poziomach nie ma doprowadzonej wody, bo pompy za drogie. No, ale interpretacje tych faktow pozostawiam Wam.

Podobny-zupelnie-do-nikogo-dziennikarz wskazal palcem na gore odlegla o moze 2 godziny piechota od Osz - tam jest juz Uzbekistan. Jesli bedziecie mieli kiedys okazje, to spojrzcie na mape polityczna tego regionu. Totalny galimatias i poplatanie... Nie dosc ze na terenie Uzbekistanu i Kirgistanu sa enklawy sasiada, to jeszcze Taszkient [stolica Uzbekistanu] lezy w waskim gardle miedzy Kazachstanem i Kirgistanem, a Biszkek niemal na granicy z Kazachstanem. Coz, nie ma to jak sowieckie planowanie.

Widok ze szczytu zapieral dech w piersiach, zwlaszcza ze suche powietrze pozwalalo dojrzec obiekty odlegle o kilkadziesiat kilometrow. Gory, kaniony, a miedzy nimi pustynia... Chcialoby sie opuscic caly ten szum miast i zostac tu, wiodac zycie nomada... Jest cos pociagajacego w takich widokach dla takiego samotnika jak ja.

U podnoza gory rozciagal sie duzy cmentarz, tak wypelniony grobami i malutkimi kryptami, ze zdawac sie moglo, ze niemal na siebie zachodza. Laurence vel Adylbek wytluszczyl mi, ze jest to swieta ziemia dla mieszkancow tych ziem, dlatego kazdy chcial wlasnie tutaj pochowac swoich bliskich. Doprowadzalo to do roznych absurdalnych sytuacji [szczegolow Wam oszczedze], wiec rzad ostatecznie zakazal chowania kogokolwiek w tym miejscu. Wciaz jednak mozna tu spotkac wieczorami wiele...

...potworow?

...dziwakow?

...nekrofili?

...a nie, bo zakochanych par. Ot, wyborne miejsce schadzek - taka grobowa cisza i wieczysty spokoj, nie wspominajac o tej podniecajacej swiadomosci, ze ktos patrzy... Ja wiem, wisielczy humor, ale akurat tutaj zdaje sie niezle pasowac, prawda?

Ze szczytu ruszylismy w dol inna droga w kierunku pieczary, w ktorej urzadzono muzeum. Po drodze natrafilismy na wyslizgany, ok. 4 metrowy kawalek skaly sluzacy za zjezdzalnie - trzeba zsunac sie z niej 3 razy i nie tylko wszelkie dolegliwosci ustapia, ale jeszcze na dodatek spelni sie jedno zyczenie. Product packaging po prostu. Oczywiscie musialem skorzystac =).

W pieczarze ponownie okazalo sie, ze wygladam na Rosjanina na tyle dobrze, zeby nie placic za duzo. Muzeum calkiem sympatyczne - dwupoziomowa grota, a w niej troche wypchanych zwierzat, w tym 5-metrowy waz, ale przede wszystkim ceramika i ozdoby sprzed wiekow, glownie zwiazane z obrzedami pochowku i szamanizmem. Az by sie chcialo cos wyczarowac.

Po zwiedzaniu poszlismy do biura Adylbeka vel Laurence'a, gdzie pracuja tez oczywiscie Charlie Sheen i P-z-d-n-dziennikarz. Tam pokorzystalem troszke z netu, m.in. instalujac licznik odwiedzin na blogu [juz pol tysiaca i to mimo, ze od tamtego czasu pojawil sie tylko 1 post... niezle =)]. Nastepnie udalismy sie do domu Otella vel. Morfeusza-z-wlosami na kolacje przygotowana przez jego zone.

I tutaj sie poskarze... I to na samego siebie. Zrobilem sobie 5 dni wolnego i mialo byc tak pieknie - z dala od Biszkeku, wsrod ludzi zupelnie niezwiazanych z AIESEC, no po prostu odpoczynek i regeneracja jak sie patrzy. Coz, juz w Biszkeku zaoferowalem sie, ze trzasne prezentacje na temat Biur Karier w Polsce dla Uniwersytetu Uzbecko- Kirgizkiego, ale godzinka nie robila mi wielkiej roznicy. Chmury nad moim urlopem zaczely zbierac sie, gdy okazalo sie, ze Adylbek jest szefem NGO zajmujacego sie legalizacja pobytu i pozwoleniami na zatrudnienie dla imigrantow z sasiednich krajow. Zaczelismy wiec rozmawiac o potencjalnych zrodlach finansowania organizacji takiej jak AIESEC oraz prawnych procedurach, ktorym bedziemy musieli sprostac sprowadzajac praktykantow. Dobra, pare godzin takich konwersacji jeszcze by mi wakacji nie zepsulo. Ja sie tylko pytam, dlaczego w czasie milej kolacji, z lagman, herbata i owocami musialo wyjsc na jaw, ze zona Feeszborna zarzadzala kiedys firma turystyczna, kierujac rozmowe nieuchronnie na temat potencjalnych praktyk w tego typu przedsiebiorstwach? Nie mowiac juz o tym, ile ostatecznie czasu zajela mi moja 'krociutka' prezentacja nastepnego dnia... no, ale na to bede narzekal w kolejnym poscie.

Zreszta rozmowa z zona Laurence'a byla nad wyraz ciekawa z prostego wzgledu - Adylbek jakos nie mogl sie pogodzic z tym, ze to nie on znajduje sie w centrum uwagi i co chwila dochodzilo do sytuacji, gdy pytalem o cos jego malzonke, a odpowiadal on, nie dajac jej dojsc do slowa. Coz, chcialbym napisac, ze bylo to przezycie ciekawe ze wzgledow kulturowych, swiadczace o maskulinizacji spoleczenstwa... Ale jestem pewien, ze w bardzo wielu domach w Polsce doswiadczylbym czegos podobnego.

Po kolacji poszlismy wybralismy sie do knajpy niedaleko, gdzie mialem okazje posmakowac piwa warzonego w Osz. Smakuje jak woda, znaczy sie - niezle. Przynajmniej w porownaniu z butelkowanymi napojami, ktore nie wiedziec czemu ktos nazwal piwem i wystawia na sprzedaz w Biszkeku. Do mieszkania Akmala wrocilem okolo polnocy i z miejsca polozylem sie spac.

Wednesday, October 11, 2006

Fotosy #2

Moi drodzy,

Kurcze, nawet nie wiecie jak ciezko jest teraz pisac - pracy jest masa, ale przede wszystkim jest ona super, superprzyjemna! Niesamowite uczucie, widziec ludzi, ktorzy 2 miesiace temu nie wiedzieli co to jest AIESEC, pewnie nawet nie potrafiliby poprawnie napisac nazwy [Elina promujac Projects that change uzywala nazwy pisanej w cyrylicy], a dzis sami z siebie podejmuja inicjatywy, dziela sie pomyslami. Smerfastycznie! I zamiast klepac na bloga, chcialoby sie po prostu polozyc, zasnac jak najszybciej zeby wczesnie wstac i moc leciec w miasto spotykac sie z nimi, przygotowywac szkolenia i dawac prezentacje na uniwerkach. Motywacja mnie rozrywa =)

Dlatego na posty jeszcze troszke bedziecie musieli poczekac, tym niemniej zapraszam do obejrzenia fotek z podrozy na poludnie. Zdjecia sa nieopisane, podpisze je po umieszczeniu postow - wiecie, zeby nie zdradzac za duzo...

Monday, October 09, 2006

Reception Week #2 - Trip to Osh

Heyho!

Wlasnie skonczylem planowac w Mind Managerze posta dotyczacego mojego urlopu na poludniu Kirgi i... troche sie przestraszylem. Otoz wyszlo mi, ze powinienem opisac mniej wiecej 60 roznych mniej lub bardziej istotnych zdarzen. Ile to zajmie - nie wiem, za to mozecie odetchnac - wrzuce kilka postow zamiast jednego ogromnego. Mam nadzieje, ze jestescie tak napaleni na kolejne czesci, ze bedziecie na bloga zagladali o wiele czesciej, tym samym lechtajac moja proznosc przez podwyzszanie liczby na liczniku odwiedzin, ktory umiescilem tutaj w zeszly czwartek :)

Zacznijmy moze standardowo, od poczatku. Calkiem niedlugo bede sie niestety zabieral z Kirgistanu, wiec tak naprawde zeszly tydzien byl ostatnim momentem, kiedy moglem wyjechac na kilkudniowy urlop - za chwile zaczyna sie rekrutacja, potem trzeba bedzie wprowadzic nowych czlonkow w arkana AIESECowych dzialan, a naszych 2-miesiecznych 'weteranow' w ich nowa role liderow. Kierunek mogl byc tylko jeden - poludnie Kirgistanu, o ktorym mowi sie, ze jest o wiele bardziej interesujace dla przybyszow z innych krajow niz polnoc, gdyz wplywy sowieckie sa tam o wiele mniej wyczuwalne. No a jesli poludnie, to oczywiscie Osz, drugie co do wielkosci miasto Kirgistanu, ktore szczyci sie trzema tysiacami lat historii [sic!].

