Thursday, August 31, 2006

KG spoleczno - ekonomicznie #2

Wlasnie zaczal sie moj czwarty tydzien w Biszkeku, wiec czas najwyzszy przekazac Wam nieco wiecej o tym, jakim krajem jest Kirgistan.

Kirgistan ma system edukacyjny odziedziczony po ZSRR, zatem dzieci ida do szkoly w wieku 6 lat i uczeszczaja do niej przez 11 klas. Rzecz jasna nie musza calego tego czasu spedzac w jednej placowce. Na przyklad Julia, u ktorej pomieszkuje, przez kilka lat uczeszczala do niemieckiej szkoly. Ich muss sagen, dass ihre Deutschkenntinisse sehr gut ist, vielmals besser als mein [mam nadzieje, ze sie nie kropnalem za bardzo]. Co ciekawe, miala tam przez 4 lata przedmiot... szachy. Klasa przychodzila, siadala i grala w szachy, poznawala strategie i znane partie. Strasznie fajna sprawa, nie?

Na tych, ktorym po 11 latach w szkole wciaz malo, czeka 5 letni 'niby-master' [czyli to samo co u nas] na jednej 60 panstwowych lub prywatnych uczelni. Studia sa niestety platne, czesne wynosi od 250 - 300 dolarow na panstwowych uczelniach, do 700 na kirgisko - rosyjskim Slavic university i amerykanskim AUCA. Oczywiscie mozna pojsc tez nieco inna droga. Ot, na przyklad brat Iriny [MCVP X KG, dla przypomnienia] dyplom ukonczenia International University of Kyrgyzstan po prostu... kupil. A nie jest to jak na tutejsze standardy taka znowu bananowa uczelnia. Z moich rozmow z ludzmi wynika, ze w zasadzie na codzien maja stycznosc z przypadkami kupowania egzaminow i zaliczen, nikt nie przejmuje sie tez zbytnio masowymi plagiatami.

No coz, byc moze pamietacie z KG S-E #1, ze pensja wykladowcy to w przeliczeniu mniej wiecej 80 zl...

Oczywiscie nie wszedzie tak jest. Wyglada na to, ze ziemia obiecana kazdego studenta w Biszkeku jest American University in Central Asia - uczelnia zalozona przez Amerykanow, oferujaca podwojny dyplom kirgisko - amerykanski. Rzecz jasna wykladowcy, przewaznie Amerykanie, na brak funduszy nie narzekaja, bo fee to mala fortuna jak na kirgiskie warunki, a mimo to chetnych nie brakuje - w tym roku uczelnia przyjela ponad 200 nowych osob. Standardy nauczania sa niemal zywcem przeniesione ze Stanow, z calym tym esejowo - dyskusyjnym podejsciem i brakiem tolerancji dla sciagania oraz innych oszustw.

Na panstwowych uczelniach wciaz pokutuje system radziecki, z masakrycznym przeladowaniem przedmiotami. Zdarza sie, ze studenci maja zajecia od 11 do 20 codziennie od poniedzialku do soboty [sic!]. W curriculum mozna czasem znalezc prawdziwe kuriozia. Ludzie po studiach politologicznych oczywiscie nie poradziliby sobie w doroslym zyciu, gdyby po drodze nie zaliczyli dwuletniego kursu baletu lub choru, prawda? Na dodatek wladze uczelni nie sa zbyt elastyczne, wiec jesli chce sie np. pracowac zamiast uczeszczac na zajecia, to pozostaje dziekanka... lub znalezienie pracy z placa wystarczajaca na pokrycie wykladowcow.

Wsrod uczelni prywatnych najwazniejsze sa uczelnie partnerskie, oferujace podwojne dyplomy. Oprocz opisanego powyzej amerykanskiego AUCA w Biszkeku dzialaja tez rosyjski Slavic University i turecki Manas.

Jak juz jestesmy przy Turkach, to warto spojrzec na Kirgistan z nieco szerszej perspktywy. Wlasnie z Centralnej Azji zaczeli Turcy swoj triumfalny pochod na Zachod, tutejsze ludy sa z nimi blisko spokrewnione [co sami Turcy lubia podkreslac], jezyk jest rowniez bardzo podobny. Nic zatem dziwnego, ze gdy ZSRR sie rozpadlo, Rosja stracila wiekszosc swoich wplywow, a Chiny nie wykazaly wiekszego zainteresowania regionem, to wlasnie Turcja rozpoczela intensywne starania by zwiazac ze soba tutejsze '-stany'. Intensywne inwestycje, zalozenie uczelni partnerskiej, liczne programy oferujace Kirgisom studia w Turcji, ruch bezwizowy... A takze mniejsze i wieksze gesty w strone Kirgisow, jak na przyklad wtedy, gdy w czasie zeszlorocznej rewolucji [opisze ja jak bede czul sie kompetentny] wszystkie zagraniczne sklepy zostaly zamkniete, oprocz tureckich. Zreszta przyszlo im za to slono zaplacic - wiele z nich zostalo zniszczonych przez motloch, a nowe wladze zamiast okazac wdziecznosc, znacjonalizowaly czesc inwestycji. Bez odszkodowania, rzecz prosta.

