Monday, October 30, 2006

Reception Week #3 - Osh 1

Sasza zgodnie z umowa podrzucil mnie pod szkole Makarenki, gdzie mialem spotkac sie z kolezanka Ainury z czasow szkolnych, obecnie nauczycielka Fizkultury, Barno. Po drobnych perypetiach [ja szukalem jej w budynku, ona mnie na drodze] ostatecznie wybralismy sie na sniadanie, podczas ktorego dowiedzialem sie, ze muzulmanie maja od dobrego tygodnia Rahmandan. Coz, moja dotychczasowa nieswiadomosc na ten temat moze Wam pomoc w uswiadomieniu sobie, jak religijni sa ludzie w Bishkeku. Barno rowniez bardzo zacieta w wierze nie jest, zreszta trudno byloby mi sobie wyobrazic nauczycielke W-F, ktora dotrzymywalaby postu. Coz, wyobrazni zbytnio wytezac nie musialem, bo za chwile dolaczyl do nas jej kolega Akmal, rowniez wuefista, ktory jednak obowiazki relgijne traktuje powaznie.

Kolejnym przystankiem na naszej drodze bylo mieszkanie Akmala, bo wlasnie u niego mialem sie zatrzymac w czasie pobytu w Osz. W drodze moj nowy gospodarz kilkakrotnie powtorzyl, ze on bardzo przeprasza, ze u niego kiepski standard i prosil, zebym sie nie przejmowal. Generalnie w pewnym momencie zaczalem sie zastanawiac, czy przypadkiem nie zaprowadzi mnie do groty jakiejs, albo szalasu. Ale nie, blok jak blok, mieszkanie tez wcale w porzadku, 2 pokoje, zabudowany balkon, lazienka, kuchnia, przedpokoj... W Polsce powiedzialbym ze bardzo ubogo urzadzone, ale po 2 miesiacach w Kirgi spodziewalem sie czegos gorszego. Zwlaszcza, ze ta lazienka z prysznicem [co prawda bez cieplej wody] to i tak skok jakosciowy w porownaniu z moim miejscem zakwaterowania w Biszkeku. Pogawedzilismy troszeczke - Akmal niestety nie znal angielskiego, ale i tak bylo calkiem sympatycznie. Jak sie w wkrotce dowiedzialem, w lokalu mieszka 5 osob: Akmal z zona i bratem oraz jego siostra, ktora wkrotce skonczy studia medyczne, wraz z dzieckiem. Zreszta maja zamiar sie niedlugo przeprowadzic, bo czynsz za wysoki. 60 dolarow / mc. Zdziwieni? Tak to juz tutaj jest, Akmal pracuje w szkole i na uniwersytecie, i na tych dwoch etatach zarabia lacznie 120 dolarow miesiecznie, jego zona nie pracuje, siostra niby cos zarabia, ale to jakies grosze sa...

Inny swiat...

Uwaga, uwaga! Okazuje sie, ze bezczelnie oczernilem Megacom piszac, ze dziala tylko w Biszkeku - otoz w Osz [i, jak sie pozniej okazalo, w Jalal-Abad] rowniez lapalem bezproblemowo zasieg. No, ale z drugiej strony ostatnio przyprawilem niektorych AIESECowow o palpitacje serca, gdyz przez 2 dni nie szlo sie do mnie dodzwonic, nikt nie wiedzial gdzie jestem, ani czy zyje.. A skad mialem wiedziec ze jak nie mam kasy na karcie to rozmowy przychodzace sa tez zablokowane? No skad? Ze niby te SMSy po rosyjsku co je co rano dostawalem mialy mnie uswiadomic?

I po reklamie.

Poniewaz wkrotce po przyjezdzie do Osz zadzwonil do mnie Adylbek, kolega Bakyta, ktory okazal sie osoba wladajaca jezykiem Szekspira [z biegloscia Tarzana co prawda, no ale], wiec udalismy sie z Akmalem na jego spotkanie. No niestety, Osz wciaz nie wygladal mi na az tak azjatycki, jak bym sobie tego zyczyl, tym niemniej mimo wysokiej temperatury ciezko bylo dopatrzyc sie dziewczat, ktore odslanialyby cos wiecej niz dlonie i twarze. Co jakis czas mijalismy tez zupelnie zawolaowane kobiety, choc byly to prawdopodobnie mieszkanki Uzbekistanu.