Caly wyjazd stal pod znakiem ogromnej goscinnosci i otwartosci Kirgizow, ktora teraz ujawnila sie w pelni. Zarowno Ainura, jak i Bakyt [przyjaciel Asel] zaopatrzyli mnie w kontakty do swoich znajomych w Osz, dzieki czemu mialem pewnosc, ze nie bede zdany tylko na siebie.

Z Biszkeku do Osz mozna dotrzec na kilka sposobow. Najdrozszy, lecz najbardziej komfortowy, to rzecz jasna samolot. Leci toto moze z godzine, kosztuje okolo 2000 somow, komfort, bezpieczenstwo i widoki gwarantowane. Innymi slowy - nudy. Drugi sposob, dla hardkorowcow, to marszrutka - kilkanascie godzin w tloku, w zasadzie nie wiadomo nawet, czy znajdzie sie miejsce siedzace. I trzeci, taksowka. Osoby z Warszawy, a pewnie takze z innych miast Polski, pewnie wlasnie nieco sie wzdrygnely - ile moze kosztowac taksa jadaca przez pol kraju? I tutaj przyjemne zaskoczenie, bo za transport tym sposobem placi sie mniej wiecej 800 - 1000 somow. Tak niska cena jest mozliwa dzieki niewysokim kosztom - litr paliwa w tym kraju kosztuje miedzy 20 a 25 somami, choc trzeba tez wziac pod uwage, ze dostepne rodzaje benzyny maja 76 do 93 oktanow.

Kiedy przyjechalismy z Ainura na plac wypelniony taksowkami, momentalnie zaczeli do nas podchodzic mezczyzni w srednim wieku, krzykliwie oferujac transport do Talas, Naryn, Issyk-Kul, Jalal-Abad... Przecisnelismy sie do czesci placu, z ktorej odjezdzaja samochody do Osz i dopiero tu zaczelo sie robic ciekawie. W 3 minuty stanelo przed nami 8-10 mezczyzn natarczywie oferujac przejazd wlasnie ich maszyna. Prawde mowiac nawet Ainura troche sie speszyla i cofnelismy sie kilka krokow pod naciskiem rosnacego tlumu. Kiedy Ainura podjela negocjacje cenowe, naliczylem 18 taksowkarzy. Nie wiedziec czemu zaczalem sie zastanawiac, ilu zdazylbym dac rade, zanim by mnie ograbili. Ta Polska to jednak skrzywia ludzi.

Wkrotce rozmowy sie zakonczyly i stanelo na tym, ze pojade za 1000 somow. Z tonu glosu Ainury wyczulem, ze mozna bylo taniej, tym niemniej widocznie wolala, zebym dojechal bezpiecznie. W srodku juz czekaly 4 osoby - dwie kobiety i dziecko z tylu oraz facet z przodu. Wsiadlem i ruszylismy zdobywac gory =)

Jak byc moze pamietacie z posta o pierwszym Reception Weekendzie, droga do Osz ma kilkusetkilometrowy wspolny odcinek z droga do Talas, wiec widoki byly znajome. Tym razem udalo mi sie cyknac pare fotek, w tym uchwycic pewne ciekawe zjawisko. Otoz Kirgizi czasem ukladaja na zboczach gor kamienie w jakis ksztalt, po czym maluja je na bialo. Do niedawna wiekszosc tych 'dziel' byla mniej wiecej na poziomie tekstow wycinanych na drzewach w Polsce, ale niektore firmy podchwycily pomysl i uzywaja tej metody, by promowac sie wsrod klientow. Wyglada to nad wyraz ciekawie - odsylam do fotek, ktore niedlugo wrzuce.

Nie wiem dlaczego, ale tym razem wyjatkowo czesto napotykalismy stada a to owiec, a to znow krow pedzonych po drodze. Niezle wrazenie, jechac w samochodzie otoczonym zwierzetami :) Potem znow powolne wspinanie sie pod gore [faktycznie wjezdza sie na 3500 metrow! A ja nie chcialem wierzyc...] i tunel... Szeroki na dwa pasy, wysoki na 5 metrow, dlugi na co najmniej pol kilometra i, mimo mlodego wieku, z kilkunastoma ofiarami na liczniku. Coz, przynajmniej swiatelko na jego koncu nie oznaczalo jadacego pociagu.

Kirgistan jest powaznym eksporterem energii elektrycznej, w znacznej mierze produkowanej w czysty sposob, poprzez hydroelektrownie. No tak - gorzysty kraj w koncu. Ciekawa sprawa - kombinatow jest tutaj co najmniej 5, wszystkie oczywiscie operuja na zasadzie 'zapora spietrzajaca wode - sztuczne jezioro'. I czas na quiz: czy ten kraj, w ktorym trzesienia ziemi, choc dosyc rzadkie, potrafia dochodzic do 9 stopni w skali Richtera, zabezpiecza sie jakos specjalnie na wypadek powodzi?

Nie, bo i tak zalaloby glownie Uzbekistan. 'Dlatego sie nas boja' powiedzial mi jeden z moich rozmowcow.
Klawa sprawa miec serdecznego sasiada, nie?

Wspominam o energii elektrycznej i elektrowniach, bo akurat mielismy okazje przejezdzac kolo jednej z nich i tak naprawde dopiero wowczas zdalem sobie sprawe, jak karkolomnym zadaniem jest transportowanie elektrycznosci w tym kraju. Sieci elektryfikacyjne, budowane w gorach, na polkach skalnych, pod szczytami, na graniach... Przyjrzalem sie im dokladniej juz wkrotce, bo niestety musielismy zrobic sobie 2 godzinna przerwe spowodowana osunieciem sie glazow na droge. Pewnie jakbym lubowal sie w gdybaniu, to bym sobie zwizualizowal, co by sie stalo, gdybysmy jechali ta droga dokladnie 3 godziny 47 minut i 13 sekund wczesniej [dajmy na to]. Na szczescie jednak bozia obdarzyla mnie zmyslem praktycznym i wykorzystalem ten czas na cykanie fotek akcji udrazniajacej, tudziez niespieszna wymiane zdan po rosyjsku z innymi pasazerami.

I podczas tej konwersacji powiadomiono mnie, ze dzis do Osz nie dojedziemy i bede nocowal u taksowkarza.

Przywyklem juz nieco do goscinnosci ludzi tutaj, mimo to troche sie speszylem, zwlaszcza, ze akurat z kierowca to zdazylem zamienic moze z jedno 'zdrastwujtie' i w zasadzie tyle. Tym niemniej nie oponowalem i, po tym jak odstawilismy innych klientow, udalismy sie jego czarnym volkswagenem do domu.

Na miejscu zabralismy sie do tradycyjnej kirgizkiej kolacji, czyli usiedlismy z Sasza [bo tak sie moj gospodarz nazywal] i jego ojcem po turecku wokol nakrycia i, saczac herbate oraz maczajac lepioszke w miodzie, dzemie i innych nieznanych mi smarowidlach, zaczelismy konwersowac o rodzinie i obyczajach. Nie powiem, senior zaskoczyl mnie waga poruszanych tematow, bowiem, gdy tylko sie zblizylem, zaczal narzekac na niesprawiedliwosc swiata postsowieckiego i wspominac jak to za czasow sierpa i mlota bylo. Dopiero po wysluchaniu niekrotkiego przemowienia [w czasie ktorego moglem zapoznac sie m.in. z danymi statystycznymi dotyczacymi traktorow dostarczanych do Bishkeku i Osh - marne 200 na cala Kirgizje, z czego polowa na polnocy kraju] mialem okazje sie przedstawic. Gdy wspomnialem o Polsce, dziadek wyraznie sie ozywil i zaczal wspominac, jak to za czasow Sojuzu sluzyl bodaj na Bialorusi. W sumie nie dziwota, ze AIESEC w ZSRR nie istnial, bo i po co - szlo sie do armii na dwa lata i jechalo np. nad Baltyk, co dla mieszkancow Centralnej Azji musialo byc przezyciem nielada... Zwlaszcza jak sie doda szereg mozliwosci odkrycia wlasnego potencjalu w dziedzinach takich jak picie na czas czy pompki na suficie. Choc to juz taka tam moja refleksja, bo po minie dziadka i zlotym usmiechu mozna bylo poznac, ze wspomina ten okres bardzo sympatycznie.

