Reception Weekend #1
Moj pierwszy 'Reception Weekend' wypadl troche nietypowo, bo... w srode i czwartek. Nie zostal tez bynajmniej zaaranzowany przez AIESECowcow, tym niemniej nazwa budzi u czesci z Was, drodzy czytelnicy, odpowiednie skojarzenia, wiec bede sie jej trzymal.
W poniedzialek spotkalem sie z Ainura, poznana dzien wczesniej na pikniku kolezanka Asiel. Zaprosila mnie do biura swojej organizacji, gdzie pokorzystalem sobie z szybkiego netu [jaaaaak dooooobrze :)]. Okazalo sie, ze w srode rano jej rodzina wyjezdza do Talas na rodzinne spotkanie z powodu smierci babci i zostalem zaproszony do wziecia udzialu. Poczatkowo czulem sie troche niezrecznie, bo okazja nie wydawala mi sie zbyt sprzyjajaca do turystycznych eskapad, tym niemniej ostatecznie sie zdecydowalem.
Z tymi spotkaniami jest ciekawa sprawa. Tradycja nakazuje, zeby po czyjejs smierci rodzina zbierala sie 4 razy na wieczerze, w czasie ktorej glowna potrawa jest mieso zarznietej danego dnia owcy. Dokladnie 40 dni po zgonie rodzina powinna zebrac sie po raz piaty, na ostatnie tego typu spotkanie konczace celebracje. 'Moje' spotkanie mialo byc juz 4., wiec Ainura nie przewidywala jakichs tlumow.
W srode rano zapakowalem sie do samochodu wraz z Ainura, jej rodzicami i mlodszym bratem i ruszylismy na zachod. Przez pierwsza czesc trasy jechalismy rownina, ktora otacza Biszkek, a cala atmosfera, z pustynnym klimatem, zrujnowanymi przystankami i domami po bokach szosy i budkami, gdzie mozna kupic olej silnikowy w sloikach [hm?] jako zywo przypominala mi swiat znany z filmow o Mad Maxie albo z Falloutow. Brakowalo tylko 2-glowych krow. Pozniej droga wiodla przez gory [tutaj wszystkie drogi wioda przez gory ;)], zas widoki, jakie moglem po drodze podziwiac, byly po prostu obledne. Poczatkowo szosa szla dnem doliny, a po obu jej stronach ciagnely sie niemal pionowe zbocza wysokie na jakies 200, miejscami do 500 metrow - wrazenie bylo naprawde niesamowite. Probowalem sobie przez chwile wyobrazic, co by sie stalo, gdyby jakis - dajmy na to 50 kilogramowy - odlamek oderwal sie od skaly i upadl na dach naszej nieco nadgryzionej przez zab czasu Toyoty Camry...
Nigdy wiecej tego nie zrobie.
W wielu miejscach latwo dostrzec wylaniajace sie z ziemi fragmenty plyty kontynentalnej, na ktorych mozna wyroznic roznokolorowe pasy pochodzace z roznych epok geologicznych. Pozwolilo mi to przypomniec sobie z podstawowki, skad wlasciwie wziely sie Himalaje, a takze gory Kirgistanu. Dawno, dawno temu, kiedy Ziemia byla jeszcze mloda, a ksiezyc swiecil bardzo jasnym blaskiem, Indie byly czescia Afryki. Potem im sie znudzilo, wiec sie oderwaly i zaczely swobodnie dryfowac w kierunku niczego nie spodziewajacych sie terenow dzisiejszego Kaszmiru i Karakorum - huknelo, blysnelo i Indie staly sie subkontynentem indyjskim. Oczywiscie takie spotkanie na poziomie plyt kontynentalnych musialo skonczyc sie uformowaniem gor zrebowych, ktorych podziwanie wlasnie stalo sie moim udzialem.
Dygresja: swoja droga ta Afryka to ma ciezkie zycie - najpierw Indie, potem Madagaskar, a za jakis [dluzszy] czas takze tereny Kenii i Tanzanii [na linii jezior: Wiktorii, Tanganika i Malawi].