Po 'przejeciu' mnie przez Adylbeka [ktory wygladal troche jak Laurence Fishbourne z czasow Otella] i jego dwoch znajomych [z ktorych jeden wygladal jak Charlie Sheen z czasow Wall Street] udalismy sie na obiad. I tutaj pierwsza ciekawostka. Wyobrazcie sobie ludzi siedzacych na kocach wokol niskiego stolu. Teraz umiesccie to, co zrodzilo sie w Waszych glowach na metalowej kontrukcji wysokosci ok. 70 cm, przypominajacej troche stare, duze lozka - Kirgizi nazywaja to tapczanem. Tak sie tutaj jada w wiekszosci kawiarni. Dla porownania, w Biszkeku tylko raz zdarzylo mi sie trafic do podobnego miejsca. Dla mnie to oczywiscie niezla frajda, choc probujac usiasc po turecku na waskiej lawie raz jeszcze zdalem sobie sprawe, ze powinienem czesciej sie rozciagac.

W czasie posilku dojrzalem niedaleko cos, co przykulo moja uwage - 3 poziomowa jurte. Niezla sprawa, nie? W srodku miesci sie nieduze muzeum, do ktorego wszedlem jako pelnoprawny Kirgiz, zeby oszczedzic kase...

No wlasnie, w Kirgistanie moglem wielokrotnie przyjrzec sie jak wyglada model monopolisty roznicujacego ceny w praktyce... W sensie dyskryminacja: jesli pochodzisz z CSI [Commonwealth of Independent States - nie wiedziec czemu to 'wealth' w nazwie nieodmiennie mnie bawi] to placisz jedna kwote, ale jesli spoza, to cena moze byc i 4 razy wyzsza. Tutaj czesto ludzie mowia mi, ze wygladam jak Rosjanin, co oczywiscie wcale [wcale!] nie wynika z mojej fryzury, bo troche mi juz wlosy zdazyly odrosnac, co z innych cech fizjonomii. Ben na przyklad zwrocil mi uwage, ze Anglosasi maja obwisle platki uszne, a Slowianom ucho 'wchodzi' w glowe. Ot, ciekawostka. Efekt jest taki, ze moge wchodzic za mniejsze kwoty, przynajmniej dopoki nikt nie zaskoczy mnie zadnym pytaniem wielokrotnie zlozonym.

Cholera, powinienem przestac zbaczac z tematu Reception Weeka, jesli chce skonczyc tego posta dzisiaj.

W samym muzeum nie bylo jakos olsniewajaco duzo eksponatow, wiec zeby uatrakcyjnic sobie wyprawe, moi towarzysze postanowili przywdziac bojowe eksponaty, a nastepnie strzelic sobie fotke. Osobiscie czulem sie co najmniej dziwnie [ech, to wychodzwanie w poszanowaniu regul], ale naturalnosc, z jaka wprowadzili swoj plan w zycie, oslabila moje sumienie i wkrotce zostalem uwieczniony jako chan plemienia.

Kirgistan nie ma specjalnie wielu bohaterow w swojej historii. W zasadzie w czasie mojego dotychczasowego pobytu zdazylem zapoznac sie z dwoma - Manasem, o ktorym pisalem w relacji z poprzedniego Reception Weekendu, oraz Karmandzan Datka. Kobieta ta, nazywana rowniez czasem 'Caryca poludnia', przewodzila obronie Kirgizow przed armia carska. To znaczy tak twierdza rdzenni mieszkancy tych ziem, bo wedlug Siergieja byla to osoba, ktora naklonila poludnie do poddania sie wplywom cywilizacji [ke?] rosyjskiej. Na jednym z wiszacych na scianie obrazow dostrzeglem scene z zycia Datki. Adylbek objasnil mi, ze przedstawia on egzekucje jej syna, zarzadzona przez rosyjskiego administratora tych ziem. 'Caryca' przygladala sie jej ze spokojem, argumentujac, ze skoro jest winny, to powinien poniesc kare. Nietuzinkowa to musiala byc postac, skoro w zmaskulinizowanym swiecie muzulmanow stala sie postacia tak znaczaca. Nietuzinkowa, skoro potrafila tak chlodno obserowac usmiercanie jej syna.