Sasza jest 4., najmlodszym synem staruszka i zarazem ostatnim, ktory nie zbudowal sobie jeszcze wlasnego domu. Ale spoko, spoko, plany juz sa, nastepna wiosna zastanie go przy fundamentach, zas przed chlodami jesieni cala rodzina (zona, dwoje dzieci i 3. w drodze) bedzie kryla sie juz we wlasnych 4 scianach. Kurcze, tutaj mezczyzni sa wciaz mezczyznami - zbudowac dom, splodzic syna... O sadzenie drzewa tylko nie spytalem.

No tak, trzecie dziecko moze i w drodze, termin przelom pazdziernika i listopada, co nie znaczylo wcale, ze ktorykolwiek ze 100% mezczyzn choc palcem kiwnal by pomoc zonie Saszy w przygotowaniu kolacji i poslan. Zrobilo mi sie glupio, bo jednak w naszej kulturze kobieta w blogoslawionym stanie - rzecz swieta, i chcialem pomoc, co spotkalo sie z lagodna, choc zdecydowana odmowa z jej strony. W imie glebszego poznania kultury miejscowych ludzi postanowilem wrocic do 'niekiwania palcem', co okazalo sie zadaniem niezbyt wymagajacym.

Po kolacji udalismy sie na spoczynek... Nie wspomnialem o tym w poscie z pierwszego Reception Weekendu, ale ludzie na wsi oprocz tego, ze nie uzywaja stolow i krzesel, nie korzystaja tez z lozek. Uklada sie tylko ze dwa grube i waskie koce przypominajace spiwory, jeszcze ze dwa takie do przykrycia i mozna naprawde komfortowo spedzic noc. Kurcze, naprawde niezwykle mnie pociagaja te pozostalosci praktycznego podejscia do sprzetow wywodzace sie z czasow, gdy Kirgizi byli nomadami. Koniec koncow, nie bylo to znowu tak dawno - carskie podboje w tym rejonie datuje sie na druga polowe XIX wieku...

Rano cyknelismy sobie troche fotek [mozliwosc natychmiastowego wyswietlenia ich na LCD aparatu bardzo sie spodobala seniorowi rodu, podobnie jak dzieciakom] i ruszylismy w dalsza droge do Osz. Pierwszy raz w zyciu mialem okazje jechac posrod pol bawelny i kosmicznie wprost chcialem poprosic Sasze by sie zatrzymal, zebym mogl choc dotknac i przekonac sie, jaka jest w dotyku. Tym niemniej powstrzymalem sie, argumentujac w duchu, ze bede mial jeszcze niejedna okazje w czasie wyjazdu. I mialem. I, cholera, nie skorzystalem, wciaz odkladajac to na pozniej. Ech...

Po drodze Sasza pokazal mi przez okno targowisko miejske, wypowiadajac sie bardzo pochlebnie na jego temat. Nie zwrocilem na to specjalnej uwagi i dopiero nazajutrz zrozumialem, ze bazar, ktory wowczas mijalismy, to slynny na cala Ferghana Valley Kara-Suu.

Ale o tym, co w Osz i Kara-Suu w kolejnych postach.

PS. 9 z 60 obszarow obsluzonych ;)

Monday, September 25, 2006

Dzieje @Kirgistan #3

Szybka informacja dla osob, ktore nie wchodza na bloga codziennie z jezykiem do pasa wyczekujac nowych postow - po dwoch tygodniach posuchy pojawily sie 3 nowe - KG spoleczno - ekonomicznie #3 i #4 oraz Life in Bishkek #2. Do tego jeszcze Dzieje @Kirgistan #3... Czekam na komentarze ;)

Tak jeszcze zeby Was zupdateowac ciut ciut zanim wyjade, krotko o tym, jak teraz wyglada @KG.

MC
MC uleglo poszerzeniu i w chwili obecnej sklada sie na nie 5 osob:

Elina - MCP, pomyslodawczyni i inicjatorka AIESEC w Kirgistanie. Bardzo sympatyczna studentka 4. (ostatniego) roku AUCA. Pisalem o niej i pisac bede, wiec idzmy dalej.

Irina - MCVP X, bardzo sympatycza i pomocna dziewczyna. Sprowadzenie Bena dodalo jej skrzydel, podobnie praca z komisja X. Ostatnio mielismy tez swietna rozmowe, dostalem porzadny feedback, wedle wszelkich prawidel sztuki. No i fajno :)

Siergiej - MCVP PD, zreszta student psychologii. Fajny gosc, ogarnia Eline i Irine jak zaczynaja odplywac w swiat dziwnych sformulowan =) Facet to jednak facet.

Nellya - MCVP PR. Bardzo fajna, zaangazowana i pracowita osoba, ciagnela komisje PR jako chair i dzialala w Masterclass. Teraz odpowiada za PR z poziomu MC, a Masterclass umarl, wiec nie ma klopotu. Szkoda tylko, ze taka cicha... No nic, trzeba bedzie aktywowac w niej leadership =) Zna kirgiski, rosyjski, angielski, turecki, uczy sie chinskiego. Jest mulatka, a kiedy ktos spytal ja co to w jej przypadku znaczy... Coz, lista narodowosci byla dluga.

Ailur - MCVP Finance, kolezanka Eliny z uniwerku. Tak naprawde jest z Turkmenistanu i tam studiuje, a do Kirgi przyjechala tylko na semestr, tym niemniej potrzebowalismy kogos, kto ogarnie strone finansowa stowarzyszenia, a ona podobno sie na tym zna. Nie moge na razie wiecej o niej napisac, bo jeszcze nie mialem okazji z nia porozmwiac.


Mamy 3 projekty:

Insight
Projekt koncentrujacy sie na pomocy nastolatkom z domow dziecka. Dzieki zajeciom z praktykantami beda oni mieli okazje nauczyc sie jezyka obcego oraz obslugi komputera, a takze, co byc moze jeszcze wazniejsze, poznac ludzi, ktorzy przyjechali specjalnie po to, by sie z nimi spotkac. Mysle, ze bedzie to dla tych dzieciakow bardzo wazne.

Juz teraz udalo im sie nawiazac wspolprace ze Stowarzyszeniem Mlodziezy Patriotycznej [co brzmi troche strasznie dla ludzi wychowanych w kraju Mlodziezy Wszechpolskiej, ale to zupelnie insza inszosc], dzieki czemu praktykanci beda mieli za darmo zakwaterowanie, sniadania i kolacje, a dzieciaki z sierocinca beda mogly brac udzial w konferencjach i szkoleniach prowadzonych dla czlonkow tej organizacji.

Poza tym firma Privilegia bedzie mogla zapewnic praktykantom na razie nieokreslona ilosc pracy jako nauczycielom angielskiego, dzieki czemu beda mogli sobie dorobic. Mirlan twierdzi, ze jakies 50 dolcow to pesymistyczny szacunek. Powiem Wam, ze w Biszkeku to wcale nie jest malo, w zasadzie mozna za tyle wyzyc. A jesli ma to byc tylko kieszonkowe, to tym bardziej.

Jest oczywiscie jeszcze sporo do zrobienia, tym niemniej zapowiada sie bardzo w porzadku.

Mirlan - jest tez w komisjach X i PR. Fajny koles z okolic Naryn, rosyjskiego zaczal sie uczyc dopiero pare lat temu, a angielski poznaje bodaj od 1,5 roku i, musze przyznac, jak na tak krotki okres czasu posluguje sie nim nader sprawnie. Zdal Insight!

Nargiz - Bardzo rozbrykana i wesola osobka. Ma duzo pomyslow i sporo kontaktow, czasem tylko trzeba ja nieco ogarnac =) Jak juz wspomnialem, studiuje na Cyprze, a do Kirgi wraca tylko na wakacje... I niedawno wrocila na swoja wyspe.


International Studentship
Projekt adresuje w zasadzie 2 issues - brak skutecznej promocji Kirgistanu jako swietnego miejsca dla turystow oraz zanikajaca kulture kirgiska. Dziewczyny [Masza i Nazik] chca sprowadzic praktykantow do firm turystycznych, a gdy juz sie zjawia, zostana poddani intensywnemu praniu mozgow za pomoca szkolen i warsztatow z wyrabiania cudow wszelkich z Kirgistanem zwiazanych. Sa tez jakies pomysly eventu dla studentow, ale na razie za wczesnie by o tym mowic. Jest spora szansa na wspolprace ze Zwiazkiem Firm Turystycznych Kirgistanu, wiec calkiem mozliwe, ze wkrotce reklama lub notka projektu znajdzie sie w gazecie rozsylanej do najwazniejszych przedsiebiorstw z branzy. Ale o tym poki co - sza!