Przez wieksza czesc drogi gawedzilismy sobie z rodzinka Ainury za jej posrednictwem, gdyz niestety byla jedyna Inglysz spiking osoba na pokladzie. Okazalo sie, ze jej mama wierzy w reinkarnacje i uwaza, ze w poprzednim zyciu byla mezczyzna mieszkajacym w Polsce. Niestety, nie pamieta w jakim miescie.
Tymczasem zaczelismy wspinac sie naszym malym autkiem coraz wyzej i wyzej, by w koncu znalezc sie na wysokosci bliskiej szczytom. Tata Ainury twierdzil, ze bylismy na wysokosci 3,5 tys metrow, czemu wiary nie dalem i bede musial to sprawdzic. Potem wjechalismy w tunel, a po jego przebyciu zaczelismy mozolna wedrowke w dol. Z ciekawszych widokow po drodze wymienic mozna m.in opuszczonego, totalnie rozbitego terenowego Lexusa, ktory wgnieciony byl chyba z kazdej mozliwej strony.
A potem wjechalismy do Paryza.
Hm, tutejszy Paryz wyglada troche inaczej niz ten znany z pocztowek. Ot, kilka chat zbudowanych wzdluz szosy, gdzie mozna cos zjesc lub wypic, tudziez - oczywiscie - kupic olej silnikowy w sloikach. Tym niemniej po kilku godzinach siedzenia w samochodzie i powolnego zdobywania kolejnych metrow na naszej gorskiej drodze nazwa wydala mi sie nawet adekwatna.
Weszlismy do jednego z domkow i zamowilismy jedzenie - wsrod znajomych nazw jak kielbasa czy jajecznica, moja uwage przykulo manti. Ainura wytlumaczyla mi, ze to lokalna potrawa i - chyba troche zeby mnie zachecic - sama poprosila o porcje. Po chwili na naszym stole wyladowal tez sloik z kymyz. Kymyz to konskie mleko, ktore odstawia sie na kilka dni, w czasie ktorych co jakis czas sie je... ubija [?], aby otrzymac lekko alkoholowy napoj. Pachnie jak oscypek. Smakuje... Coz, nie powiem ze jest smaczne, ale pilem go sporo przez te dwa dni i jest w nim cos przyjemnego. Samo manti okazalo sie byc lokalna bardzo smaczna wariacja nt. pierogow z miesem i kapusta.
Po posilku ruszylismy w dalsza droge i wkrotce dojechalismy do rozstaju - droga prosto wiodla do Osz, miasta na poludniu Kirgistanu, zas w prawo do Talas, czyli stolicy oblastu, gdzie lezy Aleksiejowka, nasz cel. Niestety, miasto docelowe nie bylo jedynym, co je roznilo. Droga do Talas nie jest asfaltowana. Kolejnych kilkadziesiat kilometrow wleklismy sie w pyle po kamienistej drodze, ale nie bylo co narzekac, bo widoki znowu wynagrodzily wszystko. Teraz gory wygladaly troche jak te widziane na zdjeciach z Marsa - czerwone skaly, troche nienaturalnie zaokraglone na szczytach.
Kiedy dojechalismy na miejsce, spora czesc rodziny juz czekala. Przywitalismy sie, po czym [oczywiscie po zdjeciu butow] weszlismy do rozlozonej na podworzu jurty, by wspolnie cos przegryzc.
Jurta [po kirgisku bozuy, boz - szary, uy - dom] to jest swietny wynalazek. Chata o powierzchni mniej wiecej 15m2, mozna ja zlozyc i rozlozyc w godzine, po zlozeniu jest walcem o dlugosci mniej wiecej 3m, ktory moze byc transportowany przez wielblada lub konia, a przy calej swej latwosci konstrukcji jest wystarczajaco ciepla, by mozna bylo przezyc w gorach w zimie, przy temperaturach spadajacych noca ponizej -30 stopni Celsjusza. Jurta jest tez calkiem stylowym miejscem do mieszkania. Takie np. wejscie to nie musi byc zadna mata, tylko np. normalne, drewniane drzwi na zawiasach, ktorych framuga przywiazana jest po bokach do konstrukcji jurty. Jesli komus za duzo lub za malo swiatla, to moze jego ilosc regulowac powiekszajac / pomniejszajac otwor w dachu. Klasa.