Osz ma pewna charakterystyczna ceche - otoz niemal w samym centrum miasta ma... gore. I to nie jakis tam pagorek, tylko porzadny kawal skaly wysoki na jakies 150 - 200 metrow. Jest to jedna z atrakcji turystycznych miasta, totez zaraz po zaprestaniu bezczeszczenia eksponatow skierowalismy ku niej swoje kroki. I znowu bramka przy wejsciu, i znowu szwindel - jeden z towarzyszy Adylbeka [ten, ktory akurat nie przypominal zadnego bohatera filmowego] jest dziennikarzem, wiec przekonal mila pania, ze wchodzi wraz z nami w celach sluzbowych, totez placic mu nie przystoi.

Wdrapujac sie na gore moglismy podziwiac odslaniajaca sie przed nami panorame miasta. Osz jest miastem bardzo 'plaskim', w sensie nie ma w nim wysokich budynkow, gdyz jest to teren zagrozony trzesieniami ziemi. Przynajmniej tak wytlumaczyl mi ten fakt Adylbek vel Otello... Coz, mysle ze nie bez znaczenia jest tez fakt, ze w jedynych budynkach w miescie majacych wiecej niz 5 pieter na najwyzszych poziomach nie ma doprowadzonej wody, bo pompy za drogie. No, ale interpretacje tych faktow pozostawiam Wam.

Podobny-zupelnie-do-nikogo-dziennikarz wskazal palcem na gore odlegla o moze 2 godziny piechota od Osz - tam jest juz Uzbekistan. Jesli bedziecie mieli kiedys okazje, to spojrzcie na mape polityczna tego regionu. Totalny galimatias i poplatanie... Nie dosc ze na terenie Uzbekistanu i Kirgistanu sa enklawy sasiada, to jeszcze Taszkient [stolica Uzbekistanu] lezy w waskim gardle miedzy Kazachstanem i Kirgistanem, a Biszkek niemal na granicy z Kazachstanem. Coz, nie ma to jak sowieckie planowanie.

Widok ze szczytu zapieral dech w piersiach, zwlaszcza ze suche powietrze pozwalalo dojrzec obiekty odlegle o kilkadziesiat kilometrow. Gory, kaniony, a miedzy nimi pustynia... Chcialoby sie opuscic caly ten szum miast i zostac tu, wiodac zycie nomada... Jest cos pociagajacego w takich widokach dla takiego samotnika jak ja.

U podnoza gory rozciagal sie duzy cmentarz, tak wypelniony grobami i malutkimi kryptami, ze zdawac sie moglo, ze niemal na siebie zachodza. Laurence vel Adylbek wytluszczyl mi, ze jest to swieta ziemia dla mieszkancow tych ziem, dlatego kazdy chcial wlasnie tutaj pochowac swoich bliskich. Doprowadzalo to do roznych absurdalnych sytuacji [szczegolow Wam oszczedze], wiec rzad ostatecznie zakazal chowania kogokolwiek w tym miejscu. Wciaz jednak mozna tu spotkac wieczorami wiele...

...potworow?

...dziwakow?

...nekrofili?

...a nie, bo zakochanych par. Ot, wyborne miejsce schadzek - taka grobowa cisza i wieczysty spokoj, nie wspominajac o tej podniecajacej swiadomosci, ze ktos patrzy... Ja wiem, wisielczy humor, ale akurat tutaj zdaje sie niezle pasowac, prawda?

Ze szczytu ruszylismy w dol inna droga w kierunku pieczary, w ktorej urzadzono muzeum. Po drodze natrafilismy na wyslizgany, ok. 4 metrowy kawalek skaly sluzacy za zjezdzalnie - trzeba zsunac sie z niej 3 razy i nie tylko wszelkie dolegliwosci ustapia, ale jeszcze na dodatek spelni sie jedno zyczenie. Product packaging po prostu. Oczywiscie musialem skorzystac =).