Nazik - fajna i bystra dziewczyna, zdala Insight [!] i podarowala mi najnowszy krzyk mody - bejsbolowke, ktora stala sie moja ulubiona czescia garderoby od kiedy wybralem sie do fryzjera.

Masza - fajna i bystra dziewczyna, choc nie zdala Insighta i nie dala mi bejsbolowki. Ale za to widziala 'Sare' i 'Ogniem i Mieczem' i bardzo jej sie podobaly.


Trust & Freedom
Tutaj tez sie dzialo, oj dzialo - koordynator jest bardzo zmotywowany, by zrobic projekt zwiazany z bankowoscia i uslugami finansowymi, dzieki czemu np. firmy nie posiadajace konta [a jest ich tutaj calkiem sporo] zdecydowalyby sie na ten niezwykle odwazny krok ;). Niestety, mial ogromny klopot z dwiema dziewczynami, ktore mialy z nim wspolpracowac, a nic przychodzily na umowione spotkania, na spotkaniach komisji tez sie nie pojawialy... I w koncu zdecydowal sie 'wymienic je' na jednego ze swoich znajomych. Projekt ma przez to troche tyly, ale poniewaz motywacja Leontiego nie wydaje sie obnizac, jestesmy optymistami.

W chwili obecnej w projekcie zaangazowani sa Leonti i Daniel.

Leonti - od poczatku przypomial mi troche Adama Orlika z naszego komitetu jesli chodzi o zachowanie, podejscie, ale i pracowitosc, wiec kiedy uslyszalem nazwe, jaka wymyslil dla swojego projektu, nie moglem sie nie usmiechnac [projekt Adama nazywa sie Faith & Strength :)]

Daniel - nasz nowy czlonek projektu Trust & Freedom. Nie wiem o nim za wiele poza tym, ze czasem sluzy mi i Leontiemu za tlumacza :)


Mielismy tez jeszcze jeden projekt:
Masterclass
Tutaj byly niejakie klopoty, gdyz o ile pomyslow dotyczacych wykorzystania praktykantow gdy juz przyjada bylo sporo, o tyle koncepcji nt. tego do jakich firm i w jakim celu mieliby przyjechac nie bylo wcale =) Potem skipnela sie jedna osoba, koordynator jakos przesadnie nie przejmowal sie tym, co sie dzieje, inna osoba tez nie byla zbytnio zaangazowana, Nellya wyladowala w MC i zostal w zasadzie sam Vadim. Jeszcze do konca nie wiemy, co z nim zrobimy, ale mam nadzieje, ze uda sie go wlaczyc w strukture...


No a poza tym wciaz scieramy sie z
Compendium

W spotkaniach dotyczacych naszych wewnetrznych regulacji uczestniczyc ma MC, Zemfira, jako jedna z fundatorek AIESEC tutaj i osoba o dosyc duzej wiedzy o naszej organizacji, oraz Aigul, ktora kiedys aktywnie wspierala Eline i Zemfire, a poza tym jest studentka prawa.

Zreszta z tym Task Forcem mamy sie niezle przezycia - juz moje pierwsze spotkanie, wowczas tylko z Zemfira, przynioslo ciezki, i poki co nierozstrzygniety, boj o stopien szczegolowosci i nakazowosci tego swoistego Statutu AIESEC KG. Mi sie marzy model amerykanskiej kontstytucji, bardzo prostej, a dzieki temu uniwersalnej i elastycznej, Zemfira jest zwolenniczka szczegolowych przepisow, ktore zapobiegalyby 'underperforming' czlonkow LC.

Prosty przyklad: zaczelismy myslec nad struktura MC @KG. Zemfira zaproponowala, ze pokaze mi swoj pomysl, a potem ja pokaze jej swoj. No i rozrysowala mi strukture z MCP, MCVP wymienionymi z funkcji i dwoma koordynatorami pod kazdym, tez z nadanymi funkcjami. Chciala takie cudenko wstawic do Statutu wraz z Job Description kazdej z tych osob. Spojrzalem, przelaklem sie ciut ciut, a zapytany, jak ja bym okreslil strukture MC w statucie AIESEC KG, odparlem niepewnie 'MCP i co najmniej jeden MCVP?'

Zajrzelismy do Statutow @PLAD i @R&K dla porownania. W polskim - MCP i co najmniej 2 MCVPs, w rosyjskim - MCP i 4 wymienionych z funkcji MCVPs wraz z podaniem JD kazdego na pol strony :) Zabawne... zwlaszcza, ze wczesniej ani ja ani Zemfira nie czytalismy tych dokumentow.

Na szczescie Zemfira jest osoba bardzo otwarta, swietnie sie z nia dyskutuje, bo jest twarda, ale fair - naprawde zastanawia sie nad argumentami drugiej strony, podaje swoje, ale potrafi ustepowac. Mysle, ze wychodzi jej to lepiej niz mi... Ale moze to tylko zludzenie. Na pewno sprawy nie ulatwia to, ze dyskutujemy w znacznej mierze o wartosciach, gdzie okreslenie 'racjonalne argumenty' jest w zasadzie oksymoronem...

Znalezlismy wyjscie z tego impasu - decyzje bedzie podejmowac MC jako osoby, ktore beda potem pracowaly podlug tego kompendium. Wszak ja jestem tylko CEEDerem, a Zemfira juz nie jest aktywnie zaangazowana. Nie ma to jak delegowac na formalnych zwierzchnikow ;)

Na drugim spotkaniu przebrnelismy przez wiekszosc regulacji dotyczacych czlonkowstwa i tez bylo goraca... A przed nami wciaz struktura, Rada, wybory... Ossstro.

Aigul - zaangazowana w AIESEC jesienia i zima zeszlego roku, potem wyjechala na polroczna wymiane do St. Petersburga. Teraz wspiera nas troche z oddali, szukajac nam lepszego biura, pomagajac od strony prawnej [studiuje prawo]. Bardzo [bardzo!] zgrabna :)

Zemfira - wraz z Elina zalozyly AIESEC w Biszkeku i dlugo stanowila jego glowna podpore. Obecnie koncentruje sie bardziej na studiach i praktyce w banku, ale z entuzjazmem zareagowala na moja propozycje pomocy przy kompendium.


Nom, to tyle - szczerze mowiac projekt tego posta byl gotowy kawal czasu temu i teraz go tylko zupdateowalem. Obiecuje, ze nastepny wrzut bedzie wiernie przedstawial sytuacje @KG... Kiedy wroce powinnismy byc w czasie tutejszego @Weeka, wiec bedzie sie dzialo.

KG spoleczno - ekonomicznie #4

Zwrocil mi ostatnio uwage jeden z wazniejszych dla mnie czytelnikow tego bloga, ze odmalowuje tu obraz Kirgistanu wybitnie niekorzystny. Zadumalem sie, przeczytalem ostatniego posta z tej serii po raz kolejny i z niejakim zdziwieniem odkrylem, ze ma sporo racji.

I wszystko byloby moze nawet i w porzadku, bo przeciez nigdzie nieprawdy nie napisalem, gdyby nie to, ze zyje mi sie tu bardzo, bardzo przyjemnie. Dlaczegoz zatem obraz w Waszych umyslach tworzony innym mialby byc?

Zastanowilem sie z czego to wynika. Czego jeszcze nie opisalem, a co decyduje o mojej radosci z obcowania z lu...

No wlasnie! Ludzie!

Moge pisac o biedzie tego kraju czy nabijac sie z drobnych opoznien cywilizacyjnych, ale wiekszosc ludzi, ktorych spotkalem na swojej drodze, zasluguje na bardzo duzy szacunek. Przede wszystkim sa inteligentni, przyjemnie sie z nimi rozmawia, wiedza, co sie dzieje wokol nich, maja swoje poglady i chetnie o nich dyskutuja.

Sa tez bardzo dobrze wyksztalceni - stare programy nauczania w stylu radzieckim moze i nie zawieraja za wiele wiedzy przydatnej na codzien, ale duza ilosc teorii z roznych dziedzin pozwala na swobodna konwersacje na najrozniejsze tematy. Poza tym wielu ze studentow, z ktorymi rozmawiam, wlada biegle kilkoma jezykami. Julia, u ktorej mieszkalem, zna biegle kirgizki, rosyjski, niemiecki i angielski. Nellya, jedna ze zrekrutowanych w sierpniu osob, zna kirgizki, rosyjski, angielski, uczy sie tureckiego i chinskiego. Podobnie Ainura. Elina wlada rosyjskim, niemieckim i angielskim. Niezle nie? Poczulem sie niezlym mlotkiem, zwlaszcza ze Nellya i Elina sa ode mnie rok mlodsze. Bede musial przydusic niemiecki i rosyjski jak wroce. W koncu nie bede do konca zycia szukal kirgizkiego piwa ;).