W ogole bardzo mi sie podoba praktyczne podejscie do wszystkiego, tak charakterystyczne dla nomadow - w jurcie siedzi sie na kocach, je z maty posrodku, czasem z niskiego stolu. Nikt nie wpadlby na jakze nieefektywny pomysl transportowania wysokiego stolu i masy krzesel dla calej rodziny. Podobnie z naczyniami - tutaj pije sie z czarek, ktore sa latwe w transporcie, bo mozna zrobic z nich stosik. A sprobujcie zrobic stosik z kubkow z uchami. Wszystko je sie rekami, jedynie sporadycznie wspomagajac sie lyzka, by np. poslodzic herbate.
Na macie nie bylo jakos duzo jedzenia, ale tez nie byla to jeszcze pora wieczerzy. Wypilismy wiec troche kymyz i herbaty, przegryzlismy tutejszym chlebem, ktory przypomina placki znane z filmow biblijnych - klaniaja sie latwosc wyrobu, transportu i wolniejsze wysychanie, i borsok [ksztaltem przypominajace faworki, ale miekkie] unurzanymi w dzemie i polplynnym masle z krowiego mleka. Od razu rzuca sie w oczy procedura - kobiety odpowiadaja za przygotowanie miejsca i pozniejsze posprzatanie, wszyscy siadaja na matach wokol 'stoloobrusu', przed jedzeniem modlitwa zakonczona gestem przypominajacym obmywanie twarzy, po posilku [tzn gdy ostatnia osoba skonczy] ponownie wspolna modlitwa, rowniez zakonczona 'obmyciem twarzy'. Na zakonczenie chlopiec obchodzi wszystkich uczestnikow z karafka z ciepla woda, scierka i miska, by kazdy mogl obmyc dlonie.
Wyjasnie w tym momencie, ze ludzie tutaj generalnie zyja w domach, a my w jurcie tylko stolowalismy. Dom, ot, taka chata wiejska, pobielone sciany i dywany na scianach - to, co mialo trzymac cieplo w jurcie, w domku sprawdza sie jako ozdoba. Ainura poinformowala mnie, ze dom jest niezwykle duzy jak na Kirgistan i takie duze wille sa charakterystyczne wlasnie dla regionu Talas. Coz, nie powiem zebym byl oszolomiony jego wielkoscia, ale z drugiej strony, dla ludzi przyzwyczajonych do zycia w jurtach, dom z 4 pokojami moze wydac sie zbytnim luksusem.
Po przekasce zabralismy sie do zazynania owcy. Musze przyznac ze zrobilo to na mnie duze wrazenie - pierwszy raz od dawna zrobilo mi sie autentycznie slabo. Przewiazane kopyta i dziwny spokoj zwierzecia, gdy gospodarz zblizal sie z nozem. Potem przecinanie gardla. Nie jedno ciecie, jak sobie wyobrazalem, tylko normalne krojenie gardla zywego zwierzecia. Lewo, prawo, lewo, prawo... A potem chrzakanie zdychajacej owcy, widok ekskrementow, ostatnie wierzgniecia kopyt...
Potem Ainura i jej rodzina postanowila pokazac mi muzeum Manasa. Manas to najwiekszy bohater narodowy Kirgisow, zyjacy zdaje sie kolo XIII wieku. Bronil on terytorium Kirgistanu przed chinskimi najezdzcami, zreszta wedlug eposu chwalacego jego dokonania udalo mu sie tez przejsciowo opanowac Niebianskie Miasto [Pekin w sensie]. Uderzyla mnie wielkosc eksponatow - tacy np. Tatarzy ktorzy najechali Polske w tamtym okresie uzywali nieduzych strzal, natomiast te tutaj swobodnie moglyby zabic trzech ludzi. I to stojacych ramie w ramie. Mysle, ze naukowcow jednak poniosla troche wyobraznia. Chociaz kto by tam tych Kirgisow wiedzial.