W pieczarze ponownie okazalo sie, ze wygladam na Rosjanina na tyle dobrze, zeby nie placic za duzo. Muzeum calkiem sympatyczne - dwupoziomowa grota, a w niej troche wypchanych zwierzat, w tym 5-metrowy waz, ale przede wszystkim ceramika i ozdoby sprzed wiekow, glownie zwiazane z obrzedami pochowku i szamanizmem. Az by sie chcialo cos wyczarowac.

Po zwiedzaniu poszlismy do biura Adylbeka vel Laurence'a, gdzie pracuja tez oczywiscie Charlie Sheen i P-z-d-n-dziennikarz. Tam pokorzystalem troszke z netu, m.in. instalujac licznik odwiedzin na blogu [juz pol tysiaca i to mimo, ze od tamtego czasu pojawil sie tylko 1 post... niezle =)]. Nastepnie udalismy sie do domu Otella vel. Morfeusza-z-wlosami na kolacje przygotowana przez jego zone.

I tutaj sie poskarze... I to na samego siebie. Zrobilem sobie 5 dni wolnego i mialo byc tak pieknie - z dala od Biszkeku, wsrod ludzi zupelnie niezwiazanych z AIESEC, no po prostu odpoczynek i regeneracja jak sie patrzy. Coz, juz w Biszkeku zaoferowalem sie, ze trzasne prezentacje na temat Biur Karier w Polsce dla Uniwersytetu Uzbecko- Kirgizkiego, ale godzinka nie robila mi wielkiej roznicy. Chmury nad moim urlopem zaczely zbierac sie, gdy okazalo sie, ze Adylbek jest szefem NGO zajmujacego sie legalizacja pobytu i pozwoleniami na zatrudnienie dla imigrantow z sasiednich krajow. Zaczelismy wiec rozmawiac o potencjalnych zrodlach finansowania organizacji takiej jak AIESEC oraz prawnych procedurach, ktorym bedziemy musieli sprostac sprowadzajac praktykantow. Dobra, pare godzin takich konwersacji jeszcze by mi wakacji nie zepsulo. Ja sie tylko pytam, dlaczego w czasie milej kolacji, z lagman, herbata i owocami musialo wyjsc na jaw, ze zona Feeszborna zarzadzala kiedys firma turystyczna, kierujac rozmowe nieuchronnie na temat potencjalnych praktyk w tego typu przedsiebiorstwach? Nie mowiac juz o tym, ile ostatecznie czasu zajela mi moja 'krociutka' prezentacja nastepnego dnia... no, ale na to bede narzekal w kolejnym poscie.

Zreszta rozmowa z zona Laurence'a byla nad wyraz ciekawa z prostego wzgledu - Adylbek jakos nie mogl sie pogodzic z tym, ze to nie on znajduje sie w centrum uwagi i co chwila dochodzilo do sytuacji, gdy pytalem o cos jego malzonke, a odpowiadal on, nie dajac jej dojsc do slowa. Coz, chcialbym napisac, ze bylo to przezycie ciekawe ze wzgledow kulturowych, swiadczace o maskulinizacji spoleczenstwa... Ale jestem pewien, ze w bardzo wielu domach w Polsce doswiadczylbym czegos podobnego.

Po kolacji poszlismy wybralismy sie do knajpy niedaleko, gdzie mialem okazje posmakowac piwa warzonego w Osz. Smakuje jak woda, znaczy sie - niezle. Przynajmniej w porownaniu z butelkowanymi napojami, ktore nie wiedziec czemu ktos nazwal piwem i wystawia na sprzedaz w Biszkeku. Do mieszkania Akmala wrocilem okolo polnocy i z miejsca polozylem sie spac.

1 Comments:

At 1:42 AM, Anonymous bz said...

"...potworow?

...dziwakow?

...nekrofili?"

No to widze idealne miejsce kolejnego LCC ;P

 

Post a Comment

<< Home