Po czesci znajomosc jezykow jest efektem bardzo rozwinietych programow wymianowych. Julia byla na krotkich, miesiecznych wymianach w Norwegii i bodaj Niemczech, Ainura byla semestr w Norwegii, Aigul semestr w Stanach i semestr w Sankt Petersburgu, Asel... No Asel to jest w ogole numerantka ;) Byla w Stanach, studiowala na Bialorusi, na Ukrainie, teraz pracuje w Kazachstanie. Daje rade dziewczyna ;)

Mama tak mnie wychowala, ze czuje szacunek do ludzi, ktorzy ciezko pracuja. I Kirgizi zdecydowanie na szacunek zasluguja. Wielu ludzi z tych, ktorzy pracuja z nami na codzien oprocz studiow ma jeszcze jakas prace i do tego zdecydowali sie zostac wolontariuszami dla AIESEC. Chcialbym przypomniec [bylo to w jednym z poprzednich postow], ze organizacja pracy na uniwerkach jest tu zdecydowanie mniej elastyczna niz w Polsce i naprawde trzeba uczeszczac na zajecia. A do tego praca i AIESEC... I nikt sie nie skarzy, wszyscy traktuja to normalnie...

A przy tym ludzie sa tu naprawde niesamowicie serdeczni. Na przyklad wybieram sie na poludnie Kirgistanu w srode i powiedzialem o tym paru osobom... Coz, wyglada na to, ze bede mial wiecej przewodnikow niz bede w stanie obskoczyc ;) Naprawde, wszyscy staraja sie jak moga, zeby moj pobyt tutaj byl ciekawy, czesto spotykam sie nawet nie z AIESECowcami, ale z ich znajomymi, czy ludzmi poznanymi mniej lub bardziej przypadkowo. Albo taka Ainura - maja z rodzina 2 czy 3 pokojowe mieszkanie, zaden luksus, mieszkaja tam w 5 osob, a mimo to gdy powiedzialem, ze nie mam gdzie sie zatrzymac, to niemal natychmiast zaproponowala, ze moge kimac u nich. I powtorzyla to jeszcze kilka razy.

Fajnie, nie powiem.

Tak wiec polecam Kirgistan wszystkim osobom nastawionym na relacje - nie zawiedziecie sie... Masa ciekawych osob do poznania - i jeszcze chetnych do rozmowy. Tzn jezeli chcialo im sie gadac ze mna, to z Wami to juz w ogole noce beda spedzali na pogaduchach =).

Life in Bishkek #2

You speak russian very good - powiedzial mi dzis ochroniarz w calodobowym supermarkecie Narodnyj. Dobrze, ze komentarz ten zostal wygloszony po angielsku, gdyz gdyby zostal po temu uzyty jezyk Tolstoja, to moj 'very good' rosyjski moglby nie wystarczyc. Zastanawia Was pewnie zatem, skad to mylne wrazenie?

Pytalem gdzie moge znalezc kirgizkie piwo.

A ja wcale czesto nie trenuje tej frazy, naprawde! To wrodzone musi byc...

Tym milym akcentem chcialem zaczac szybkiego posta o tym, co sie u mnie ostatnio dzialo. A dzialo sie sporo.

Dla wszystkich obrazonych, ze nie pisalem przez dlugi czas - naprawde bylem bardzo zajety. Dostalem grant do Komisji Europejskiej do napisania i mocno mnie to absorbowalo. Deadline byl w piatek i kiedy juz, juz w zasadzie zbieralismy sie do Almaty [miasto w Kazachstanie, gdzie Komisja ma przedstawicielstwo], to okazalo sie, ze w wyniku pewnych nieporozumien nie bedzie mozna go zlozyc. Coz, kilkadziesiat stron pa Inglese i mind mapa, ktora sobie przygotowalem przed pisaniem [niezbyt czytelna nawet po wydrukowaniu w formacie 5x1 A4], poszly do kosza.

Nawet bardzo mnie to nie zdolowalo, w przeciwienstwie do fryzjera, ktory juz nastepnego dnia przekonal mnie, ze strzyc to ja sie powinienem tylko w Polsce. Kiedy Ben mnie zobaczyl, stwierdzil, ze teraz to mam prawdziwie slowianska fryzure. Tez sie usmialem. Tym samym nawet jesli wczesniej moglo przyjsc mi do glowy, zeby zaczac smalic cholewki do tutejszych smaglych dziewczyn, to teraz juz takich niecnych mysli wole nie miec.

No ale ja tu o nowosciach, a przeca od ostatniego posta tyle minelo...

Coz, mialem szczescie uczestniczyc w dwoch znaczacych wydarzeniach kulturalnych, ktore z pewnoscia odcisna glebokie pietno na mojej psychice.

Pierwszym z nich byly wybory Miss Tourism. Mama Eliny jest wlascicielka agencji modelek [czy czegos w tym stylu], co pozwolilo Elinie, jej niedawno przybylemu niemieckiemu chlopakowi Rene i mi obejrzec show z jednego z pierwszych rzedow Teatru Narodowego w Biszkeku. Dla mnie bylo przezycie o tyle ciekawe, ze nigdy wczesniej nie widzialem czegos takiego na zywo. Wydarzenie bardzo sympatyczne, choreografia ciekawie zaaranzowana i wykonana, choc czesc dziewczyn byla mocno przestraszonych. Mi osobiscie najbardziej podobaly sie stroje, i to bynajmniej nie kapielowe, ale narodowe i nawiazujace do nich szaty kirgizkie oraz niektore inne kolekcje.

Co do samych dziewczyn, to oczywiscie byly bardzo ladne i w ogole... Ale jakos nie moglem pozbyc sie wrazenia, ktore towarzyszy mi ilekroc ogladam jakies wybory miss / pokazy mody - ze czesc dziewczyn siedzacych na widowni jest zdecydowanie atrakcyjniejszych niz tych na wybiegu. Moze nie sa tak wysokie i szczuple, ale za to wygladaja jak kobiety, a nie wieszaki. Powiedzialem.

Drugie wydarzenie... Coz, spie sobie spokojnie w piatek po poludniu [po nocy pelnej beznadziejnej walki o granta ;)], az tu budzi mnie telefon i Irina informuje mnie, ze za 2 godziny zacznie sie super koncert w Filharmonii. Po kilku dluzszych chwilach podejmuje decyzje o podniesieniu ciala i, majac przed oczami jakiegos rosyjskiego wirtuoza wycinajacego koncert Rachmaninowa albo ogromny chor rosyjski spiewajacy Tance Polowieckie Borodina, doprowadzam sie do stanu, nomen omen, polowicznej uzywalnosci, po czym wyruszam niespiesznie w niedaleka droge. Przed filharmonia tlum ludzi, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, ze zaraz bede swiadkiem jakiejs muzycznej uczty, ktorej nigdy nie zapomne. Koncert okazuje sie byc darmowy, co wzbudza moj lekki niepokoj, ale widok duzej ilosci milicji i wojska przed budynkiem dziala kojaco - skoro maja tyle ochrony, to pewnie cos naprawde ciekawego bedzie sie dzialo. W filharmonii tlum ludzi, z ledwoscia znajduje miejsce na balkonie. Gasna swiatla i zaczyna sie...

...ceremonia pozegnania rosyjskiego ambasadora. Smiechowa sprawa, przasna impreza w najlepszym radziecko - jarmarcznym stylu. Przemowienie samego ambasadora, ktore nawet mimo mojego 'plochego' rosyjskiego gotuje pare razy krew we mnie [zwlaszcza przy fragmentach w stylu 'wielka Rosja to wielki Kirgistan' i 'wieczna przyjazn miedzy naszymi bratnimi narodami']. Odczytanie rozkazow Putina o odznaczeniu zasluzonych agentow rosyjskiego wyw... tzn ludzi ktorzy przyczynili sie do wspolpracy miedzy Kirgistanem i Rosja. Odznaczona kobieta przez lzy wylicza kto z jej rodziny na ktorym froncie walczyl przez ostatnie 3 pokolenia. Chwile pozniej weterani wojny ojczyznianej dostaja po orderze od ambasadora, po czym cala gromadka wali sete na scenie. W miedzyczasie studenci wystawiaja inscenizacje w stylu niegdysiejszych akademii. Do tego dodac nalezy wystepy artystow w klimacie biesiadnej Maryli Rodowicz, na tle ktorych wyroznic nalezy grupe dziecieca tanczaca do piosenki Michaela Jacksona [Mike bylby dumny. Szkoda tylko ze nie byli chlopcami.] oraz grupe dziewczeca inscenizujaca Noc Kupaly.