Szczerze mowiac ciezko jest mi wyroznic znaczace korzysci, ktore Turcja moglaby uzyskac ze zwiazania ze soba tutejszych narodow. Niby sa jakies zloza, ale ich zasoby nie sa znaczace z globalnej perspektywy. Rolnictwo - w Uzbekistanie jeszcze w miare, zreszta jest to drugi eksporter bawelny na swiecie, ale Kirgistan? Uprawianie tutaj czegokolwiek na masowa skale jest niemozliwe ze wzgledu na gory. Gdyby rzucic okiem tylko na mape polityczna, to moze sie wydawac, ze panstwa lezace na drodze do Chin moga stanowic lakomy kasek. Niestety, mapa hipsometryczna studzi entuzjazm - poprowadzenie dobrych drog czy rurociagow przez gory pochloneloby fortune, a tutejsze trzesienia ziemi [dochodzace do 9 w skali Richtera] nie zachecaja do takich wydatkow. Ataturk nie bez powodu nie uwzglednial tych regionow w swoim planie budowy panstwa.

Z drugiej strony jest to w zasadzie jedyny kierunek, w jakim Turcja moglaby realizowac swoje imperialne ambicje. Poza tym, moja negatywna ocena oplacalnosci ekspansji w kierunku Chin, dokonana ad hoc i bez wystarczajacej wiedzy, nie przekonuje nawet mnie =)

Wielu Kirgisow z ktorymi obcuje na codzien wydaje sie byc naprawde dobrze wyksztalconymi. Znaja co najmniej [!] dwa jezyki obce, czesto oba europejskie, wiele osob uczy sie dodatkowo tureckiego [dla znajacych kirgiski nie jest to takie trudne] lub chinskiego. Zaskoczylo mnie, ile osob ma za soba pobyty w Rosji, w Europie, w Stanach... Wyglada na to, ze Kirgistan, jako biedne panstwo, otrzymuje sporo takiej pomocy, ktorej i ja chcialbym otrzymac ;) Oczywiscie zartuje, ale faktem jest, ze dzialalnosc zagranicznych NGOsow i fundacji umozliwia setkom Kirgisow 3 - 12 miesieczne wyjazdy do USA, Turcji, Norwegii, Niemiec, Rosji...

Rozwijajac temat 3. sektora, to nie wydaje sie on w Kirgistanie zbytnio rozwiniety. Co prawda osoby, z ktorymi rozmawiam, przewaznie sa zdania, ze jest ich tutaj zbyt duzo [3 tys. w 5 mln. kraju to duzo?], to jednak nie maja one wiekszego wplywu na zycie codzienne. Oczywiscie sa wyjatki, jak fundacja Sorosa, USAID, UNDP, lecz, jak latwo zauwazyc, wszystkie one sa przedstawicielstwami duzych zagranicznych fundacji. U nas tez kiedys byli aktywni, ale gdy Polska zaczela stawac na nogi, przeniesli sie dalej. Ten sam los pewnie czeka Kigisow, wiec dobrze by bylo, zeby korzystali z zagranicznej pomocy w budowie swojego 3. sektora poki moga.

Los organizacji, w ktorej dzialala Ainura [nazwy nie pomne], dosyc dobrze pokazuje jak niedoceniana jest tutaj rola NGOsow. Zalozona ledwie kilka lat temu na podstawie pomyslu zaczerpnietego z republik baltyckich, koncentrowala sie na zakladaniu punktow, gdzie mozna korzystac z netu... lub nawet telefonu, tam, gdzie wczesniej tych uslug nie bylo. Takie inicjatywy byly podejmowane juz wczesniej, takze przez panstwo, ale konczyly sie porazkami, bo nikomu nie zalezalo na promowaniu nowych technologii wsrod ludnosci lokalnej. Tym razem jednak prosty pomysl zadecydowal o sukcesie przedsiewziecia. Otoz organizacja wykladala 70% funduszy [czasem w naturze - komputery, siec itp.], a lokalny inwestor, przewaznie osoba prywatna, 30% i po urzadzeniu miejsca i podlaczeniu netu - hulaj dusza! Inwestor stawal sie wlascicielem calosci i juz tylko od niego zalezalo, czy bedzie na tej inwestycji zarabial, czy nie. Proste, ale niezwykle skuteczne - wklad wlasny gwarantowal zaangazowanie, a potem motywatorem stawala sie mozliwosc zysku. Organizacja zalozyla ponad 70 takich miejsc, sam bylem w jednym z nich i bylo to ciekawe przezycie.