Wspomnialem o eposie. Ainura twierdzi, ze jest to najdluzszy epos swiata. Coz, szczerze mowiac wydanie ksiazkowe wydaje sie nie potwierdzac tych przypuszczen, chyba zeby dodac do niego podobne eposy napisane o jego synie i wnuku - wtedy faktycznie dzielo jest imponujace. Co ciekawe, eposy te zostaly spisane stosunkowo niedawno, a do tego czasu byly opowiadane przez wedrownych poetow zwanych Manas-chi. Potrafili oni rano siasc w wybranym przez siebie miejscu i do wieczora niemal bez przerwy slawic czyny Manasa i jego synow, oczywiscie wierszem. Ot, tacy koledzy po fachu Homera.
Czescia muzeum jest pomnik Manasa wienczacy wysoka na jakies 10 m kolumne, wokol ktorej stoja pomniki jego osobistej druzyny - 40 zolnierzy wybranych bezposrednio przez wodza z najwytrwalszych Kirgisow.
Odwiedzilismy tez niewielki budyneczek bedacy grobem Manasa. To znaczy sam Manas nie jest zlozony w srodku - w tym czasie mial wielu wrogow, wiec zbudowano grobowiec, o ktorym rozpowiadano, ze wodz jest w nim zlozony, natomiast jego cialo faktycznie pochowano gdzies indziej. Gdzie? Tego nie wie nikt, gdyz zona herosa po jego zgonie kazala dwom zolnierzom znalezc odpowiednie miejsce, po czym pochowac trupa, a gdy wrocili - zostali na jej polecenie zamordowani zanim zdazyli sie z kimkolwiek podzielic informacja. Mowi sie, ze odnalezienie grobowca Manasa bedzie oznaczalo dla Kirgisow wielka wojne. Nieoficjalnie sugeruje sie, ze zostal zlozony na jednym z pobliskich wzgorz, ktore Ainura wskazala mi skinieniem glowy, a gdy niepewny o ktore jej chodzi wskazalem je palcem, zostalem dosyc ostro poinstruowany, by tego nie robic. Ja wiem, ze w Polsce jest to tez odbierane jako nieeleganckie, ale tym razem chodzilo konkretnie o pokazywanie tego wzgorza - jest to zakazane.
Na zakonczenie wspielismy sie na niewielki pagorek, na ktorym zatknieta jest flaga Manasa, przedstawiajaca jezdzca i orla. Widok byl niesamowity - wyobrazcie sobie pole zieleni, ktore nagle urywa sie i ustepuje miejsca pustyni i nagim gorom. Zadnego stadium posredniego.
Ze wzgorza widac tez bylo niewielki stadion, na ktorym rozgrywane sa narodowe gry Kirgistanu. Musze przyznac, ze ich zasady okazaly sie wielce intrygujace. Ot, na przyklad lokalna mutacja Capture the Flag - dwie konne druzyny staraja sie przeniesc pewien obiekt na 'ich terytorium'. I wszystko byloby cacy, gdyby nie to, ze owym obiektem jest... martwa owca. Albo druga gra: jezdzcy gonia uciekajaca wierzchem dziewczyne. Wygrywa ten, kto pierwszy zdola ja pocalowac. Cos czuje, ze w czasach Manasa na pocalunku sie nie konczylo.
Po powrocie wchodzimy ponownie do jurty, gdzie juz czekaja czlonkowie rodziny. Po chwili na 'obrusie' laduja m.in. byjy - kielbasa z krwi owcy i ryzu, beshbermak [besh - piec, barmak - palcow, zgadnijcie jak sie toto je], czyli po prostu makaron, ponownie borsok, oczywiscie kymyz i herbata, winogrona, melony, rodzynki, arbuzy, dzemy... Gospodarz wniosl tez dziwne mieso, ktore wczesniej widzialem smazace sie na widlach nad ogniskiem. Oczywiscie sprobowalem i musze przyznac, ze bylo calkiem niezle, zwazywszy, ze jedna strona byla totalnie spalona. Ale chyba tak wlasnie ma byc... Swoja droga ciekawe czy ludzie tutaj cos slyszeli o wolnych rodnikach. Po posilku zapytalem z niejaka obawa, coz to byla za czesc owcy. Pluco. Moglo byc gorzej.