Musze przyznac, ze nie bylem swiadomy jak bardzo rusofobiczne nastawienie mam. Kiedy ze sceny padaly kolejne peany na czesc Putina, przyjazni i wielkiej Rosji, ktora pomaga wszystkim naokolo, byly takie momenty, ze chcialem wstac i wyjsc. Zreszta powyzszy zgryzliwy komentarz jest takze tego objawem. Tym niemniej te dwie godziny byly ciekawym doswiadczeniem, ktore kazdy raz w zyciu powinien przezyc. Albo o nim przeczytac.

Coz, poza tym na pare godzin wyrwalismy sie w gory, w doborowym miedzynarodowym towarzystwie - Elina, Rene, Ben i ja. 4 osoby, 4 nacje, 4 rozne jezyki ojczyste... Fajna sprawa =) Komunikowalismy sie glownie po angielsku, troszke po niemiecku [Ben pracowal ostatnie 2 lata w Niemchech, ja tez sie kiedys uczylem], trochesmy zjedli, troche ponabijali z siebie... Wyobrazcie sobie na przyklad taka scenke - idziemy polna droga gesiego: Rene prowadzi, za nim Elina, pare krokow za nimi ja, a za mna Ben. Przed nami brama. Rene podchodzi i zaczyna sie z nia mocowac, a ja niewiele myslac obchodze ja naokolo [nie bylo zadnego plotu. Ot, brama]. A z tylu zlosliwy komentarz 'No tak, Niemiec brama, a Polak naokolo']. Mala rzecz a cieszy :)

Zreszta Ben to w ogole bystry facet obdarzony przyjemnym [czyli dla wiekszosci nieprzyjemnym] poczuciem humoru. Inna scenka - rozmawiamy we dwoch o Ukrainie. Mowie mu, ze dla Polski Ukraina w strukturach Zachodu to priorytet, bo istnieje w Polakach przekonanie, ze tak dlugo jak Rosja nie ma Ukrainy, tak dlugo nie jest powaznym zagrozeniem dla Polski. Ben pyta, co w takim razie zrobimy, jesli Ukraina sie rozpadnie na czesc zachodnia i wschodnia. Po chwili zastanowienia odpowiadam, ze to i tak niezle, bo w razie wojny bedziemy mogli bronic Polski na ukrainskim terytorium. A wiadomo przeciez, ze lepiej jest bronic swojego panstwa na terenie innych krajow.

'Jestem Brytyjczykiem. Robimy tak od lat'.

Rozumiecie? :)

Odkad zyjemy pod jednym dachem mam okazje zamienic z nim pare zdan codziennie i jest to nieodmiennie ciekawe doswiadczenie.

Ano wlasnie, odkad zyjemy pod jednym dachem... Nieco ponad tydzien temu okazalo sie, ze musze opuscic mieszkanie Julii na 2 tygodnie, ze wgledu na przyjazd rodziny. Wlasciwie to najazd - tutaj nawet nie trzeba sie zapowiadac, kiedy chce sie przyjechac w gosci, nawet jesli najezdzcy sa w sile 5 ludzi. Tak wiec przez dzien mieszkalem u Eliny, a potem wprowadzilem sie do Bena. Wkrotce powinienem przeniesc sie do jakiegos nowego mieszkania, jeszcze nie wiadomo, czy ze studentami, czy z jakas rodzina. Pewnie dowiem sie po powrocie z poludnia.

A bede wracal z poludnia, bo wreszcie postanowilem sobie zrobic wolne! W srode rano wyjezdzam zwiedzic regiony Osz i Jalalabad, o ktorych mowi sie, ze sa o wiele ciekawsze dla odwiedzajacych z Zachodu niz - dosyc sowiecki jednak - Biszkek. Coz to znaczy i co tym razem uda mi sie zjesc - zobaczymy. Wciaz nie probowalem ucha, jezyka i mozgu, a ponoc nie sa to wcale dania rzadkie.

Jest cos o czyms jeszcze nie wspomnialem... Otoz 17.IX mialem urodziny. Przez dlugie lata nie obchodzilem tego swieta, nawet 18tki nie wyprawilem, ale odkad wstapilem do AIESEC wszystko sie zmienilo ;) Rok temu beeba na Adapciaku, z dosyc niestandardowym tortem i masa ludzi spiewajacych 'Sto lat'... W tym roku gromadka Kirgizow wykonujacych 'Sto lat' i 'Gwiazdke pomyslnosci' z pociesznym rosyjskim akcentem, baloniki, spiczasta czapeczka, w ktorej pomykalem po miescie... I prezenty - od ludkow koszulka z napisem 'Unfortunately, AIESEC in Kyrgyzstan wasn't able to redeem me from Poland' [Ben wciaz zachodzi w glowe co to moze znaczyc ;)], od Asel oprawiony kawalek skory konskiej z wyryta postacia jezdzca na koniu, od Nellyi smiszny breloczek na klucze, troche w stylu matrioszki. Drobiazgi, ale i tak super milo.

Cala imprezka byla niespodziankowa, ale oczywiscie z tych spodziewanych. Coz, zanim dowiedzialem sie o 'bardzo waznym spotkaniu w niedziele o 12 w biurze' mialem nieco inne plany... Mialem zamiar oczywiscie jakos celebrowac ta okazje, wiec dzien wczesniej zaprosilem Nellye na wieczor do kina i na herbate. Tak tylko, pogadac, nie mialem zamiaru sie zwierzac, ze metryczka mi pecznieje. Ten plan w koncu rowniez zrealizowalismy, obejrzelismy Koczownika, o ktorym juz pisalem, pogadalismy ciut ciut... Przyjemny dzien. Bardzo, bardzo.

Jak jestem przy Koczowniku, to jeszcze jeden argument, by zachecic Was do obejrzenia. Czytaliscie byc moze kiedys o czyms takim jak ciagniecie konmi? W filmie zostalo to dosyc dobrze przedstawione. Bez strachu, scena nie jest przesadnie brutalna - jezeli wytrzymaliscie widok Azji nabijanego na pal w Panu Wolodyjowskim, to to tez bez problemu przelkniecie. Ja np nie wiedzialem, ze ciagniecie konmi konczylo sie oderwaniem od korpusu wszystkich czlonkow i pozostawieniem zywego tulowia i glowy, zeby sie wykrwawilo...

Jeszcze tak na zakonczenie 10 najciekawszych jak dotad spostrzezen jakie poczynilem w Kirgistanie.

1. Nie wszedzie istnieje McDonalds. Ani KFC.
2. Zapomnij o wszystkim, co slyszales nt. Firefoxa i Opery. Nie istnieje cos takiego jak 'szybka przegladarka'.
3. Sa miejsca na swiecie, gdzie 'nieskanalizowany budynek w centrum miasta' nie jest oksymoronem.
4. Sprawne swiatla nie sa konieczne do szybkiej jazdy noca po miescie.
5. Prawo jazdy tez nie.
6. Dziwny to kraj, gdzie policjant machajacy lizakiem powoduje u kierowcow wdepniecie gazu.
7. 'Pokaz mamusi gdzie jest oczko... uszko... jezyk... A teraz wez widelczyk i smacznego'
8. Z tym widelcem zartowalem. Tu sie je rekami.
9. Jest tylko jedna dzielnica czerwonych latarni w Amsterdamie. Jest tylko jedna ulica z latarniami w Kirgistanie.
10. Miejsce na to, co Ciebie najbardziej zaskoczylo w czasie lektury bloga. Czekam na propozycje!

Uwaga, powyzsza lista powstala w napadzie dobregu humoru, jest ostro przerysowana, oparta na stereotypach, chamska i zlosliwa. Na poziomie zachodnich Polish jokes, ktore tak wkurzaja naszych rodakow [choc ja tam kilka perelek lubie]. Przyznaje. Mimo wszystko uwazam, ze jest calkiem zabawna ;)

Do przeczytania!

Tuesday, September 19, 2006

KG spoleczno - ekonomicznie #3

Helol, helol kochane misie!

Niezle sie zeszlo od ostatniego posta... Coz, powiedzmy ze probowalem w tym czasie wygenerowac z siebie cos madrego po angielsku, co bylo dosc czasochlonne =) No, ale nie przedluzajmy.

Ekonomiczna stratyfikacja spoleczenstwa

Wszystkie powyzsze wyrazy sa po polsku, jakby ktos pytal.

Pisalem juz kiedys o silnej polaryzacji spoleczenstwa na czesc rosyjska i kirgiska, otoz nie jest to jedyna linia podzialu. Druga ma uzasadnienie stricte ekonomiczne.