Oni naprawde wiele zmienili. Ot, w takim Talas, niby duzym miescie, niemal nikt nie mial pojecia co to Internet... a teraz Andriej, ktory jako pierwszy zalozyl taki punkt, martwi sie, gdyz pojawia mu sie kilku konkurentow, ktorzy uznali, ze oplaca sie w ten interes wejsc. I to bez pomocy zadnej organizacji. Sa wioski, gdzie nikt nie mial komputera, a po otwarciu kafejki wlasciciele musieli pokazywac ludziom gdzie jest przyslowiowe Power na obudowie. Dzis sytuacja jest zupelnie inna - wielu z tych ludzi zaopatrzylo sie w desktopy, inni ciulaja kase zeby takowy kupic. Ogromny szacunek nalezy sie Ainurze i jej kolegom.

Najwiekszy pewnie nalezy sie zalozycielowi, ktory wyszukal ten pomysl, zalozyl organizacje, pozyskal darczyncow, zrekrutowal wolontariuszy, wyposazyl biuro i tchnal zycie w cala ta idee. Niestety, jakis rok temu postanowil zajac sie czyms innym i opuscil organizacje. Jego nastepca, osoba nigdy nie zwiazana z NGO lecz pracujaca w administracji rzadowej, popadl w konflikt z podwladnymi [np. Ainura odeszla] i zrazil do siebie sponsorow, gdyz komunikowal, ze organizacja wkrotce zostanie zlikwidowana. Niedawno zostal zmieniony przez brata Asiel, ale on rowniez nie mial wczesniej doswiadczenia w NGO i Ainura mowi, ze brakuje mu tego zaru dzialacza spolecznego. Organizacja prawdopodobnie wkrotce zostanie zamknieta... A jest w Kirgistanie jeszcze wiele miejsc, gdzie przydalaby sie ich pomoc.

Jak juz wspomnialem o starszym bracie Asiel, to moze nieco wiecej o jej rodzinie, rodzinie jako instytucji i korupcji jeszcze ciut ciut. Ojciec Asiel jest gubernatorem [choc nie wiem czy to sie tak nazywa] oblastu Issyk Kul, co otwiera przed nia wiele drzwi w Kirgistanie. I wlasnie dlatego Asiel pracuje w Almaty - mowi, ze w Biszkeku nigdy nie bylaby pewna czy swoje awanse zawdziecza pracy, czy pozycji ojca. Taka juz tutaj mentalnosc, jezeli ktos z rodziny laduje na jakims sytuowanym stanowisku, to wiekszosc rodziny zawsze moze liczyc na jego pomoc w znalezieniu pracy... i nie tylko. Mlodszy brat Asiel ma 17 lat i od niedawna szaleje po miescie Golfem ojca dzieki prawu jazdy. Ciekawostka: w Kirgistanie prawo jazdy mozna miec od 18 lat. Jak mial nas odwiezc z pubu [nic nie pil], to kilka razy probowal wycofac tak, zeby nie zaryc w drzewo, az w koncu chyba stracil cierpliwosc, wdepnal gaz i... zaryl w drzewo. Zreszta bodaj Elina lub Irina jakis czas temu bez zenady przyznala mi sie, ze ma prawko, ale tak naprawde to nie umialaby utrzymac silnika na chodzie.

Na zakonczenie cos pozytywniejszego ;) Dzis, 31 sierpnia, wielkie swieto Kirgistanu - dokladnie 15 lat temu Kirgiska republika deklarowala niepodleglosc! Byla parada w stylu sowieckim [niestety, trzeba bylo miec jakies cholerne przepustki], niedlugo zmykam zobaczyc pokaz sztucznych ogni... Ale nie to jest najlepsze. Ludzie pozdrawiaja sie na ulicy 'Szczesliwego Dnia Niepodlegosci', dzwonia do siebie z zyczeniami, w domu handlowym rozdawano kawalki tortu za darmo, Julia i jej mama tez kupily tort z tej okazji. Kurcze, strasznie mi sie to spodobalo - tak bardzo brakuje mi jakiegos swieta, ktore jednoczyloby Polakow. 11 listopada [moje imieniny, btw ;)] jakos nie spelnil jeszcze moich oczekiwan... Coz, zmiane trzeba zaczac od siebie, jesli bede 11.11 w Polsce, to zaczne rozpowszechniac Kirgiski obyczaj :)

Dobra, chcialoby sie napisac wiecej, ale celebracja kusi... Trzymajcie sie dzielnie w Polsce.

0 Comments:

Post a Comment

<< Home