Na noc udalismy sie do innego domu, gdzie znow herata, kymyz, owoce, borsok... Pobudka z rana, jedziemy z powrotem by... przekasic cos w jurcie. Ainura zabrala mnie do Talas, pokazala zalozony przez jej organizacje punkt dostepu do netu [opisze organizacje Ainury przy jakims bardziej ogolnym poscie], troche sie poszwedalismy... Mimo ze jest stolica jednego z 7 oblastow, na jakie podzielony jest Kirgistan, Talas nie rozni sie niemal niczym od Aleksiejowki. Ot, w centrum dwa duze budynki - administracja i szpital. A poza tym pyl, chaty i kirgiskie buzie oraz obledny widok na gory.
Kiedy wrocilismy, w jurcie siedzieli jacys obcy mi ludzie. Ainura wytlumaczyla mi, ze sa to ludzie pracujacy w meczecie, cos w stylu kaznodzieji. Po chwili podano obiad, podobny do wczorajszego, choc tym razem na stole znalazla sie tez ugotowana glowa owcy. Mezczyzni bez wiekszych ceregieli zaczeli odrywac skore od kosci i zjadac mieso spomiedzy, a kiedy czaszka byla juz niemal ogolocona, mezczyzna obok mnie wypchnal od wewnatrz oczy z oczodolow, lekko je nacial, wyjal ze srodka jakas ciemna czesc, po czym przekroil bialko na dwie czesci i podal mi polowe.
Haps i moje zycie wzbogacilo sie o kolejne kulinarne doswiadczenie. Nawet niezle.
Po obiedzie pozegnalismy sie i ruszylismy w droge powrotna. I znowu niesamowite widoki. W Kirgistanie poczucie przestrzeni jest zupelnie inne. Gdy wjechalismy pod szczyty, moglismy zobaczyc lancuch gorski odlegly o dobrych kilkadziesiat kilometrow... Niesamowita sprawa.
Dobra, nie przedluzajac - droga pod gore niczym rajd Monte Carlo, zakrety po 90, 120 i 150* i wyprzedzanie na nich, mimo ze na lewo jakos tak z 500 metrowe bardzo strome zbocze a i nasza Toyota ma juz swoje lata. W czasie drogi w dol zatrzymalismy sie przy pasiece gdzie rodzice Ainury kupili 4,5 lira miodu za 450 somow [~36 zl], a ja rozgladajac sie po nagich zboczach zastanawialem sie tylko, skad niby te pszczoly biora nektar. W czasie drogi do Biszkeku policja 2 razy probowala nas zatrzymac, ale tata Ainury tylko trabil, coby munudurowych nie przejechac, i przyspieszal. Policja tutaj nie ma suszarek, co ma dwa efekty - 1. o ile nie rusza za Toba w pogon, to juz Cie nie zlapia, wiec po co sie zatrzymywac? 2. wiekszosc policjantow wysysa z palca wykroczenia, po czym zwyczajnie wymusza lapowki, co rzecz jasna nie zyskuje im sympatii.
I tak oto zakonczyla sie moja wyprawa do Talas. Juz prawie mi sie znudzilo stukanie, wiec jestem ciekaw ile z Was doczytalo do konca :) No ale takie dwa dni zasluguja na przyzwoite opisanie...
Jak mi sie cos jeszcze przypomni, to dorzuce do nowych postow tematycznych.
2 Comments:
Musze sie poskarzyc. Od kilku dni nie opuszcza mnie widok mordowanej owieczki. Pozostale opisy sa swietne, ale ta owieczka... Na drugi raz ostrzegaj przed takimi tresciami :|
Ta gra z owca byla jak pamietam w Rambo 3 :)
Post a Comment
<< Home