Kirgistan jako panstwo oraz wiekszosc jego obywateli jest biedna, aczkolwiek wyksztalcila sie tu warstwa ludzi bardzo bogatych. Nie jest to moze sytuacja tak drastyczna jak w Uzbekistanie [ktory jest swoistym 'zlym chlopcem' w regionie niemal w kazdej sprawie, od lamania praw czlowieka przez korupcje po absurdalnie wysoki przyrost naturalny], aczkolwiek roznice sa widoczne juz na pierwszy rzut oka.

Przyklad? Do niedawna mieszkalem niedaleko centrum Biszkeku, w dzielnicy, ktora nie ma kanalizacji i sklada sie w zasadzie z przypominajacych nasze wsie domkow. Dwa pokoje, kuchnia w dobudowce, laznia w osobnym budyneczku, malenki ogrodek - tak wyglada bardzo duza czesc zabudowy tego miasta. Jednak kiedy wszedlem do mieszkania rodziny Siergieja, w ktorym wedlug pierwotnego planu mialem mieszkac, to mnie zatkalo. 80m2, 4 przestronne pokoje, lazienka, kuchnia, widok na gory... Kupione bodaj 2,5 roku temu i w calosci urzadzone wedlug zachodnich wzorcow, z prysznicem zaopatrzonym w bicze wodne i innym zabawkami tego sortu.

Zreszta to byl dopiero poczatek. Rodzice Siergieja oprocz tego mieszkania maja dom na obrzezach Biszkeku [w trakcie wykonczania] oraz domek nad Issyk Kul. Kiedy pojechalismy do tego ostatniego, mialem okazje przekonac sie, jak wyglada snobizm w wykonaniu kirgiskim. Domek Siergieja [a wlasciwie pol domku - blizniak, rozumiecie] znajduje sie na zamknietym osiedlu, gdzie takie domki ustawione sa w odstepach co 10m, w sam raz tyle, zeby mozna bylo samochody zaparkowac. Jedno Wam powiem - takiej ilosci Lexusow i Grand Cherokee na tak malej powierzchni nie widzialem. Plaza oczywiscie czysciutka, kilka molo, cisza i spokoj. Sielskie osiedle dla bogaczy z Biszkeku i Almaty...

Sam domek, choc ladnie i nowoczesnie urzadzony, wielkiego wrazenia na mnie nie zrobil. Ot, dwa niewielkie pokoje, lazienka i weranda, calosc moze z 30m2.

I tutaj czas na quiz. Ile moze kosztowac mieszkanie 20 min marszrutka od centrum Biszkeku, 80m, fakt ze w bloku i to na 9. pietrze, ale za to z widokiem na gory?
Kiedy rodzice Siergieja je kupowali, dali za nie 11 tys. $. Prawie jak za darmo...
I dla porownania - ile kosztowal ten malenki blizniaczek nad jeziorem?
43 tys. $. Stad tez moje kasliwe uwagi o snobizmie.

Poczulem duza sympatie do tego goscia, ktory nie obnosi sie ze swoim stanem posiadania i pozostaje w porzadku gosciem.

Jezeli ktos z Was mysli o tym, jak zainwestowac pieniadze, to polecam nieruchomosci w Biszkeku. Choc ceny ida ostro w gore od dwoch lat [dwukrotny wzrost w tym czasie], to uwazam, ze wzrosna jeszcze co najmniej 3x, a gdzieniegdzie 5-7x. W niedalekim Almaty ceny mieszkan sa porownywalne do cen warszawskich i mysle ze jest tylko kwestia czasu, gdy Biszkek doszlusuje do tego poziomu. Zwlaszcza, ze wzrost gospodarczy jest na poziomie 6%, sytuacja polityczna od ponad roku jest stabilna, inwestycje rosna. Kiedy spaceruje sie ulicami stolicy, raz po raz mozna napotkac jakis plac budowy. Moge posredniczyc, nawet niewiele wezme.

Uslugi wszelkie
Wzrost wzrostem, inwestycje inwestycjami, ale jeszcze sporo wody w Wisle uplynie, zanim Kirgistan rozwinie sie do poziomu chocby dzisiejszej Polski. Albo tej sprzed 10 lat.

Julia, u ktorej mieszkalem, opowiedziala mi o pozarze, ktory mial miejsce w jej domu rok wczesniej. Na szczescie straz pozarna przyjechala natychmiast po wezwaniu, wiec nic sie nikomu nie stalo, a i dom nie ucierpial jakos przesadnie. Nastepnego dnia chciala zatem zadzwonic na numer strazy i po prostu podziekowac za skuteczna interwencje... Coz, tym razem przez dobre 20 minut nikt nie podniosl sluchawki. Gdyby zatem pozar wydarzyl sie dzien pozniej...

Ostatnio jej mama miala powazne problemy ze zdrowiem. Julia zadzwonila po pogotowie, po czym uslyszala od dyzurnego, ze on nie wie kiedy karetka przyjedzie, nie wie tez gdzie pojazdy sa, bo... nie maja systemu komunikacji radiowej. Czyli karetka jedzie gdzies, wraca powiedzmy po 2 godzinach i dopiero wtedy dyzurny moze przekazac kolejne polecenie. Zreszta karetek na caly Biszkek [milionowe miasto] jest... 5. Nie namyslajac sie dlugo Julia postanowila zadzwonic do prywatnej firmy zajmujacej sie ochrona zdrowia i majaca wlasne karetki. Jakze sie zdziwila, gdy okazalo sie, ze tam sytuacja jest podobna - nie wiadomo gdzie sa, nie wiadomo kiedy przyjada... Ostatecznie pogotowie przyjechalo 2 godziny po pierwszym telefonie.

Troche ciezka atmosfera sie zrobila, prawda? Wiec moze cos lzejszego:

Taka na przyklad telefonia komorkowa. Providerow jest 3, ale na tym podobienstwa z Polska sie koncza. Ot, na przyklad jeden z nich - Fonex - nie udostepnia uslug innych niz rozmowy. Czyli zapomnijcie o SMSach, nie mowiac o bardziej zlozonych uslugach. Megacom, moj provider, to taki odpowiednik naszej Heyah, niedawno wprowadzony, bardzo intensywnie promowany. Szkoda tylko ze mozna dzwonic tylko w Biszkeku [za miastem nie dziala], odpadaja tez telefony czy smsy za granice. Co ciekawe jednak, kiedy slalem SMSy na polskie numery, to dostawalem raporty doreczenia. Do kogo moje wiadomosci trafialy - pojecia nie mam.

Jakosc polaczen jest kiepska. Bardzo czesto zdarza sie, ze jeden z rozmowcow nie slyszy drugiego, zwlaszcza gdy jest sie w budynku. I nie mam tu na mysli betonowych schronow podziemnych na obrzezach miasta, tylko jakiekolwiek budynki, takze w centrum. SMSy od czasu do czasu nie dochodza [raporty doreczenia jednak sa niezawodne - ciekawe, nie powiem], o WAPie nikt tu nie slyszal.

Net to mega zmora. O LANie w mieszkaniu mozna zapomniec, ba! Nawet polaczenia via modem sa tutaj tylko 28.8 kbps. Firmy i organizacje co prawda zakladaja sobie czasem stalki, co jednak ciekawe, koszone sa wtedy nie tylko ryczaltem, ale i za transfer. Czyli o sciaganiu plikow na wieksza skale mozna zapomniec, ale mozna przynajmniej sprawdzic poczte, a zaladowanie wikipedii nie wymaga kilku prob, 15 minut i anielskiej cierpliwosci. I jak tu zyc? Kawiarenki powiadacie? A figa, bo w wiekszosci polaczenie jest porownywalne z modemem, choc tym razem juz 56.6 ;). Sporo czasu mi zajelo, zanim wyczailem taka, w ktorej transfery sa na dobrym poziomie. Co ciekawe nie jest jakos bardzo oblegana... Ostatnio tez mam mozliwosc skoczenia czasem do American Chamber of Commerce i pokorzystania za darmo. No, tam to sie mozna poczuc jak w Europie - 70 kBps jak nic. No i klimat Hyatt, bo tam miesci sie ich biuro, dodaje chwilom spedzonym przed komputerem uroku =).

Powiem Wam jedno - nigdy juz nie bede bezkrytyczny wobec gmaila. Laduje sie toto cale dziesieciolecia, uruchomienie modulu pisania wiadomosci trwa i trwa, a klikniecie 'Send' prowadzi w mniej wiecej polowie przypadkow do bledu... I cala wiadomosc trzeba pisac od nowa. Mowie tutaj oczywiscie o trybie HTML, bo o Javie mozna w ogole zapomniec. Ech... Outlook days revisited.

Sowiecki Sojuzie...
Na moim pierwszym LCC dyskutowalem z gosciem, ktory opowiadal, jak w Moskwie rozmawial z Czeczencami, ktorzy zalowali ze ZSRR sie rozpadlo. Mowili, ze to byla idea, ktora wszystkich scalala, ze panstwo sie rozwijalo. Wtedy nie moglem w to uwierzyc - jak to? Czeczency? Ten dumnie walczacy o niepodleglosc narod? I jeszcze mozna zalowac rozpadu ZSRR ze wzgledow gospodarczych?

Coz, nasza perspktywa jest zdecydowanie zaburzona przez czesc swiata, w ktorej sie znajdujemy. Polska traktuje lata komunizmu jako czas stracony, podobnie panstwa baltyckie, dla ktorych odzyskanie niepodleglosci oznaczalo gwaltowny wzrost gospodarczy i wzrost stopy zyciowej wiekszosci obywateli. Dla panstw Centralnej Azji - wiec moze takze i Kaukazu - czasy wladzy carskiej, a potem radzieckiej, oznaczaly to samo. Zanim pojawili sie Rosjanie w drugiej polowie XIX wieku [czesc Wielkiej Gry z Korona Brytyjska - polecam zapoznanie sie z tematem, chocby przez artykul na Wikipedii], Kirgizi zyli w jurtach, zajmujac sie pasaniem bydla w gorach, zdecydowana wiekszosc z nich byla niepismienna. Rosjanie mieli tutaj misje niemalze prometejska - krzewili zdobycze cywilizacji zachodu, zakladali szkoly i uniwersytety, budowali domy, wprowadzili przemysl. Zastali Centralna Azje skorzana, zostawili murowana =).

Tak dlugo jak decyzje polityczne i gospodarcze zapadaly w Moskwie, korupcja byla... moze nie niska, ale w karbach, milicja i inne sluzby byly... moze nie sprawne, ale jakos dawaly sobie rade, wzrost gospodarczy... moze nie istnial, ale przynajmniej wszyscy mogli znalezc zatrudnienie. Niestety, radzieccy politycy nie zadbali o wykszalcenie lokalnych przywodcow i przekazanie im kultury politycznej wlasciwej panstwom europejskim. Dlatego po rozpadzie ZSRR zegar cofnal sie tu o 150 lat, przywracajac kolosalna korupcje i nepotyzm. Doprowadzilo to Kirgizow do zeszlorocznej rewolucji, ktora byla zaskoczeniem takze dla czesci narodu. Kirgizi sami o sobie mowia, ze sa elastyczni, ze ciezko jest ich poruszyc na tyle, zeby staneli przeciwko wladzy. A jednak rok temu cos peklo, przez Biszkek przelala sie fala rebelii, demonstracje doprowadzily do zmiany wladzy...

Jak jest teraz? Coz, triada heglowska obowiazuje takze w tej dalekiej stronie swiata - ludzie sa rozczarowani, bo nowy prezydent moze i nie kradnie tak jak stary, ale mowi sie, ze ponizej 30% dawnego poziomu stara sie nie schodzic. Nie wprowadzil zadnych drastycznych reform, choc warte docenienia jest np. zniesienie oplat za edukacje w szkole.

Rozpad ZSRR doprowadzil tez do roznych - z pozoru zabawnych - powiklan w kontaktach z sasiadami. Na przyklad droga z Biszkeku przez Talas do Osz miala doslownie 10 kilometrowy odcinek idacy przez Uzbecka Republike Radziecka. W czasach Sojuzu nie bylo to rzecz jasna problemem, ale po podziale i wprowadzeniu obowiazku wizowego miedzy Uzbekistanem i Kirgistanem drugie najwieksze miasto Kirgistanu zostalo czasowo czesciowo odciete od swiata. Nie wiedzec tez czemu, obie republiki mialy na swoim terytorium po kilka enklaw nalezacych do drugiej... Biorac pod uwage, ze w chwili obecnej relacje miedzy Kirgistanem i Uzbekistanem sa napiete i bardzo, bardzo ciezko jest obywatelom Kirgistanu uzyskac uzbecka wize, sytuacja Kirgizow mieszkajacych w tych enklawach jest nie do pozazdroszczenia - nie moga sie ruszyc ze swoich niewielkich miasteczek na wiecej niz 2-3 kilometry.

Sentyment do czasow radzieckich sprawia, ze nikomu nie przeszkadza tutaj to, ze Rosjanie maja swoja baze wojskowa pod Biszkekiem. Swoja droga jestem ciekaw czy i, jesli tak, ile placa. Po drugiej stronie miasta jest baza amerykanska - US Army placi na pewno. Uzbekistan, dopoki nie przeszedl na ciemna strone mocy, pozwalal Amerykanom na utrzymywanie bazy na swoim terytorium i dostawal w zamian bodaj 1,5 mld $ pomocy wojskowej i gospodarczej rocznie. Po wykolegowaniu z Uzbekistanu Kirgistan pewnie zyskal na znaczeniu - ciekawe czy potrafili to wykorzystac.

Drobiazgi
Dobra, to jeszcze pare slow na zakonczenie.

Jezeli ktos z Was kiedys zdecyduje sie na prace z Kirgizami, to niech zaopatrzy sie w duza doze cierpliwosci. Spoznienie rzedu 15 minut to niemal nietakt podobny do polskiego przyjscia w gosci za wczesnie. Nie no, oczywiscie przesadzam, ale nasze spotkania zaczynaja sie czesto i z godzinnym opoznieniem, co na poczatku doprowadzalo mnie do szewskiej pasji, ale teraz jestem w stanie wrzucic na luz i cierpliwie czekac na wszystkich. Gorzej, ze przez ostatnich pare dni sam zaczalem sie spozniac po 5-10 minut... Julia prowadzi firme ze swoim najlepszym przyjacielem - Nurlanem, z ktorym znaja sie chyba juz z 6 lat. Mowi, ze zawsze kiedy umawia sie z nim np. na 10, to przychodzi o 10:30 i jeszcze sie nie zdazylo, zeby to on na nia czekal.

Ostatnio do kin wszedl nowy film produkcji kazachskiej - Koczownik. Wybralem sie na toto, rzecz jasna po rosyjsku [BTW: wszystkie filmy, tak w kinach jak i w TV, sa dubbingowane] i bylo bardzo, bardzo przyjemnie. Nie tylko ze wzgledu na urodziwe zenskie towarzystwo i okazje - moje urodziny - ale i ze wzgledu na sam film. Dzielo to pachnie nasza Trylogia - 2 panow i niewiasta na tle dramatycznych wydarzen historycznych, niezle sceny batalistyczne, sporo naprawde dobrze nakreconych pojedynkow tudziez roznych akrobacji na koniach. Mam nieokreslone wrazenie, ze gdybym rozumial kwestie wyglaszane przez aktorow, to moje wrazenie mogloby sie pogorszyc... Jakos ostro zajezdzalo patosem w stylu Van Helsinga choc moze sie myle... Wspominam o tym filmie, bo sporo elementow kultury jest wspolnych dla Kirgizow i Kazachow, wiec jesli chcecie zobaczyc jurty, Capture the Flag przy uzyciu martwej owcy, stroje i inne rzeczy, ktore staram sie tutaj czasem opisac, to zachecam do sciagniecia. Lub wybrania sie do kina, rzecz jasna, jesli to gdzies u nas graja.

Jeszcze slowko o kulturze politycznej Kirgistanu - nie wiem czy zostalo to w Polsce szerzej odnotowane, ale jeden z najbardziej prominentnych tutejszych politykow, nieformalny przywodca opozycji, czlowiek, o ktorym mowi sie, ze moze zostac kolejnym prezydentem, zostal w Polsce aresztowany za probe przemytu narkotykow. Gosc mial przy sobie ponad pol kilo heroiny... Ocena tego incydentu byla, z tego co zauwazylem, podobna w obu krajach - prowokacja zmierzajaca do usuniecia konkurenta obecnego prezydenta. Zreszta polski sad wypuscil polityka bodaj po 2 dniach. Facet mial szczescie, ze nie zostal zatrzymany w Turcji [przesiadal sie tam na samolot do Polski] - slyszalem ze sa tam o wiele, wiele mniej tolerancyjni dla ludzi przewozacych narkotyki... Niezaleznie od wlasnej swiadomosci ich posiadania. W Kirgistanie podrzucaja narkotyki, na Ukrainie truja... A w Polsce to sie ludzie podniecaja jak Mulat mownice zablokuje. Phi!

No nie powiem, brakowalo mi mozliwosci wyzycia sie w ojczystym jezyku =) Na przyszly tydzien planuje kilka dni wolnego, coby wybrac sie na poludnie Kirgistanu - Osz, Jalalabad, te sprawy. Ponoc tam o wiele mocniej mozna poczuc kulture Centralnej Azji... Bardzo jestem ciekaw co tam mi dadza do zjedzenia.